Tagi

, , , , , ,

bartolomc3a9_esteban_perez_murillo_008 Z myślą o rodzinach szczerze pragnących dobrze wychować swoje dzieci, książka o której mowa w poniższym artykule zostanie częściami opublikowana. Zapraszam zatem do odwiedzania bloga i udostępniania rodzinom oraz tym, którzy rodzinę założyć planują. Ponadto polecam inne artykuły i kazania dotyczące wychowania i rodzin chrześcijańskich. 

Juan Arecharaleta

 

„Teraz dzieci są mądre!”

Za wsią obok siebie stały dwa gospodarstwa. Jedno było Grzelaków, drugie dopiero od kilku tygodni prowadził Jaroma.

W niedzielę, o zmroku, zajrzał Jaroma do sąsiadów i zastał piekło. Grzelak bił i klął synów wyrostków, za to, że go kradną, aby mieć pieniądze na hulanki. Ledwie synalkowie wyrwali się ojcu i trzasnęli drzwiami, a natychmiast rozpoczęło się co innego: wystrojona jak lalka córka Grzelaków – Lodka – chciała iść na całą noc na zabawę, matka zaś krzyczała w niebogłosy:

– Nie pójdziesz! Waruj w domu! Dosyć mam wstydu z Marynką! Też tak biegała po „ tańcówkach” i co z tego wyszło: że żyje „ na wiarę” z jakimś przybłędą, jak ta ostatnia! Zresztą, idź, ale niech cię moje oczy więcej nie widzą! I żebyś nogi połamała, ty latawico!

– Nie pójdę nigdzie! Nie wrzeszczcie! – burczała wystrojona panna. I zaczęła płakać, a wśród szlochów wyrzekała. – Ale co tu będę w domu wieczorem robiła? Powiedzcie, co?

– Ano jużci, że wieczorem w niedzielę nie ma co w chałupie robić – przyznawała na głos matka i widać było, że zmiękła widząc płacz córki.

– Niech idzie! – machnął ręką ojciec. – Ja już nie mam dzieci! Jeszcze tych dwoje małych: Janek i Jadwisia – słuchają mnie, bo się boją bicia. Ale jak dorosną, to też pozamieniają się na szatanów.

– A czyby tak panna Lodzia nie zajrzała teraz – odezwał się z kolei Jaroma. – I może pan, pani Grzelak, z żoną i z Jankiem i Jadwisią odwiedzilibyście nas? Bardzo proszę.

Pierwsza, po chwili, wyskoczyła Lodzia, potem Janek wziął Jadwisię za rączkę i poszli nikogo nie pytając. Wreszcie wyszli i starzy z Jaromą.

– Jezus, Maria! – biadała Grzelakowa po drodze. – Jakie też teraz dzieci są mądre: nic słuchać nie chcą!

Z jakich rodzin pochodzą święci?

Gdy byli na podwórzu sąsiada, Jaroma pociągnął cicho Grzelaków ku oknu. Zajrzeli do pokoju. Na stole świeciło się bystro lampa (widocznie dobrze wyczyszczona). Przy stole siedziała szesnastoletnia córka Jaromów, Flora, i coś czytała, a dwu jej braci Jacek i Cześ oraz matka z pięcioletnim Wojtusiem – siedzieli wokół stołu. Za piękną Florą stała wystrojona Lodka, a obok Jarominej, przytuleni do niej siedzieli razem na ławie Janek i Jadwisia trzymając się za rączki. Flora co chwilę przerywała czytanie, podnosiła wtedy swą śliczną twarzyczkę z nad książki i coś tłumaczyła, a wszyscy słuchali. Grzelakowie oczom swoim nie wierzyli.

– Rety! Chodźmy prędzej do nich, Stary! Tam jak w niebie! – szepnęła Grzelakowa.

Weszli. A potem, też posiedli i razem słuchali. Flora mówiła dalej takie oto słowa:

– Teraz będę czytała, skąd się wzięła jedna panienka, który była bardzo przystojna i została młodo wielką świętą. Przeczytam, jak u nich, w rodzinie tej świętej, było w domu. Bo każdy święty pochodzi z jakiejś rodziny. Nie z nieba.

– Z rodziny? – pytał Cześ.

– Tak – powiedziała Jaromina do synka – I ty możesz być świętym – i pogłaskała chłopca.

– Sama święta Tereska opisała w książce, jak u nich było w domu – tłumaczyła Flora. – Słuchajcie, co opowiada ona w tej książce o swoich najmłodszych latkach, gdy już ją matka odumarła, tylko jej został ojciec i siostry, a było ich pięć tych sióstr w domu: „Zaledwie ze snu otwierałam oczy, a już drogie siostry witały mnie pieszczotą i odmawiały ze mną paciorek ranny. Potem następowała nauka czytania. Pamiętam, że „niebo” było pierwszym wyrazem, który umiałam sama przeczytać… Co dzień po południu wychodziła z ojcem na przechadzkę połączoną z nawiedzeniem Najświętszego Sakramentu… W miarę jak rosłam, coraz bardziej kochałam Pana Jezusa i ofiarowywałam Mu często swoje serce, używając formułki, której nauczyła mnie moja matka… Cóż mogę powiedzieć o naszych zimowych wieczorach? Grałyśmy w warcaby, a następnie siostry moje czytały „Rok liturgiczny”, potem kilka stronic książki zajmującej i zarazem pouczającej, przez ten czas siedziałam na kolanach ojca… Wieczór kończył się zawsze wspólną modlitwą. I wtedy jeszcze moje miejsce było przy ojcu: patrząc na niego, myślałam, że tylko święci tak się modlą.”

Flora czytała jeszcze jakiś czas. Trafiało się, że dzieci przerywały jej, dopytując o to lub owo, albo Jaroma bądź Jaromina przerywali: pytali wtedy dzieci albo wyjaśniali dzieciom różne rzeczy. Wreszcie czytanie się skończyło i Jaroma powiedział:

– A teraz do pacierza!

Jaroma pierwszy ukląkł przez obrazem świętej Rodziny, a za nim żona i dzieci. Przeżegnano się. Jaroma powiedział teraz z powagą:

– Pomyślmy najpierw, czy dziś nie obraziliśmy Boga jakimś grzechem.

Zapanowało milczenie. Każdy czynił rachunek sumienia z tego dnia: rodzice i dzieci.

– A teraz pomyślmy chwilę, czy i jak każdy z nas walczył dziś ze swą główną wadą?

Wzbudzono potem akt żalu doskonałego i wreszcie odmawiano wspólnie głośno pacierz.

I Grzelakowie ze swą Lodzią i młodszymi dziećmi – wzięli udział w pacierzu.

Co mąż i żona mają wspólnie czytać?

Po pacierzu, Flora przypilnowała, by dzieci się umyły, potem ułożyła je spać, a następnie poszły z Lodzią do kuchni przygotować herbatę dla gości.

– Żebym na własne oczy nie widziała – nie uwierzyłabym, że takie jak wasz są domu w Polsce i to na wsi! – zdumiewała się Grzelakowa. – Mój Jezu, żeby to moje dorosłe córki chciały pracować nad swymi młodszymi braćmi i siostrami tak, jak wasza Flora! Przecież to się ogromnie przyda takiej dziewczynie, gdy wyjdzie za mąż: umie wtedy ona wychowywać swoje dzieci. Nie tak jak ja: ja tylko umiem krzyczeć na dzieci, albo im… na wszystko pozwalać. Bo czego innego nie nauczyła mnie matka… – Ja tak samo: potrafię bić i kląć dzieci, albo wołać ich do roboty. A na dzisiejsze czasy, to za mało! Ale bo to człowiek widział co innego u swoich rodziców, jak się było małym?

– Panie Grzelak – odpowiedział na to Jaroma – i ja dużo więcej nie nauczyłem się od swych rodziców. Ale sam, i wspólnie z żoną, zacząłem myśleć, jak w naszych czasach trzeba dzieci wychowywać. No i znaleźliśmy różne sposoby. A teraz kupiliśmy sobie książkę o tym, jak nowocześni rodzice powinni pracować nad sobą i nad dziećmi. Czytamy tę książkę razem z żoną i co przeczytamy jakąś nową rzecz, to obmyślamy, jak to w naszej rodzinie zastosować. Książkę tę napisał dopiero w zeszłym roku biskup polski Czesław Kaczmarek. Nosi ona tytuł „Podstawy życia rodzinnego”. Jest nieduża, liczy tylko 141 stron. Jest tania, kosztuje zaledwie 110 złotych, a tak jest jasno napisana, że każdy dorosły ją zrozumie. Gdyby w każdym domu mąż z żoną książkę tę wspólnie czytali i to praktykowali, co tam napisane, to nie tylko dzieci i małe i dorosłe słuchałyby takich rodziców, ale kto wie, czy wtedy dzieci w Polsce nie postępowałyby szlachetniej niż wszystkie dzieci na całej kuli ziemskiej.

Walenty Majdański

 

Rycerz Niepokalanej, czerwiec 1947, rok XXVI, nr 6, s. 160-161.