Tagi

, , , , , , , , ,

holy-family-of-jesus-christ-500x500II

Matka i Ojciec

Ojciec św. Pius XII często przyjmuje na posłuchaniu nowożeńców nawet w czasie wojny. Na jednym z tych przyjęć, w czasie oktawy Trzech Króli w r. 1940 powiedział:

„Magowie ofiarowali Dzieciątku Jezus złoto, kadzidło i mirrę. Wy także macie w małżeństwie chrześcijańskim trzy cenne dobra, które wylicza św. Augustyn: wierność małżeńską, łaskę sakramentalną i misję rozmnażania się; te trzy dary z waszej strony powinniście ofiarować Bogu.

Wierność małżeńska jest złotem waszej ofiary, a raczej jest ona skarbem przewyższającym wszystko złoto świata. Sakrament małżeństwa daje wam możność posiadania, a nawet pomnażania tego skarbu. Ofiarujcie go Bogu, aby wam pomógł jak najlepiej go zachować. Łaska nadprzyrodzona, która wam przez sakrament małżeństwa specjalnie udzielona została wraz z nową pomocą, odpowiadającą waszym nowym obowiązkom, jest kadzidłem niewidzialnym, ale rzeczywistym. Łaska ta daje waszemu życiu naturalnemu aromat niebieski, czyniąc was uczestnikami życia Boskiego (II. Piotr. 1, 4).

Mirra jest symbolem trzeciego doba, jakie daje chrześcijański węzeł małżeński, a którym jest obowiązek i honor potomstwa. Wasze dzieci są żywym obrazem i niejako odrodzeniem przodków, którzy poprzez obecne pokolenie wyciągają rękę ku następnemu. Ta łączność zachowuje, utrwala i nieustannie odnawia życie rodziny i w tym sensie może być porównana z mirrą, którą się starożytni posługiwali, aby zachować ziemskie resztki tych, których kochali”.

Powyższe przepiękne i głębokie słowa Namiestnika Chrystusowego powinni zawsze mieć na uwadze małżonkowie chrześcijańscy, a łatwiej zrozumieją i wypełnią swoje obowiązki rodzicielskie.

W rodzinie chrześcijańskiej, katolickiej, obowiązki wychowawcze ciążą na obojgu małżonkach. Winni oni miłować się wzajemnie i wspierać w walkach życiowych. Jeśli zaś Bóg obdarzy ich potomstwem – mają wychować swe dzieci Bogu na chwałę, Ojczyźnie na pożytek, sobie na osłodę starości.

Stuła kapłańska wiąże nie tylko ręce młodych małżonków chrześcijańskich, ale również serca i dusze na wspólny trud życiowy. Jakże podniośle mówi o tym związku miłości małżeńskiej i o jej skutku Ojciec Chrześcijaństwa:

„Czar miłości ludzkiej – oto słowa Piusa XII – był przez wieki tematem, który dawał natchnienie nauce, literaturze, muzyce i sztukom plastycznym, tematem zawsze starym i zawsze nowym. Ale do jakiej niewymownej dochodzi piękności ta miłość dwóch serc ludzkich, gdy z pieśnią nabożną zgadza się hymn dwóch dusz, drgających życiem nadprzyrodzonym!

Bóg powołał z nicości świat i ludzkość. Chrystus Pan w Kościele wprowadza do dusz życie nadprzyrodzone. Miłość zaś męża chrześcijańskiego do żony obejmuje te dwa Boskie działania, gdyż w wyraźnej woli Stwórcy mąż i żona przygotowują przybytek dla duszy, w której Duch św. żyć będzie przez swą łaskę. Tak więc małżonkowie w wyrokach Opatrzności współpracują z Bogiem i Jego Chrystusem, ich czynności małżeńskie mają w sobie coś Boskiego”.[1]

„Miłość jest jedna, ona jest węzłem zadzierzgniętym między wami przez małżeństwo chrześcijańskie, ma coś boskiego w swym początku i coś wiecznego w swych następstwach. Powinniście je pieczołowicie pielęgnować mimo prób i doświadczeń, mimo wichur życia, mimo pokus. Ona jest ideałem, który może się zdawać ponad siły ludzkie, ale stanie się ona nadprzyrodzoną rzeczywistością jeżeli będziecie współpracowali z łaską sakramentalną, daną wam, abyście byli zjednoczeni w związku małżeńskim, w związku, który jest nierozerwalny, jak związek Chrystusa z Jego Kościołem”.[2]

Pamiętając o tym szczytnym swoim powołaniu i ożywiona tą nadprzyrodzona małżeńską miłością idzie młoda mężatka do kościoła i prosi kapłana o liturgiczne błogosławieństwo, aby z pomocą Bożą została dobrą żoną, matką i wychowawczynią. Dzisiaj coraz mniej młodych mężatek zgłasza się o to tradycyjne błogosławieństwo „po wianku”, bo ten „wianek” – niestety – często nie małżeństwu został poświęcony, a zrozumienie wysokiej godności macierzyństwa coraz bardziej maleje.

Ciężkie jest zadanie matki. Już od pierwszej chwili, kiedy piastuje dzieciątko w łonie, winna przejąć się godnością swego macierzyństwa. Niech pamięta, co pisze św. Paweł Apostoł, że niewiasta „zbawiona będzie przez rodzenie dziatek, byleby trwała w wierze i w miłości i w uświęceniu ze skromnością” (I. Tym. 2, 15).

Dobra zatem, przykładna matka, w tym stanie, który słusznie nazywamy błogosławionym – stara się jak najczęściej obcować z Bogiem. Częsta Komunia św. i modlitwa żarliwa u stóp ołtarzy Pańskich jest jej pomocą w dźwiganiu ciężaru macierzyństwa. Niechaj poleca nienarodzone jeszcze dzieciątko Panu Jezusowi, by je łaską obdarzył. Niech w Matce naszego Zbawiciela widzi wzór dobrej matki i naśladuje Ją w miłości Bożej i zdaniu się na wolę Stwórcy w posłuszeństwie i pokorze.

Matka Chrześcijańska winna upatrywać swoje szczęście w tym, że Bóg powołał ją na swoją współpracownicę w rozmnażaniu rodzaju ludzkiego i szerzeniu Królestwa Bożego na ziemi.

Nie lęka się cierpień, które są nieuniknione. Może naraża się nawet na niebezpieczeństwo utraty życia; wie jednak, że Bóg czuwa nad nią i jej dzieciątkiem. Ufa Mu, a On jej nie opuści. Dopomoże znieść cierpienie i napełni ogromną radością jej serce, gdy na rękach swych ujrzy wypiastowane w łonie niemowlę – nowego człowieka. Poleca się tylko z gorącą wiarą Matce Najśw., a Ona uprosi u Syna Swego potrzebne jej męstwo i cierpliwość. Dzieciątko zaś stanie się źródłem jej szczęścia osobistego, a kochając je – będzie milsza i bliższa Bogu. Przypomina o tym P. Jezus, mówiąc: „Niewiasta… gdy porodzi dzieciątko, już nie pamięta uciśnienia z powodu radości, że człowiek  na świat się narodził” (Jan 16, 21).

Lecz młoda katoliczka, matka – Polka – niech nie naśladuje złego przykładu zepsutych niewiast, które i za dobrych czasów zawsze znajdywały powody, by unikać potomstwa, stosując różne środki zapobiegające ciąży – co jest ohydną rozpustą – a gdy one zawodziły, szły za poradą różnych znachorów, akuszerek, a niekiedy nawet nieuczciwych, bez sumienia lekarzy, odważając się na zakazaną i zbrodniczą praktykę spędzania płodu.

W pożyciu małżeńskim musi być uszanowana skromność i czystość. Oto, co mówi znowu na ten temat Pius XII:

„Stan małżeński może i powinien mieć swoją czystość bez skazy. Obowiązek czystości małżeńskiej wymaga odwagi rzeczywistej, niekiedy heroicznej, ale łaska Sakramentu dana wam została właśnie na to, abyście mogli spełniać swoje obowiązki. Niech was nie sprowadzają z prawej drogi pozorne powody i bardzo częste przykre przykłady. Miłość chrześcijańska ma wzniosły cel. Słuchajcie głosu waszego sumienia, który z głębi serca powtarza wam rozkaz dany przez Boga pierwszemu stadłu ludzkiemu: „Rośnijcie i mnóżcie się” (Rodz. 1, 22). A wtedy – według wyrażenia św. Pawła „małżeństwo … będzie w poszanowaniu u wszystkich, a łoże niepokalane” (Żyd. 13, 4)[3].

Młoda mężatka winna wiedzieć, że wszelkie zachowanie się w małżeństwie przeciwne ustanowionym przez Boga prawom natury oraz stosowanie środków zapobiegających ciąży jest ciężkim grzechem. Spędzanie zaś płodu – to Herodowa zbrodnia dzieciobójstwa. Jest to taka ohyda, że o niej nie powinno nawet być mowy pomiędzy chrześcijanami. Grzechy tego rodzaju są szczególnie ciężkie i zwyczajny spowiednik nie może z nich rozgrzeszyć, chyba na łożu śmierci. W innych zaś okolicznościach musi prosić o upoważnienie Pasterza swej diecezji – Biskupa. Nieraz i zwyczajni spowiednicy otrzymują od Biskupa władzę rozgrzeszania z tego grzechu.

Nadto podobne praktyki rujnują zdrowie matki, często czynią ją na zawsze niezdolną do macierzyństwa, a nieraz kończą się zakażeniem krwi i śmiercią w straszliwych męczarniach.

Jeden z pisarzy katolickich trafnie nazwał takie wyrodne matki „żywymi trumnami” swych dzieci. Ludzie uczciwi wstręt czują do podobnych matek-dzieciobójczyń. Wystrzegać się więc muszą młode matki każdego, kto doradza i zachwala praktyki unikania potomstwa w sposób sztuczny lub zabijanie kiełkującego życia.

Matki zaś wyrodne, niegodne tej świętej nazwy, niech pamiętają, że na straszliwym sądzie Bożym staną przeciwko nim nienarodzone ich dzieci, którym odebrały życie, zanim ujrzały światło dzienne. Wraz z życiem odebrały im zbawienie wieczne, gdyż według katolickiej teologii nieśmiertelne dusze tych dzieci, w chwili poczęcia przez Boga stworzone, bez łaski Chrztu św., cieszą się naturalną szczęśliwością, nie doświadczają największego szczęścia: oglądania Boga. Jaki będzie los matki dzieciobójczyni, która je tego dobra pozbawiła?!

Nie wolno słuchać tych, którzy twierdzą, że czasy są zbyt ciężkie, by obarczać się potomstwem, zwłaszcza licznym. Nasze przysłowie narodowe mądrze powiada: Da Bóg dzieci da i na dzieci. Jeszcze nikt się nie zawiódł, kto zaufał Opatrzności Bożej i z wiarą w Jej pomocy żył, pracował i walczył. „Przypatrzcie się, synowie, narodom ludzkim, a wiedzcie, iż żaden nie był zawstydzon, który w Panu nadzieję miał. Bo kto trwa w przykazaniach Jego, a był opuszczony?! (Ekli. II, 11-12).

Zdarzają się również i takie wypadki, iż zdaniem lekarzy matce grozi śmierć przy połogu. Wysuwają potrzebę operacji, która powoduje śmierć dziecka. Rozumiemy jej tragedię, ale czy matka dla ocalenia własnego życia ma się zgodzić na dzieciobójstwo? Przenigdy! Dziecko choć nienarodzone jest już prawdziwym człowiekiem. Niewinnego zaś zabijać nie wolno nawet dla uratowania własnego życia, tym bardziej nie wolno zabijać własnego dziecka. A co najważniejsze: dziecko zabite w łonie matki traci nie tylko życie doczesne, ale – co okropniejsze – życie wieczne; natomiast matka traci tylko życie doczesne, a zyskuje – jeśli wiernie pełni obowiązek matki – żywot wieczny. Czy wobec takich skutków można w ogóle wahać się w wyborze?

Matka winna zawsze pamiętać, że jest katoliczką i zdać się na wolę Bożą. Lepsze bohaterska śmierć, która rodzi życie wieczne, niźli zbrodnia, która nie wiadomo zresztą, czy nie skończy się nieszczęśliwą śmiercią i matki.

A zresztą – jakże często wiedza ludzka bywa omylna! Znane są przecież liczne wypadki, że matka, której niby to groziła śmierć przy połogu, wbrew zdaniu lekarzy szczęśliwie i zdrowo powiła swoje maleństwo. A że zdecydowała się raczej na śmierć niż na obrazę Boga i zbrodnię dzieciobójstwa, zasługuje ona na szacunek jako prawdziwa bohaterka. Miła jest Bogu, który jej i jej dziecku błogosławieństwa swego nie odmówi.

Mówiąc o matce, nie możemy pominąć i ojca. I on powinien poważnie, po chrześcijańsku, traktować swoje ojcostwo.

Mądry ojciec, prawdziwy mąż Boży, wierny przyjaciel i opiekun swojej małżonki – to skarb bezcenny w domu.

On razem z żoną się modli, razem Komunię św. w jej intencji i w intencji swojego przyszłego dziecka przyjmuje. Razem cieszy się i smuci, a zawsze z całą delikatnością i powagą traktuje swoją towarzyszkę życia.

Ojciec lekkomyślny, nałogowiec albo rozpustnik – to zabójca i matki i dziecka. To największe nieszczęście domowego ogniska.

Ojciec lekkomyślny i zły sam kala swój związek małżeński niewiernością, namawia i pomaga, aby został skalany zbrodniczymi praktykami, niedozwolonymi przez Kościół i sumienie ludzkie.

Praktyki te do niedawna jeszcze spotykane tylko w środowiskach miejskich wśród ludzi ceniących nade wszystko wygodę życia – w latach ostatnich zaczęły w zastraszający sposób przechodzić i na wieś, do środowisk rolników. Znaleźli się „dobrodzieje”, którzy głosząc, że Polska – rzekomo – za wiele ma dzieci, zaczęli zakładać „poradnie” dla młodszych matek, ucząc je, jak mają unikać potomstwa. Działalność takich ludzi jest nie tylko obrazą Bożą, ale kryje w sobie również wielkie niebezpieczeństwo dla narodu.

Dość spojrzeć na smutne dzieje potężnego i zamożnego niegdyś państwa, jakim była Francja, gdzie unikanie potomstwa doprowadziło do tego, że kraj ten począł się wyludniać i stopniowo wymierać. Więcej miał trumien niż kołysek; więcej starców niż dzieci. I to właśnie stało się przyczyną jego słabości wewnętrznej i klęski. Podobne przestępstwa były ongiś jedną z istotnych przyczyn upadku potężnego cesarstwa rzymskiego, władającego wielu krajami, a jeszcze dawniej powaliły takie wielkie mocarstwa starożytne, jakimi były Asyria i Babilonia.

Może nawet kraj jakiś opływać w dostatek i złoto – bez dzieci – jest nędzarzem i runie…

I znowu posłuchajmy słów naszego najwyższego Pasterza:

„Oto Kościół w czasie Bożego Narodzenia poddaje myślom waszym męża i żonę, pochylonych z czułością nad nowonarodzonym dziecięciem. Rozważając tajemnicę Bożego Narodzenia, zastanówcie się nad Marią i Józefem; wnikajcie w ich serca i zjednoczcie się z ich uczuciami. A wtedy, pomimo nieskończonej różnicy, jaka zachodzi między narodzinami Jezusa – Słowa Wcielonego – Syna Najczystszej Dziewicy, a urodzeniem małej istoty ludzkiej, której dacie życie, będziecie mogli z ufnością wziąć sobie za wzór tych idealnych małżonków – Marię i Józefa.

Spojrzyjcie na grotę betlejemską! Czy jest ona tym, o czym marzyli dla urodzin Dzieciątka Jezus w miłej serdeczności ich małego domku w Nazarecie? Może już od kilku miesięcy Józef wyrzynał z drzewa, heblował, dopasowywał i ozdabiał kołyskę… A Maria – możemy to śmiało pomyśleć – obeznana w świątyni od dzieciństwa z robotami kobiecymi, jak każda kobieta, która jest ożywiona nadzieją bliskiego macierzyństwa, kroiła, obrębiała, szyła pieluszki dla Upragnione przez narody.

A teraz w nędznej, wilgotnej grocie uwielbiają na kolanach Boga nowonarodzonego, leżącego w twardy żłobie, zamiast w pięknej kołysce, owiniętego w szorstkie gałganki zamiast w pieluszki delikatne. Maria i Józef zrozumieli że myśli ludzkie nie zawsze są zgodne z myślami Boga i że wszystko co przychodzi na ziemię, jest rezultatem powiązania zdarzeń zarządzonych lub dozwolonych przez Opatrzność Ojca Niebieskiego.

Drodzy nowożeńcy! Postarajcie się wyciągnąć korzyść z tej wzniosłej lekcji. Upadłszy na kolana przez żłóbkiem Dzieciątka Jezus, jak to czyniliście tak prostodusznie w waszym dzieciństwie, proście Go, aby na was przelał wielkie myśli nadprzyrodzone, które w Betlejem przepełniały serca Jego domniemanego Ojca i Jego Matki, Dziewicy Marii. W drogich małych istotach, które będą radością waszego młodego ogniska, zanim się staną dumą waszego wieku dojrzałego, a później podporą waszej starości, widzieć możecie nie tylko delikatne członki, miłe uśmiechy, ale przede wszystkim duszę stworzoną przez Boga, skarb cenny, powierzony waszej pieczy przez dobroć Bożą. Wychowując wasze dziatki do życia głęboko i gorliwie chrześcijańskiego, dacie im – jako też i sobie samym – najlepszą gwarancję szczęścia na tym świecie, a niebiańskiej rozkoszy na drugim.”[4]

Największym bogactwem narodu pozostaną zawsze zdrowe i święte rodziny!

Naród zatem każdy, jeśli chce żyć i podołać trudnościom, które napotyka na swojej drodze, musi dbać o najliczniejsze młode pokolenie.

Bo dzieci – to największa radość, chluba i szczęście rodziców. Dzieci – to błogosławieństwo i znak łaski Bożej narodu.

Takie jest w tych sprawach zdanie Kościoła, więc też matka i ojciec winna to sobie jasno uświadomić i zrozumieć, że biada tym którzyby tą nauką Bożą wzgardzili!

Dr. Czesław Kaczmarek, biskup kielecki, „Podstawy życia rodzinnego”, Kielce 1947, s. 22-33.

[1] Przemówienie z 23. X. 1940 r.

[2] Przemówienie z 3. IV. 1940 r.

[3] Przemówienie z 6. XII, 1939 r.

[4] Przemówienie z 3.I.1940 r.