Tagi

, , , , ,

M. GorettiŚw. Marietta Goretti

Marysia Goretti urodziła się 16 października 1890 r. w wiosce Corinaldo, niedaleko Ankony, we Włoszech. Rodzice jej byli ubogimi wieśniakami. Nie byli wykształceni, ale posiadali mądrość, polegającą na bojaźni Bożej. Co niedzielę chodzili do kościoła na Mszę św., słuchali kazań, uczestniczyli w sakramentach świętych. Pomimo ubóstwa, które ledwie pozwalało im się wyżywić, mieli sześcioro dzieci. Najlepsi ludzie pochodzą z licznych rodzin i mają dużą rodzinę. Wtedy dużo pracują, oszczędzają, nie znają zbytku i rozpusty. Tacy byli Alojzy i Assunta Goretti, rodzice Marii. Pobożni, pracowici, biedni i dzielni.

Po Marii urodziło się jeszcze troje dzieci. Rodzicom coraz było trudniej się utrzymać, przenieśli się więc w okolice bagien rzymskich i zamieszkali w wiosce Ferriere di Conca, położonej o 11 km od miasteczka Nettuno. Tu była możność większego zarobku, choć kosztem cięższej pracy. Ale małżonkowie Goretti pracy się nie bali.

Niestety, niedługo cieszył się Alojzy nowym miejscem pracy. Okolica bagienna nie była zdrowa. Zachorował na malarię, potem zaraził się tyfusem i umarł w 1900 r., zostawiając żonę z sześciorgiem dzieci na łasce Opatrzności.

Assunta liczyła wtedy 35 lat życia, najstarszy syn Angelino miał 12 lat, Marietta była w wieku lat dziewięciu. Do pracy zarobkowej zdolna była tylko matka. Ale do czego nie jest zdolna matka dzieci? Assunta była nie tylko dobrą, pełną poświęcenia matką, ale i mądrą wychowawczynią. Swoje zamiłowanie do modlitwy i pracy wpajała dzieciom od maleńkości. Gdy Marysia zaczynała mówić, najpierw ją uczyła pacierza. Gdy zaczynała chodzić, prowadziła ją do kościoła na Mszę, przed obraz Matki Boskiej, przed posąg św. Antoniego. Wkrótce różaniec stał się ulubioną modlitwą malutkiej Marysi.

Gdy miała lat pięć już opiekowała się młodszym rodzeństwem i uczyła się pomagać matce przy kuchni, sprzątaniu i wszelkich domowych zajęciach. W chwili śmierci ojca była już prawą ręką matki. Posłuszna, pojętna, obowiązkowa, gorliwa, samodzielna, żywa i wesoła. Assunta mogła ją spokojnie w domu zostawić na pół dnia i być pewną, że będzie czysto sprzątnięte, posłane, dzieci będą umyte, ubrane, nakarmione, a gdy wróci, zastanie i dla siebie gotowy obiad i dumną i uradowaną córeczkę, która go jej poda. Marietka tak umiała zapomnieć o sobie, tyle z siebie wydobyć energii i dobroci, że stała się życiem i uśmiechem brzydkiej rudery, w jakiej mieszkali.

Skąd w takim dziecku tyle cnoty, tyle siły? Z modlitw. Przyzwyczajona od mała do niej, nabrała szczególnego zamiłowania do różańca i wszelkiej znanej sobie formy przestawania z Bogiem. Nie wyobrażamy sobie, jak dobrze modlitwa może spotęgować ludzkie siły, wlać zapał do serca, uzdolnić go do pracy. Modlitwa to nie tylko prośba. Modlitwa to w ogóle przestawanie z Bogiem w miłosnej łączności, jak dziecko z matką. W tym czasie Bóg tyle daje modlącemu się, ile tylko ten może wziąć. Do takiej modlitwy trzeba mieć czyste serce. A serce Marietki było czyste, jak tylko serce dziecka może być czyste. Toteż mogła śmiało pełnić czynności mateczki swych braci i sióstr.

Cała wioska podziwiała ją, kochała i budowała się jej skromnością, uprzejmością, pracowitością i pobożnością.

Gdy Marysia miała 10 lat, zażądała głośno tego, czego od dawna pragnęła – pełnego udziału w życiu Kościoła. W owych czasach nie było jeszcze dekretu Piusa X o Komunii dzieci. Do pierwszej Komunii świętej dopuszczano dzieci dopiero w wieku lat 12-tu, a nawet 15-tu. Assunta się przestraszyła. Jak to, jeszcześ za młoda, nie znasz katechizmu, a nie umiesz czytać, kto cię nauczy, jeszcze masz czas itd. Ale Marietka już wszystko obmyśliła. Elwira Schiassi, garderobiana właściciela majątku, umie czytać, to ją przygotuje. Assunta musiała ustąpić, tym bardziej, że chodziło i o najstarszego syna Angelina, który już miał 13 lat i był mu już czas do Pierwszej Komunii. Przez jedenaście miesięcy chodziło rodzeństwo co dzień na naukę.

Nauczyli się nie tylko na pamięć, ale zgłębili umysłem i posiedli sercem poznane prawdy.

Mogła wreszcie Marysia połączyć się ściśle z Chrystusem, by ją strzegł do żywota wiecznego. stało się to w dzień Bożego Ciała 29 maja 1902 r. Komunii św. udzielił pasjonista Ojciec Girolamo od św. Michała. Wezwania jego, by kochała Chrystusa stale i wolała raczej umrzeć, niż ciężko Go obrazić, Marysia wzięła poważnie, z głębokim przejęciem. Komunię świętą przyjęła z gorącą miłością, z głęboką pokorą, postanowieniem wierności i z niepojętą radością. Nic dziwnego, że Chrystus dał jej siłę do przyjęcia męczeństwa.

Zło, którego czysta dusza Marietki nie znała, zaczęło wkrótce docierać i do jej świadomości. Niedługo po opisanym przeżyciu posłyszała u studni rozmowę swej koleżanki od Pierwszej Komunii z jakimś kolegą, rozmowę brudną, która przejęła ją wstrętem i zdziwieniem. Wspominając o tym matce, nie wyrzekła ani jednego słowa niewłaściwego, tak strzegła się obrazić Chrystusa.

Lecz zło dalej czyhało na młodziutką wybrankę Chrystusa. W tym samym domu co Marietka mieszkał wdowiec Jan Serenelli z synem Aleksandrem, dwudziestoletnim chłopcem. Co mogło skłonić chłopca do niesłychanego napadu i zbrodni? Niewątpliwie młodość, namiętność, czytanie złych książek, złe towarzystwo, piękność i urok Marietki odegrały w tym niemałą rolę. Ale same przez się jeszcze by nie wystarczyły. Wydaje się wszelako, że najważniejszą rolę odegrał sam szatan, który wprost opętał wyobraźnię i rozum Aleksandra i uczynił zeń swe narzędzie, aby zniszczyć, odebrać Chrystusowi świętą. Ale Pan nieba mocniejszy jest od księcia ciemności. Na pierwszą propozycję Aleksandra Marietka odpowiedziała:

– Tego czynić nie można. To grzech – i uciekła.

Napastnik zagroził jej, na wypadek gdyby miała się poskarżyć. Marietka milczała. Gdy po miesiącu ponowił próbę w sposób bardziej zuchwały, Marietka rzekła:

– Bóg nie chce takiego postępku. Chcesz pójść do piekła!

I tym razem się wymignęła, ale już bardziej przelękła. Prosiła matkę, żeby jej samej nie pozostawiała w chacie, Assunta jednak nie mogła zostawać w domu, gdyż musiała pracować. Zresztą niczego się nie domyślała, bo córka nic jej konkretnego nie wyznała. Trudno powiedzieć, że się bała zemsty Aleksandra, lub, że się

wstydziła. Prawdziwie pobożna panienka nie wstydzi się mówić, że ją ktoś napada. Cały wstyd w takich wypadkach spada na napastnika. Marietka po prostu nie chciała psuć dobrych stosunków sąsiedzkich. Wolała cierpieć w milczeniu, aby ocalić spokój między rodzinami. Udawała się tym goręcej po pomoc do Chrystusa, do Najczystszej Panny i tam ją znalazła. W samą wigilię swej śmierci udała się z towarzyszką Teresą do Komunii świętej i tam znalazła pokarm, który jej dał dość sił na ostatnią zwycięską walkę.

Nazajutrz była pierwsza sobota miesiąca, 5 lipca 1902 r. Wszyscy byli w polu u żniwa, tylko Marietka została w chacie, zajęta jak zwykle, i najmłodsza siostrzyczka Teresa, śpiąca na barłogu. Tak je zastał Aleksander, który zaślepiony demonem żądzy, wycofał się ukradkiem od pracy i wpadł do chaty, by spełnić swój nikczemny a szczegółowo obmyślany zamiar.

Dzieweczka zachowała całą przytomność umysłu i zimną krew. Na jego żądanie odpowiedziała spokojnie.

– Nie, nie, to grzech! Bóg tego nie chce.

I gdy jej pokazał nóż i zagroził śmiercią, w dalszym ciągu powtarzała:

– Nie, nie, to grzech! Kto tak grzeszy, ten idzie do piekła! Nie, nie!

Jej naturalna i tak zadziwiająca w jej wieku siła została w tej chwili jakby spotęgowana, tak, że udaremniła ataki dorosłego, prawie dwa razy starszego mężczyzny. Broniąc się, powtarzała swoje argumenty: – nie, nie, to grzech! Boże! Mamo!

Rozwścieczony oporem napastnik użył noża, przebijając nim 8 razy ciało, którego nie mógł zbezcześcić. Marysia padła na ziemię. Aleksander myśląc, że nie żyje, otworzył drzwi i wybiegł. Lecz dzieweczka ocknęła się i zawołała przez drzwi słabym głosem do ojca mordercy:

– Janie! Aleksander mnie zabił.

Na te słowa wściekły zabójca wrócił się i w swej niepamięci przebił ją jeszcze sześć razy. Wtedy jednak przybiegła zrozpaczona Assunta, obie rodziny i tłum ludzi z całej wioski. Aleksandra zakuto w kajdany i uwięziono. Został później skazany na trzydzieści lat więzienia.

Ostatnie chwile Marysi były wzruszające do łez. Przewieziona wozem sanitarnym do szpitala w Nettuno, została najpierw wyspowiadana. Myślę, że

spowiedź jej była najpiękniejszym poematem. Z czegóż mogło się spowiadać święte, umęczone za czystość dziecko? Czy z tego, że za mało pomagała matce? Że za mało się modliła, kochała Chrystusa, kiedy jej krew świadczyła właśnie przeciwnie? Czy, że za mało kochała swoich braciszków i siostrzyczki? Ale oto jeszcze jedna próba.

– Mario! – powiada do niej poważnie ksiądz z Nettuno – odniosłaś piękne zwycięstwo! Dzielna z ciebie dzieweczka! Ale brakuje ci jeszcze piękniejszego tryumfu, takiego, jaki nam pokazał Jezus na krzyżu. Powiedz mi czy chcesz przebaczyć temu, który ci to uczynił? Czy chcesz, aby się zbawił i był z tobą w raju?

– Tak! – odpowiedziała energicznie Marysia – Przebaczam mu, jak przebaczył Jezus i chcę, żeby był ze mną w raju!

Choć tak święta i niewinna, nacierpiała się biedaczka przed śmiercią. Zgorączkowana, mając spieczone gardło i usta, prosiła choć o kroplę wody. Odmówiono jej, bo doktorzy nie pozwolili. Organizm silny i zdrowy bronił się przed nieuchronną śmiercią potężnie i stąd męczarnie jeszcze większe. Ulgę sprawiał jej tylko krucyfiks, podawany do pocałowania. Ojciec przeor Pasjonistów zrobił jej wielką radość, wpisując ją do Dzieci Marii i nakładając jej na szyję medalik Niepokalanej. W tej chwili taka radość odmalowała się na jej twarzy, że obecni mówili: „Wygląda jak święta”.

Brat Meirado prosił ją:

– Marysiu, czy będziesz się za mnie modlić, gdy znajdziesz się w raju?

– Nie wiadomo – odrzekła – kto tam pierwszy z nas dojdzie!

Bała się biedactwo czyśćca. Ale na zapewnienie, że ona będzie pierwsza, obiecała modlić się za niego gorąco.

Wreszcie nadszedł moment przyjęcia ostatniej Komunii św. i Ostatniego Olejem namaszczenia. Rozrzewniająca chwila pożegnania z kochaną matką, której serce pękało z bólu, z braciszkami. Potem wyrzekła: „tata” jakby już witała się z ukochanym ojcem, za którego tyle się modliła. Następnie znów powróciła gorączka. Konająca szarpnęła się, mówiąc:

– Co robisz Aleksandrze! Pójdziesz do piekła!

W końcu wspominając najmniejszą siostrzyczkę, szepnęła: Teresa, i umarła.

Jej śmierć była jakby narodzinami nawet dla świata. gdy święty umiera, jakaś siła gromadzi ludzi na miejsce jego śmierci, jakiś tajemniczy głos uświadamia ich o wielkim zdarzeniu, pogrzeb zatraca normalny ciężki, czarny, żałobny nastrój, w powietrzu jakby roztacza się atmosfera radości, piękna, zapachu. To pierwociny chwały, uroczystości powitania przez świętych w niebie nowego bohatera, nie mogąc pomieścić się w raju, spływają na ziemię i udzielają się żyjącym. Nową Agnieszką entuzjazmują się tłumy: – Szczęśliwaś matko, że masz świętą córkę. Była prawdziwą męczenniczką!

I wśród tej radości powszechnej, uniesienia, powinszowań, zrozpaczone serce matki, której nagle zabito najukochańszą córkę, ukaja się, przycicha, zaczyna ogarniać doniosłość faktu, że jej córka jest świętą, że ludzie jej błogosławią, czczą, sławią. Schodzi się całe Nettuno, cała okolica, wszystkie bractwa, zakonnicy. Wspaniały pogrzeb zamienia się w zbiorowy hołd dla ubogiego dziecka.

Z. J.

Rycerz Niepokalanej, rok XXIX, lipiec 1950 r., nr 7, str. 191-195.

Za: Biuletyn czcicieli św. Marii Goretti, nr1/2020.