Tagi

, , , , ,

W pośród biegu całego świata, codziennych jego zajęć i zwykłych ludzkich usiłowań, stanęła nagle postać, która prawie wszystkich zajęła, bardzo wielu zapaliła, a licznych poprowadziła na drogę świętości. Osobą tą jest św. Teresa z Lisieux, Karmelitanka bosa.

Wpływ jej cichego życia był tak potężny, że każdy pyta o przyczynę tego zjawiska. Czyż tak liczne zastępy dawnych świętych Pańskich były innemi od tej świętej i czy oni nie znali tajemnicy jej drogi?

Niewątpliwie, św. Teresa szła drogą swoich poprzedników, bo każdy czytając krytyczny żywot Świętego lub Świętej, może napotkać na te same prawie cechy, co w „Dziejach duszy”. Lecz każdy przyzna, że w tej Świętej jest coś więcej, co nas pociąga, mianowicie sposób prędkiego uświęcenia się na drodze takiej, jaką nam Mistrz zostawił w Ewangeljach św. Na to Bóg wzbudził w stosownym czasie odpowiednią Świętą, aby ludzi, rozpaczliwie broniących się przed wpływem bożym pociągnąć jak najprędzej i w jak największej liczbie do siebie. Jakie więc rysy jej świętości szczególnie nas uderzają, co właściwie stanowi tajemnicę czarującego i nieprzepartego jej wpływu?

Jasne postanowienie celu życia.

 

Św. Teresa od Dz. Jezus była już na świecie szczodrze obdarzona od Boga, to też, gdy wstąpiła do Zakonu, wniosła do tegoż duszę przygotowaną na przyjęcie łask bożych od samego początku.

Już na świecie jej szlachetna dusza wiedziała, że celem jedynym człowieka, jest jak najżywsze odpowiedzenie odwiecznej Miłości Bożej.

Ten też jedyny cel miała przed oczyma. Dla ludzkiej jednak natury trzeba ściśle określonego celu, namacalnego, by ten wyższy podtrzymywać. Znalazła go i wyraziła w tych słowach: „Jezus dał mi zrozumieć, że dawać mi będzie dusze wzamian za ochotne przyjmowanie wszystkiego, co On uzna za stosowne, by młodą latorośl w jak najkrótszym czasie jak najpiękniejszą uczynić”.

Św. Teresa więc zrobiła ugodę z P. Jezusem, że będzie ochotnie Jemu służyć, a On będzie zbawiać dusze, że ona nie spocznie aż do końca świata, aż Anioł Pański zawoła: „Czas już…”, aż liczba wybranych będzie pełna.

Św. Teresa podaje nam więc tu na początku życia zakonnego tę jedną myśl, a mianowicie, że najważniejszą jest rzeczą postawić sobie nasamprzód określone pojęcie o celu, któryby był nam potężną dźwignią w życiu.

Otóż zbawienie tych miljonów dusz, które się błąkają w ciemnościach niewiary lub grzechu, które tu na ziemi, mimo, że tak krótko żyją, tak uporczywie grzeszą, które mogą być pozbawione na wieki widzenia Boga twarzą w twarz, — było celem św. Teresy; niech ta myśl i z nas stworzy prawdziwych i gorliwych apostołów, żołnierzy, którzyby w miarę możności, wedle woli Bożej, pracowali dla Królestwa Bożego tutaj na ziemi.

 

Trzy cnoty teologiczne u św. Teresy.

 

Bóg przeznaczył św. Teresie niedługi czas życia na ziemi i dlatego ten najlepszy Mistrz niebieski, zabrał się z tem większą starannością do wyrzeźbienia i doskonałego wykończenia swego dzieła.

Wiara jest bramą, przez którą wchodzi się do świata nadprzyrodzonego. To też tę wiarę stara się Bóg ustalić i umocnić. Oprócz wielu stałych i ciężkich prób, zsyłanych przez Boga, na utrwalenie wiary, przebyła św. Teresa „noc umysłu”, w której znikają wszelkie filozoficzne, rozumowe podpory wiary; człowiek poznaje wtedy całą swą niemoc duchową i wskazany jest na bezwzględne, dziecięce zaufanie i wiarę w Boga. W takich chwilach powtarzała św. Teresa za św. Pawłem: „Kiedy słaby jestem, wtedy jestem silny… bo moc moja w Chrystusie Jezusie”.

Wiary takiej żąda Bóg bezwzględnie od duszy, którą zamierza poprowadzić drogą najwyższej doskonałości, gdyż dopiero w tej próbie ogniowej okaże się prawdziwie siła i moc wiary nadprzyrodzonej.

Św. Teresa przeszła tę próbę i wyniosła z niej dla siebie i dla nas przekonanie o słuszności ponoszenia takiej ofiary do końca życia. Zdaje sobie ona sprawę, że to życie jest tak krótkie, że niema czasu na spoczynek, że trzeba ciągle aż do śmierci przekonywać Boga o naszej stałej wierze i tę ostatnią, nieraz najcięższą próbę przetrwać, aby już obudzić się w wieczności, gdzie wiara i nadzieja ustaje, a tylko miłość panuje.

„Wszak tylko to jedno życie mamy, aby żyć wiarą,” tak mówi św. Teresa.

Życie jej świadczy, że rzeczywiście Bóg z jej duszą tak postępował i często w Dziejach duszy spotykamy słowa malujące jej stan: „Oschłość, zupełna oschłość,… prawie opuszczenie od Boga” albo też delikatne i pełne dziecięcej prostoty uczucia względem swego Oblubieńca: „Jezus spał w swej małej łódeczce, jak zazwyczaj”.

Wszystkie te próby przyjmowała św. Teresa z dziecięcą uległością i radością, przekonana, że nasz boski Mistrz czyni najlepiej i wie też i to, że „dzieci Boże nie powinny się niczem martwić”.

Poruszamy już tutaj drugą cnotę teologiczną, t. j. nadzieję. Do rozwinięcia tej cnoty św. Teresa przekładała ufność w Bogu nie tyle dlatego, że ludzie nas zawodzą, jak raczej z tej przyczyny, że niepewność ta leży w nas samych.

Jest to trudniejszem, gdyż musimy uznać naszą, a nie czyją inną niemoc, ale też i tem owocniejszem, że równocześnie do gruntu porusza i burzy naszą miłość własną.

Św. Teresa cieszyła się tą swoją słabością, a radość tę opierała o słuszne przekonanie, że Bóg zawsze będzie się opiekował najwięcej tymi, którzy są najsłabsi.

Ani też niepokoiły ją grzechy i niedoskonałości, bo św. Teresa wyraźnie wspomina: „Serce moje pełne jest miłości i ufności w Bogu nie dlatego, że mnie raczył zachować od grzechu śmiertelnego. O nie, czuję to dobrze, że choćby sumienie moje obciążone było winami całego świata, nie straciłabym ufności, ale złamana bólem i żalem pospieszyłabym coprędzej ukryć się na łonie mego Zbawcy. Wiem, jak On kocha marnotrawnego syna. Słyszałam Jego słowa tak słodkie do Magdaleny, do Samarytanki, do cudzołożnicy. Nie, nikt mnie przestraszyć nie może, znam bowiem głębię całą miłości i miłosierdzia Pańskiego. Wiem, że góry przewinień w jednem oka mgnieniu mogą się rozwiać i w nicość zamienić, jak kropla wody rzucona na gorące ognisko.”

Zauważmy, że mówi to w chwili obecnej, jak gdyby teraz właśnie, o grzechach całego świata. Już w tej chwili, nie czekając na godniejszy czas rzuca się w objęcia miłości Bożej.

I posuwała swą ufność aż do ostatnich granic, podobnie jak dziecko, kiedy z wysokiego okna widzi matkę, rozkłada ręce i wpatrzona tylko w jej oblicze, rzuca się i spodziewa znaleźć się w jej objęciach.

Trzecia z pośród cnót teologicznych, królowa wszystkich, t. j. miłość, wprowadza duszę w niewypowiedziane życie miłości Trójcy Przenajśw. Teraz po wyrzeczeniu się siebie, po zapomnieniu o sobie, może św. Teresa w całej pełni swe dziecięce stanowisko względem Boga urzeczywistnić. Teraz w atmosferze bezinteresowności, miłość św. Teresy staje się beztroską grą dziecka, które wymyśla tysiące figlów i niespodzianek, aby Temu, i tym których kocha radość sprawić i z ukrycia radości tej się przygląda.

W atmosferze bezinteresowności dusza św. Teresy nie pragnęła żadnych pociech. Wystarczało jej, by sam Jezus był zadowolony, owszem, by jeśli to możliwe i On nie wiedział, że to ona Mu sprawia radość.

 

Miłość w ogniu się doświadcza.

 

Doświadczał ją też Bóg, a ona przyjmowała doświadczenia jako dowód miłości, jako rzecz należną temu, kto chce miłować. Nie było w niej ani śladu „niemej rezygnacji”; przeciwnie, cierpiała z radością. Radość ta pochodziła z wyzwolenia starego człowieka i możności całkowitego zatopienia się w Bogu.

Radość ta wypełniała jej życie. „Jezus lubi serca radosne, dusze, które się doń uśmiechają”.

O tem dziecięcym, anielskim uśmiechu na ziemskiem wygnaniu św. Teresy tak mówi O. Jacek Woroniecki: „Możnaby osobny rozdział napisać p. t. Doktryna uśmiechu św. Teresy. „Narazie wyrwijmy zeń ten jeden szczegół: „Gdy Święta ma wypełnić jakąś praktykę pokutną, przepisaną przez regułę, czyni to z uśmiechem, jak sama mówi, „na to, aby Pan Bóg wprowadzony niejako w błąd wyrazem twarzy, nie zdawał sobie sprawy, że przytem cierpię”.

 

Miłość bliźniego św. Teresy od Dz. Jezus.

 

„A wtóre przykazanie podobne jest temu: „Będziesz miłował bliźniego swego, jako siebie samego”.

Święta nasza przyznaje, że doskonałe zrozumienie miłości bliźniego otrzymała wtedy, kiedy dążyła do osiągnięcia doskonałej miłości Boga. Miłość Boża pokazywała jej, że i bracia, jako członki w Chrystusie-głowie, mają się w tej miłości połączyć.

Jezus idąc na śmierć zostawił nam w testamencie słowa: „Abyście się miłowali nawzajem, jakem i ja was umiłował”.

On, dobry Pasterz umiłował ich nie dla ich przyrodzonych zdolności, darów; oni nie mieli ich wiele. A jednak Jezus ukochał ich, bo widział w nich obraz Ojca swego. Miłość ta doprowadziła Go aż do śmierci krzyżowej.

Dopełnił więc tego, czego sam nauczał, „położył duszę swoją za przyjacioły swoje”.

Miłość bliźniego nie powinna być tylko na dnie serca, ale powinna być tem światłem ewangelicznem, które się stawia na świeczniku, aby świeciło wszystkim.

Aby urzeczywistnić te ideały miłości chrześcijańskiej, chwyciła się św. Teresa, jak zawsze dziecięcego rozumienia.

„Jezus sam będzie ich kochał przez mnie i we mnie”.

Tu też odsłania się nam jej dusza, jak ona rozumiała to zupełne przemienienie się w Chrystusa. „Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus” .

Uzbrojona tą zbroją duchową szła św. Teresa pozyskiwając Jezusowi dusze. Obcowała z małem gronem zakonnic i te postanowiła otoczyć całą miłością Chrystusową. Miłość jej nie wybierała z pośród tego grona osób najmilszych dla swej natury, „bo i poganie tak czynią”, lecz obdarzała wszystkie równą miłością, wyszczególniała te siostry, które jej usposobieniu najmniej odpowiadały.

Poczuwała się ona przedewszystkiem do obowiązku modlenia się za swoje siostry i tą bronią najskuteczniejszą spodziewała się wyplenić wspólne niedoskonałości.

„Jeden drugiego brzemiona noście, a tak wypełnicie prawo Chrystusa”. To też obcowanie ze świętą było zawsze dla dusz korzystne, bo to jedno miała ona zawsze na myśli: sprawić przyjemność Jezusowi i oddać się zupełnie Siostrom tak, jakby jej samej wcale nie było. To też powracając do ciszy i skupienia, doznawała tej ogromnej radości, że Jezus jest zadowolony i że mogła w czemś się przysłużyć i dać coś ze swego.

O! bo ona zrozumiała, co znaczy okazanie uprzejmej twarzy we wszelkich okolicznościach, a szczególnie wtedy, gdy nas przeciwne uczucie prze, gdy chciałoby się choć nieco zaprawić goryczą to, z czegośmy ustąpili.

Ona, bolejąc nad wspólnemi niedoskonałościami, nigdy nie uznawała goryczy za właściwe lekarstwo, ze strony współsióstr, lecz miłością wielką, poświęcającą się raczej a nie żądającą, chciała odnowić wszystkie w Chrystusie.

Miłość św. Teresy tak była delikatna, że już z natury wyczuwała najmniejsze uchybienia, najmniejsze przykrości Sióstr.

A kiedy przyszło co odmówić, św. Teresa umiała to uczynić z taką miłością, że jak sama się wyraża: „Odmowa zastąpiła proszącemu dar”.

Nic dziwnego, że miłując swe Siostry miłością całkiem niebiańską, nie miała w swem sercu przywiązania ziemskiego, bo miłując Boga, nie potrzebowała żadnej innej pociechy z ich serc.

Bóg zaś dał jej taką miłość bliźniego, że mogła ukochać swoje Siostry miłością „stokroć” głębszą i bez porównania owocniejszą. Mówi bowiem: „Już teraz nie potrzebuję pociech serca, albowiem w Bogu utwierdzone, Boga tylko miłując, serce rozszerzało się zwolna. A teraz kocha swoich miłością stokroć gorętszą, niżby mogło mieć dla nich, zasklepiając się w uczuciu samolubnem i bezpłodnem.”

Zdanie to kończy słowami, które doskonale charakteryzują przywiązanie osobiste, odsłaniając nam nagość prawdy: „Zdaje mi się, że nie można czynić dobrze duszy bliźniego, jeśli równocześnie własnego szukamy zadowolenia”.

 

Sposoby ułatwiające nasz wzlot do Boga.

 

Życie św. Teresy od Dz. Jezus obfituje w różne wskazówki, jej właściwe, które ułatwiają nam wejście na drogę dziecięctwa duchowego.

Święta zwraca naszą uwagę przedewszystkiem na Pismo św.; ono było dla niej przewybornym, a pożywnym chlebem. Zostawiła nam jednak sama w Dziejach duszy wiele nieocenionych zdań i myśli.

W liście do pewnej osoby na świecie pisze św. Teresa tak: „Módl się często, by twe najpiękniejsze lata nie zeszły na urojonych trwogach”.

O jakaż to prawda! My wszyscy tak często uginamy się pod lada głupstwami, nędzami, drobnostkami, które jeszcze na cztery części krajemy. O nie! precz z tem!

Módlmy się często, by nasze lata nie zeszły na urojonych obawach. Św. Teresa podaje nam w krótkich słowach całe swe zapatrywanie w tej sprawie. „Tem, co obraża Jezusa i rani Jego Serce, — powiada — jest brak ufności”.

Więc nie nasze grzechy, nie nasze niewierności, ale brak ufności, Jezus dobrze zna naszą nędzę i bynajmniej nie jest tym, który gotów jest zaraz karać za najmniejsze uchybienia. Nie! On raczej cieszy się z każdego najmniejszego objawu cnoty. A więc ponad wszystko niech ufność i wesele w duszy zapanuje.

Szczęśliwy jest ten, kto dzień dzisiejszy, jak kropla do kropli podobny do poprzedniego, potrafi nietylko spokojnie przeżyć, ale i ciągle wzrastać w łasce.

Znany jest sposób życia z chwili na chwilę, z dnia na dzień, gdyż i pismo św. mówi: „…dosyć ma dzień na swej nędzy, a dzień jutrzejszy sam o siebie troskać się będzie”. Nie troszczyć się co będzie jutro, a tem mniej później. Bóg żąda ode mnie tego, co w tej chwili robię. Co będzie potem, tego nie wiem i nie chcę wiedzieć. To „potem” samo o siebie troskać się będzie. Jeśli będę się zajmować przyszłością, to teraźniejszości dobrze nie wykorzystam, siebie i przyszłość zaniepokoję.

Sposób ten ujęła św. Teresa w pełnym prostoty i wdzięku wierszyku: „Pieśń moja na dzień dzisiejszy”.

Kiedyindziej znów przyznaje się św. Teresa, że gdyby nie cierpiała z minuty na minutę, nigdyby nie potrafiła być spokojną.

Co zrobić, kiedy oschłość nas opanuje? „Rzucać kwiaty do stóp Jezusa”. Jezus to dopuścił, Jezus zna naszą słabość, a więc zadawala się temi drobnemi ale licznemi kwiatami, tem okazywaniem twarzy łagodnej, kiedy wprost przeciwne uczucie nas dręczy, tem zamilknieniem spokojnem i radosnem, gdy przychodzi nam chęć bronić się.

Względem swego najbliższego otoczenia, rozwija św. Teresa najpiękniejszą wspaniałomyślność miłości siostrzanej. „Nie powinniśmy być sędziami pokoju, ale aniołami pokoju”, t. zn., że to, co na świecie jest całkiem słuszne, tu ma wzróść do tej cichej ofiarnej wyższości, która i w słusznych sprawach siebie ofiaruje, by być aniołem pokoju.

Św. Teresa zrozumiała, że Jezus chce dusz żywych i wesołych, któreby na życie zakonne patrzyły, jak np. żołnierz na służbę. Tu znów urządzała się w całej swej prostocie i w pojęciu dziecięcemu I tak np. wstając rano, mówiła sobie: „Wyspałaś się doskonale, na ciebie kolej teraz pracować. Pokaż co potrafisz! Niechże i Jezus trochę odpocznie, kiedy za ciebie czuwał w nocy”.

I następowała taka święta zamiana pracy, niewinna zabawka dziecięcia, ale często podpierająca słabe siły człowieka, by przynajmniej na punkcie swego honoru pokazał co potrafi.

Popatrzmy jeszcze, jak św. Teresa postępowała z roztargnieniami. Skarżycie się, mówi ona do Sióstr, że was dręczą roztargnienia, i ja niemało ich mam, lecz tak się urządzam, że i te obracam na korzyść swoją i tych, których mi roztargnienie przywodzi na pamięć. Poprostu modlę się za nich, szatan odkryty ucieka, jak niepyszny, a mnie po chwili wraca spokój zupełny.

I jeszcze jeden przykład św. Teresy. Czasem nie uda się nam coś, zaniedbamy tego, coby było ku zbudowaniu i korzyści otoczenia, lub zrobimy coś całkiem przeciwnego. Cóż wtedy począć? Jeżeli ufamy naszemu Mistrzowi, jeżeli wierzymy, że On jest wszechmocny, to prośmy, jak Święta, prośmy poprostu, by On to naprawił.

Odpowiedzmy żywo na przytoczone już słowa św. Teresy: „By nasze najpiękniejsze lata nie zeszły na urojonych obawach”. Ona wzywa nas, byśmy poszli w jej ślady. Pamiętajmy dobrze, co ona mówiła o swej nadziei, że ją gruntowała jedynie na dobroci i wyrozumiałości Jezusa, nie biorąc pod uwagę swoich grzechów, choćby takich, jak cały świat.

Ufajmy, że choćbyśmy nie potrafili odrazu wejść na jej drogę, to ona sama nas na nią poprowadzi. Mówi bowiem przed samą śmiercią: „Czuję, że moja misja rozpocznie się po śmierci, misja wszczepiania w dusze miłości Boga, miłości, jaką ja Go miłuję, nauczania dusz mojej małej drogi. Chcę przejść moje niebo dobrze czyniąc na ziemi. Po śmierci opuszczać będę na ziemię deszcz różany. Zstępować będę… Nie spocznę, aż do końca świata”.

Kraków.

***

Szkoła Chrystusowa,  Czasopismo poświęcone zagadnieniom życia wewnętrznego, rok V, tom VIII, 1934, s. 144-149 201-207.

Reklamy