Tagi

,

    Jednym z charakterystycznych obja­wów wiary i pobożności naszego ludu obok Gorzkich Żalów i niezliczonej ilości pieśni pobożnych jest prastary zwyczaj pozdrawiania siebie słowami „Niech bę­dzie pochwalony Jezus Chrystus”.

Cie­kawą byłoby rzeczą wyśledzić skąd ten arcychrześcijański zwyczaj dostał się do nas, i trwa wieki. Zdawałoby się naturalnem przypuszczenie, że tego nas nauczyli misjonarze, z zachodu Europy przybywa­jący, którzy nam wiarę chrześcijańską przynieśli. Tymczasem nie znajdujemy tego pozdrowienia u najbardziej katolic­kich narodów, z wyjątkiem bodaj Bawarjii Tyrolu.

Nie wiem czy zwrócił kto uwa­gę na głęboką myśl ukrytą w tych pięciu wyrazach, któremi chłop witał nietylko duchownych ale nawet i świeckich panów, mających nad nim w średnich wiekach ius vite ac necis. Zamiast się przed nimi płaszczyć i upokarzać, wzywał ich do oddania hołdu czci Temu, który jest Panem panów i Królem królujących, i wobec którego oni sami są tylko „chłopami bo­żymi”.

Zwyczaj pozdrawiania siebie Imie­niem Chrystusa, przeniknął do szlach­ty mówiącej po łacinie. W osiemna­stym wieku wraz z osłabieniem wiary zaczął on pomału wychodzić z użycia i zanikać. Już go nie słyszymy w salonach wielkiego świata; zaledwie tolerowany jest w ustach kapłana wchodzącego do towarzystwa świeckich ludzi i samą szatą swoją rzucającego poważną nutę w roz­bawione grono, w którem nie każdy czuje się w obowiązku odpowiedzieć na wieki wieków. Co gorsza nawet i kapłani, spo­tykając się między sobą już to na ulicy już w domu między sobą, częściej używają banalnej formuły: dzień dobry, jak się masz i t. p., a do zakrystji wchodząc, zajęci każdy swoją sprawą, nie pozdra­wiają nikogo, chociażby i kilku księży było. Nie zwróciłbym może uwagi na to, co dziś mnie bardzo razi, gdyby nie ta okoliczność, że od lat dziesięciu dotknię­ty jestem ślepotą i siedząc nieraz samotny w zakrystji oczekując kapłana, nie mogę odczuć jego obecności dopóki mnie nie pozdrowi. Przyłącza się do tego przy­krość, z jaką takie ignorowanie obecności kapłana, 83 letniego starca, odbić się musi na mojej miłości własnej, chociaż to wzgląd podrzędny i czysto osobisty.

Z dziecinnych wspomnień pamiętam stangreta moich rodziców, który otwie­rając stajnię witał konie nazywając ich chłopcami, a te mu rżeniem odpowiadały, do obory zaś wchodził w milczeniu. Do jakiejże kategorji mamy zaliczyć zakrystję i tych co się w niej znajdują?

Czuję, że niejeden czytając te uwagi nazwie je ględzeniem staruszka, i odpo­wie na to uśmiechem lekceważenia. Na szczęście znalazłem poparcie w postano­wieniu synodu diecezjalnego lubelskiego z b. r. który w 176 statucie § 11 „De cultu divino“ ogłosił co następuje: „Inter fideles promoveatur laudabilis et anti­quissima, apud nos consuetudo vigens, se invicem salutandi in via et introeundo et exeundo domo verbis: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” cum res­ponsione: „Na wieki wieków. Amen“.

Na zakończenie przytoczymy jeszcze jeden argument, którego doniosłości nikt z katolików chyba nie zaprzeczy, a mia­nowicie, że do pobożnego pozdrowienia Chrystusa, o którem mowa, Kościół przy­wiązał 50 dni odpustu. Dlaczegożbyśmy nie mieli z tej szczodrej skarbnicy ko­rzystać?

 

Ks. W . Czeczott.

Głos Kapłański : miesięcznik poświęcony sprawom duchowieństwa katolickiego, rok II, październik-listopad 1928, nr 10-11,  str. 302-303.

Reklamy