Tagi

, , , , , , ,

W teraźniejszych smutnych czasach najżywszem pragnieniem Kościoła katolickiego i całego świata jest właśnie to, aby nam Bóg zesłał Świętych, i to wielkich świętych. Potrzeba nam mężów potężnych w uczynku i słowie, mężów takich, jakich P. Bóg zwykł wzbudzać w chwilach ostatecznego przesilenia; oni jedni w obecnej chwili ochronić zdołają od nieszczęść ze wszystkich stron nam zagrażających, bo oni tylko potrafią rozprószyć ciemności które nas ogarnęły, i wlać nowe życie w zgangrenowane członki ciała socyalnego.

Kościół Boży wprawdzie i teraz ma swych Świętych; świętość bowiem jest pochodnią, która w świątyni Boga nigdy zgasnąć nie może; ale jeżeli kiedy, to dziś z pewnością niezbędnie potrzebną jest rzeczą, aby pochodnia ta szczególniejszym zajaśniała blaskiem jeżeli ma rozprószyć te grube ciemności, w których całe społeczeństwo jest pogrążone; potrzebną jest rzeczą, aby rozsełała swego ciepła, któreby rozgrzało te dusze skośniałe, na wskroś mrozem niewiary przeniknięte, nie mające już siły zbliżenia się do ogniska Wiecznej Miłości. I dzisiaj Zbawiciel Pan jest między nami, lecz wielu Go nie poznało; dla tych zaślepionych musi się zjawić dziś nowy Jan Chrzciciel, nowy Eliasz, któryby im oznajmił obecność Pana, przygotował Mu drogę do duszy ich, pomógł do odbudowania królestwa Chrystusowego w ich sercu. Takie to było posłannictwo owych nadzwyczajnych mężów, których Bóg zawsze zsyłał Kościołowi swojemu, ile razy mu wielkie jakie groziło niebezpieczeństwo. Ci oswobodziciele Izraela nie posiadali wpływu, jaki dają bogactwa; nie mieli powagi wysokiego rodu; nie używali siły oręża, – ale jak młodziuchny Dawid z procą w ręku uderzali w Imię Pańskie na strasznego goliata i zawsze obalali olbrzyma, rozpraszali zastępy nieprzyjacielskie, i wybawiali lud Boży.

Któż stawał w obronie kościoła Bożego w okropnych czasach prześladowania rzymskiego, kiedy okrutne Cezary wszystkich sił swych używali na jego wytępienie? Któż inny jeżeli nie święci Męczennicy?

A gdy ustało to krwawe prześladowanie, gdy w osobie Konstantyna religia chrześcijańska na tronie zasiadła, i władać poczęła berłem świata, wtedy powstali przeciwko niej dwaj nowi nieprzyjaciele: herezya i zniewieściałość. Przebiegli sofiści, książęta zepsutych obyczajów i biskupi dworacy, poczęli szerzyć swoją zgubną naukę, i kalać czystość wiary, splugawiwszy ją już poprzednio bezwstydnem swem życiem. I kogóż wtedy Bóg powoła do dzieła swego? Któż wybawi kościół święty z tego nowego niebezpieczeństwa stokroć większego aniżeli niem było przelewanie krwi męczeńskiej? Nie kogo innego jak tylko umartwionych pustelników i męzów, których On natchnie duchem swojej mądrości. Oni to przez swe posty, i biczowania, przez światłość swojej nauki, siłą wymowy i przykładnego życia w niwecz obrócą obłudne heretyków matactwa, zawstydzą podstępne zabiegi dworskich pochlebców i pokonają pychę książąt zarozumiałych.

Tymczasem Najwyższy Sędzia wydał wyrok śmierci na przegniłe już rzymskie cesarstwo, i dzikie hordy północy mają się stać narzędziem Jego sprawiedliwości. Tak jak bystra rzeka wszystko w swym pędzie porywająca, zalewają narody te całe rzymskie państwo, niweczą wszystko ogniem i mieczem, i pozostawiają za sobą same tylko gruzy. I któż zdoła te gruzy znowu połączyć i wybudować z nich wspanialszą jeszcze niż pierwej świątynię? Któż się zajmie tą rolą zdziczałą, odłogiem leżącą, wydającą tylko ciernie i głogi? Któż potrafi wśród tego zamętu przyprowadzić do skutku dzieło odrodzenia ludzkości? Święci, święci, mówię raz jeszcze, oni jedynie tego wielkiego dzieła podjąć się mogą; święci zakonnicy, biskupi i papieże. Temu zaprzeczyć byłoby tem samem, co kłam zadawać całej historyi.

Lecz oto na schyłku dwunastego wieku pochodnia Świętości kościoła Bożego coraz słabsze światło wydawać poczyna, i pomału ciemności ogarniają znowu społeczeństwo ludzkie. Nowy najazd strasznych synów północy niszczy zabytki ledwie kiełkującej cywilizacyi  chrześcijańskiej, bogactwa, które kościołowi dane były w celu zwiększenia jego potęgi, przemieniają się w ciężkie kajdany krępujące jego wolność, pasterze dusz poczynają iść za przykładem zepsutego świata, a panujący usiłują władzę swą świecką rozciągnąć aż na przybytki Pańskie. „Sól ziemi zwietrzała”, duchowieństwo potrójnym zarażone jest trądem: nieumiejętności, świętokupstwa i zwolnienia obyczajów. Obrzydliwe herezye rodzą się z tego zepsucia, tak jak robactwo rodzi się z zgnilizny grobu. Czyż więc Kościół ma zginąć? O nie! Kościół nie zginie! Przyjdą Święci i naprawią złe. Ukaże się z jednej strony Franciszek z Assyżu, Dominik na drugiej zabłyśnie, i ci Święci podawszy sobie dłonie, podniosą sztandar życia prawdziwie świątobliwego. Powszechnemu zepsuciu przeciwstawiają najściślejsze ubóstwo, nieuctwu i herezyi naukę i światłość Wiary Chrystusowej. Zaciągną pod swą chorągiew dwa potężne legiony świętych, na których widok pierzchnie całe wojsko piekielne. Trzynasty wiek który się rozpoczął pośród ciemności herezyi i zepsucia zajaśnieje, dzięki Świętym Pańskim, prawdziwym blaskiem cywilizacyi i cnót chrześcijańskich.

Kościół św. nie stanął jednakże wtedy u kresu walk swoich. Zaraz w wieku następującym przez straszniejsze jeszcze przechodzić musiał koleje. Już nie zewnętrzni nań uderzają nieprzyjaciele, lecz w samem łonie jego zjawiła się choroba, jedna z najniebezpieczniejszych, jakiemi może być dotknięte towarzystwo, dla którego jedność jest żywotnym warunkiem istnienia. Chorobą to było rozdwojenie czyli szyzma. Królestwo Chrystusowe rozpada się na dwie części, wierni poczynają się chwiać w wierze, nie wiedzą którego z dwóch rywalizujących z sobą papieży uznać mają za prawdziwego Namiestnika chrystusowego. Na próżno teologowie w gorące zapuszczają się dysputy, na próżno monarchowie nawet wszelkich używają środków, aby nieszczęściom Kościoła zaradzić; szyzma trwa ciagle, a nawet coraz to większe rozmiary przybiera. W tem tak okropnem położeniu Kościoła św. zjawia się w głębi Hiszpanii mąż nadzwyczajnej świątobliwości Wincenty Ferreryusz. Kiedy ten święty przemawia, głos jego pełen mocy Bożej i namaszczenia przenika wskroś serca słuchaczy, zachwyca ich, porywa, wszyscy jednogłośnie uznają w nim Posłannika Chrystusowego. Sława cudów, któremi Bóg stwierdza posłannictwo swego sługi, dochodzi lotem strzały aż do ostatnich krańców chrześcijaństwa, wszelkie rozdwojenie umysłów znika bez śladu, a jedność ta na soborze później prawnie zatwierdzoną zostaje. W tym samym czasie zsyła Bóg na pomoc Wincentemu dwie święte niewiasty, które przez swoję nadzwyczajną bogomyślność, ożywione duchem prawdziwie apostolskim i wsławione cudami, dokazać zdołały tego, o co się na próżno kusili najpotężniejsi władcy tego świata. Świętemi temi była na północy Koletta z Korbii z zakonu św. Franciszka, a w południowych krajach św. Katarzyna Seneńska, ozdoba zakonu św. Dominika i patronka Rzymu.

I znowu cieszył się Kościół św. jednością i zgodą swych dziatek, które około niego z miłością kupić się poczęły jak dobre dzieci około swej matki. Lecz piekło nie mogło ścierpieć tej jedności, i aby ją zniszczyć użyło wszystkich sposobów, które mu tylko nienawiść prawdziwie szatańska poddać mogła. Luter w Niemczech, Kalwin we Francyi, Zwingli w Szwajcaryi, Henryk VIII w Anglii szli jakby w zawody, aby poszarpać w kawałki nieszytą suknię Chrystusową. Potwory te wydarły Kościołowi świętemu trzecią część jego owieczek, i pociągnęły za sobą w bezdno herezyi dusz miliony. Prąd porywający wszystko w przepaść niewiary był tak silny, że nawet sami wybrani chwiać się poczęli, nawet narody niewciągnięte w rokosz doznały gwałtownego wtrząśnienia. Niebezpieczeństwo musiało być bardzo wielkie, jeżeli jeden z kardynałów widząc to sztraszliwe spustoszenie zawołał z przerażenia: „Teraz już zginął katolicyzm.” Tak jest! zginąłby był katolicyzm, gdyby Boga nie było, a z Bogiem świętych. Lecz oto zjawiają się w Hiszpanii Ignacy Lojola, Franciszek Xawery, Franciszek Borgiasz, zjawia się podziwienia godna reformatorka Karmelu S. Teresa i jej sławny towarzysz, S. Jan od krzyża. Zjawiają się mężowie przedziwnej pokuty i gorącej miłości, S. Piotr z Alkantara i S. Jan od Boga. Zjawia się we Włoszech S. Filip Neryusz, we Francyi i Niemczech zjawiają się Błogosławieni Piotr Le Fèvre i Piotr Kanizy, a w ich towarzystwie liczny zastęp mężów idących w ślad ich świętości i apostolskiej gorliwości. Tych Świętych modlitwy, łzy i poświęcenie się heroiczne, ich kazania i prace niezmordowane wstrzymują zapędy herezyi, zmuszają ją nawet cofnąć się wstecz. Usuwają mnóstwo dusz słabych z pod wpływu zwodzicieli, i wielką liczbę zbłąkanych owieczek przyprowadzają nazad do prawdziwej owczarni. Tym sposobem dokonywają w chrześcijaństwie owej prawdziwej reformy, której piekielną tylko karykaturą był protestantyzm.

Teraźniejsze przesilenie jest tylko ponowieniem przesilenia, o którem właśnie mówiliśmy, z tą jednakże różnicą, że teraz nie trzecia część Europy, ale całe chrześcijaństwo zarażone jest trądem niewiary; teraźniejszej herezyi nie idzie o pojedyncze prawdy wiary, ona podwaliny tejże wiary obalić usiłuje, ona nie ogranicza się na zaprzeczeniu władzy Papieżowi i Kościołowi św., ale chce strącić z nieba Chrystusa Pana, na samego Boga się rzuca. Gangrena owładnęła już najżywotniejsze części społeczeństwa ludzkiego, i gdyby Boga nie było, gdyby Bóg nie mógł nam zesłać Świętych, i mybyśmy się bali o przyszłość chrześcijaństwa.

Prośmyż więc o nich z całą gorącością ducha. Panie! – wołajmy – zeszlij nam Świętych! „Żniwoć wielkie, ale robotników mało”. Zeszlij Panie ludzi, którzyby dojrzałe już zboże zebrali do gumien twych zanim je spustoszy nieprzyjaciel. Wróg Twego Imienia napadł dziedzictwo Twe, zbeszcześcił miasto święte, uwięził Namiestnika Twego i prześladuje sługi Kościoła. Prawda Twoja Panie przyćmiona, a prawa Twe podeptane; bezbożność  tryumfuje, wiara jęczy, słabi upadają coraz ciężej, a nawet wierni słudzy Twoi tracą odwagę. Dlaczegóż zwlekasz Panie! „czyliż ukróciła się ręka Twoja, aby nie mogła zbawić?” Ach poszli nam tych, których masz posłać! Niech ziemia otworzy wnętrzności swej i wyda nam Świętych, a niebiosa niech spuszczą na nich obficie swą rosę. Dziś wszyscy, nawet najdawniejsi nieprzyjaciele nasi łączą swe siły i chcą ostatni bój stoczyć z nami; postaw więc Panie przeciwko nim te wszystkie hufce, któreś w przeszłych wiekach zsyłał na pomoc Kościołowi Twojemu. Zeszlij nam Apostołów, którzyby potęgą słowa ocucili leżące w letargu narody, zeszli nam doktorów, którzyby zbijali sofizmata niedowiarków; zeszli cudotwórców, którzyby podnieśli ludzkość do swej wyższych, nadprzyrodzonych, z których ją strącił materyalizm; zeszli nam pokutników, którzyby zadość uczynili za wybryki wyuzdanej zmysłowości. Panie nieodmawiaj pomocy ukochanej Twej Oblubienicy, wspomnij na obietnice Jej uczynione, wspomnij na krew Twą, którą za nię przelałeś! Powstań Panie wyciągnij prawicę Twą i zbaw lud twój.

Boskie Serce Jezusa! Ofiaruję Ci przez Serce Niepokalane Maryi wszystkie modlitwy, sprawy i przykrości dnia dzisiejszego. Łączę je z tą intecyą, w jakiej Ty sam ofiarujesz się za nas na ołtarzu.

A mianowicie ofiaruję Ci je na uproszenie pomocy Kościołowi świętemu niezbędnej teraz potrzebnej. O Panie zeszli mu wielkich Świętych, mężów potężnych w słowie i uczynku, którzyby pokonali fałsz, przywrócili panowanie świętych praw Twoich i ustalili królestwo Boże na ziemi.

Jako członek bractwa Najśw. Serca Jezusowego zmów codziennie:

1 Ojcze nasz, 1 Zdrowaś i 1 Wierzę, a potem dodaj:

Boskie Serce Jezusa proszę najgoręcej,

Abym Cię miłował coraz coraz więcej.

Posłaniec Serca Jezusowego, luty 1873, str. 1 – 8.