Tagi

,

      Od ks. prałata W. Czeczota otrzymu­jemy poniższe uwagi: Akademja Krakowska, w ogłoszo­nych przez siebie prawidłach pisowni polskiej, dopuszcza podwójną ortografję w pisaniu imienia Najświętszej Panny: Maryja i Marja. Pierwsza forma zbliżona do staropolskiej: Marya, ma za sobą po­wagę wieków i służy za podstawę wszystkich form zdrobniałych, w których osno­wie dźwięczy zgłoska r, jak: Marynia,Marysia, Marylka, Marychna, gdzie z na­tury rzeczy akcent pada na y, która przez jotę zastąpiona być nie może. Narzuca się też ona w poezji we wszystkich końców­kach.

Naprzykład w piśmie Frejenda, w „Dziadach”, gdzie Maryja powtarza się jako zwrotka po słowach: pija, sprzyja,szyja, co wywołuje wspaniałe odezwanie się Konrada:

„Słuchaj no! tych mnie imion przy kielichu wara!“

Dawno nie wiem, gdzie moja podzia­ła się wiara.

Nie mieszam się do wszystkich świę­tych z litanji,

Lecz nie pozwolę bluźnić mienia Maryji“.

Ale nam Polakom, jako czcicielom Najświętszej Panny, przyświecać powin­ny przy używaniu Jej imienia wyższe od prozodji względy, a mianowicie chęć wyodrębnienia Jej od niewiast, to samo imię noszących, zarówno w mowie, jak i w piśmie.

Świadkiem tego przebogaty skarb wszystkich naszych pieśni o Matce Bo­skiej, począwszy od najstarszej „Boga Rodzico Dziewico!” Przejrzeliśmy ich kilkadziesiąt w śpiewniku Siedleckiego: we wszystkich i rytm i końcówka i melodja dopraszają się akcentu na sylabie ry.

Zauważyliśmy jednak, przy odmawia­niu różańca, akcent zacierać się zaczyna, że nawet lud mówi: Zdrowaś Marja, a nie Maryja. Zwracamy uwagę matek i ks. prefektów szkół, aby ten błąd prosto­wali. Żądamy też, aby i prasa nasza, przynajmniej te jej organa, które poczuwają się jeszcze do czci Królowej Korony Pol­skiej, tej różnicy w pisowni systematycz­nie przestrzegali.

Z przykrością zaznaczyć musimy, że taka poważna katolicka firma wydawnicza, jak św. Wojciech w Pozna­niu, nie zwraca na to uwagi. Mam pod ręką świeżo wydane przez nią „Rozwa­żania Majowe” J. E. biskupa Łozińskiego, w których systematycznie i wyłącznie imię Najświętszej Panny drukowane jest przez samą jotę (Marja—Marji). Czyja w tem wina?— kopisty, zecera czy korekto­ra?—w każdym razie nie samego dostojnego autora, który dalekim jest od popeł­nienia błędu podobnego.

II.

 

Jeżeli pisanie imienia N. Panny tylko przez samą jotę wskazaliśmy jako niewła­ściwe, nie można ograniczyć się tym wy­razem, mówiąc o bezprawnem przyswo­jeniu sobie nazwy marjawitów, przez sek­tę, powstałą, niestety, na naszej ziemi, a nie mającej nic wspólnego z prawdziwy­mi czcicielami Maryi. Przedewszystkiem było to bezprawie. Przywłaszczenie cu­dzego nazwiska na piśmie lub w druku, zwłaszcza, kiedy to imię oznacza urząd, firmę lub spółkę, surowo prawem jest ka­rane. Ściąga się to nawet niekiedy do od­dzielnych liter.

W Rosji jedną z najpoważniejszych firm herbacianych była firma „Braci K. C. Popowych”. Istniało wprawdzie kilka innych tejże samej nazwy, różniących się inicjałami imion swych właścicieli, a gdy jedna z nich: „Bracia Aleksander i Miko­łaj Popowy” w celach zbałamucenia pu­bliczności zaczęli się także podpisywać K. C., wytoczono im proces o fałszerstwo w handlu.

Analogiczny wypadek zaszedłby również, gdyby jakieś zrzeszenie lub zgroma­dzenie przybrało sobie nazwę zakonu, publicznie znanego. A tego właśnie do­puścili się t. zw. marjawici. Nazwa ta znaną już była i chlubnie w XVIII wieku; oznaczała Zgromadzenie, założone przez Ks. Turczynowicza w Wilnie pod imieniem Marjawitek, czyli sióstr życia Maryi.

Celem jego było nawracanie Żydó­wek i w chwili kasaty w 1834 roku liczy­ło kilkanaście domów, przeważnie na Bia­łej Rusi, które w ciągu swego katolickie­go istnienia, przysporzyło Kościołowi 2.000 neofitek. Nowi pseudomarjawici jakby na urągowisko nazwy „naśladowców życia Maryi“, zdegradowali Ją, stawiając niżej od Felicji Kozłowskiej, którą za swą mateczkę uważają i do godności małżon­ki Chrystusowej podnieśli. Wyraźnie to zaznaczyli w początkowych swych nau­kach, wyjaśniając, że chociaż N. Panna jest Matką Jezusa, ale człowiek zwykle żonę więcej kocha od matki, więc i „ma­teczka Kozłowska”, jako „małżonka” Je­zusa, bliższą jest sercu Jego od Maryi (sic!). Z czasem do tej herezji doktrynal­nej przyłączyły się horendalne zasady, apoteozujące rozpustę pod postacią, „mi­stycznych małżeństw”, których owocem miały być dzieci, wolne od grzechu pier­worodnego (sic!).

Nazywać takich ludzi marjawitami, jest to poniekąd uprawniać ich bluźnierstwa, a do tego żaden katolik nie tylko ręki przykładać, ale nawet tolerować nie powinien. W chwili powstania herezji popierał ją rząd carski i moralnie i materjalnie, protestów z obawy cenzury nie było, powoli oko i ucho przyzwyczaiło się do tolerowania nazwy, przeciw której rozum i serce katolika oburzać się powin­no. Trzeba jednak ten błąd naprawić, związawszy się postanowieniem, aby pseudo-marjawitów nazywać „Kozłowitami” od imienia swej założycielki Kozłowskiej, jak to robili zawsze i dotychczas robią wszyscy odszczepieńcy i herezjarchowie.

Trudniej będzie z prasą, która zwy­kła bezkrytycznie umieszczać wiadomości w tej formie, w jakiej inne dzienniki po­dają. Niechże przynajmniej pisma szcze­rze katolickie, zwłaszcza przez kapłanów redagowane, solidarnie nam dopomagają. Wielce bylibyśmy wdzięczni czcigodnym naszym Pasterzom djecezjalnym, jeśliby nas wpływem swoim i powagą poprzeć raczyli.

X. W. Czeczott.

Głos Kapłański : miesięcznik poświęcony sprawom duchowieństwa katolickiego, rok II, październik-listopad 1928, nr 10-11,  str. 300-301.

Advertisements