Tagi

, , , , , , , ,

o. wenanty

Serce dla najnieszczęśliwszych.

Krótki to będzie rozdział, ale pełen heroizmu, właściwego tylko świętym.

O. Wenanty, przy tylu pracach na klerykacie i w kościele i w prasie, potrafił jeszcze znaleźć chwilkę czasu, by okazać serce tym najnieszczęśliwszym, których ogół ludzki jak najdalej od siebie odpycha. Z wielkiem zamiłowaniem niósł posługi duchowne chorym, kalekom, zarażonym…

Pamiętam, jak wyrywał się dla spowiadania „pewnych osób” – ukrywał jednak wielkość swego poświęcenia i bohaterskiego samozaparcia. Teraz, po jego świątobliwej śmierci, wychodzi dopiero wszystko na jaw. Choć właściwie nie wszystko: nieszczęśliwe bowiem istoty, które korzystały z jego samarytańskiej pomocy, przeważnie już powymierały – były to przecie storturowane cierpieniami napół trupy…

Coś nie coś szczegółów jednak podchwyciłem:

S. Brygida, Józefitka, opowiada:

– Przychodził chętnie, by spowiadać zamieszkałą w naszym przytułku na Kurkowej nieszczęsną Marię Turkiewicz. Cała twarz tej chorej toczona była przez raka, zmasakrowana strasznie: bez nosa… oczy jak szpareczki… usta zaciśnięte… ręce z ogniłemi palcami… Wszystko u niej psuło się i odpadało!… Łatwo to o tem mówić, ale już wyobrażenie budzi grozę – co dopiero widok taki i rozmowa, długa, wśród słuchania spowiedzi!…

– To też inni kapłani – wspomina po krótkiej przerwie dalej – bali się tej chorej i nawet Komunji świętej nieraz dawać jej nie mogli, bo tak ich odrażało. Natomiast O. Wenanty zawsze bardzo chętnie do niej spieszył, gorliwie spowiadał, pociechę wlewał – i następnie udzielał Komunji św.

– Za każdym razem – opowiada znów jedna z chorych, która także z jego dobroci korzystała – gdy Turkiewiczową spowiadał, odchorował to mniej lub więcej poważnie, a jednak przychodził specjalnie właśnie do niej. Aż przełożeni, dowiedziawszy się, że go to o chorobę przyprawia, zakazali mu tej praktyki – nierychło to jednak nastąpiło…

Inna chora, zamieszkała w tymże przytułku, nudziarstwem swojem wyprowadzała z równowagi całe otoczenie. O. Wenanty i ją spowiadał, a nie zniecierpliwił się nigdy.

Jeszcze dwie jego okaleczałe penitentki zastałem przy życiu: jedna bez obydwu nóg, druga ułomna, wynędzniała, zupełnie ślepa.

– Dobroć O. Wenantego – opowiada ze wzruszeniem pierwsza z nich – tak była wielka, że nie wiedział naprawdę, co ma robić, aby więcej tej dobroci nam okazać. Gorycze, zwątpienia: wszystko potrafił dobrocią ukoić! Zawsze po Spowiedzi przed nim odbytej owładał duszą błogi spokój: czułam, że spowiadam się u świętego!

– Na czemże polegała ta dziwna moc jego spowiadania? – zapytuję, by i czytelnikom to wyjawić.

– Nie wiem – brzmi odpowiedź. – Był to jakiś osobisty wpływ jego świętości.

Zatem: osobisty wpływ świętości. Czyliż to nie dosyć powiedziane?…

Wzywały go też Siostry do innych chorych, zwłaszcza bardzo nieszczęśliwych, albo kapryśnych, albo nie chcących się spowiadać. Zawsze wtedy kończyło się tak, że O. Wenanty mocno się wymęczył, a chorego spowiedzią uszczęśliwił.

Więcej szczegółów – niestety, zebrać nie zdołałem.