Tagi

, , , ,

o_kolbeP. Gniadek z Warszawy z ul. Piusa XI, więzień polityczny w obozie koncentracyjnym w Dachau, opowiedział mi we wrześniu 1934 r. co następuje:

„W marcu 1941 r. przebywałem w więzieniu na „Pawiaku” w Warszawie w celi pod nr. 103 na oddziale piątym. Razem ze mną mieszkał żyd Singer. Po paru dniach przyprowadzono do nas O. Kolbe. Ubrany był w habit i był ogolony (przed wojną nosił brodę). Obecność O. Kolbe wywarła doskonały wpływ na uspokojenie nerwów. Codziennie żyłem pod wrażeniem, że każdej chwili zawezmą mnie na przesłuchanie i wywiozą do obozu. W pięć dni po przybyciu O. Kolbe „odwiedził” naszą celę strażnik więzienny, gestapowiec w randze Scharführera. Był on niedowiarkiem i należał do wojujących bezbożników. Skoro zobaczył O. Kolbe w habicie, wpadł w straszny szał. Zachował się tak, jakby go kto oblał gorącą wodą. Opanowała go nienawiść do habitu, a jeszcze więcej do krzyżyka u koronki. Żyd, starszy celi, złożył meldunek obecności wszystkich więźniów na naszej izbie.

Bezbożnik podskoczył do O. Kolbe, uchwycił za krzyżyk koronki, zaczął szarpać i pyta:

– „Ty wierzysz w Chrystusa?!”

– „Tak! – wierzę!” – odpowiedział spokojnie zakonnik.

Niedowiarek wymierzył O. Kolbe silny policzek.

Po chwili pyta znowu:

„Wierzysz jeszcze?!”

Odważny wyznawca Chrystusa nie zaparł się swego Mistrza, lecz odrzekł znowu łagodnie:

„Wierzę!”

Gestapowiec trząsł się ze złości. Ponownie uderzył zakonnika jeszcze silniej w twarz, aż ten się zatoczył. Twarz O. Maksymiliana była mocno zaczerwieniona i znać było na niej ślady uderzenia.

Hitlerowiec nie dał za wygraną i jeszcze się kusił, że może uda się mu przełamać stanowczość mnicha.

Szarpał i popychał O. Kolbe bardziej brutalnie, niż dotychczas. Po chwili pokazuje mu znowu krzyżyk do koronki – popycha i wrzeszcząc pyta:

„I ty jeszcze w to wierzysz?!”

O. Kolbe po raz trzeci otwarcie wyznał Chrystusa i rzekł:

„Tak jest, wierzę!”

Wachmistrz wzburzony do ostatecznych granic, uderzył tym razem najsilniej w twarz zakonnika. Widząc, że „klecha” jest niewzruszony, z gniewem opuścił salę, trzaskając za sobą drzwiami.

W czasie tej sceny – opowiada p. Gniadek, opanował mnie taki gniew, że chciałem się rzucić na hitlerowca, by go udusić. Bezsilność jednak i świadomość przykrych następstw zmuszała mnie do bezczynnego stania z zaciśniętymi zębami. Nie ujawniłem swego gniewu na zewnątrz, gdyż wtedy gestapowiec jeszcze bardziej mściłby się na O. Kolbe i na nas. W czasie tego wypadku O. Maksymilian był opanowany. Nie zauważyłem u niego najmniejszego zdenerwowania. Po wyjściu Scharführera z celi, O. Kolbe chodził po izbie i modlił się. Na twarzy jego widać było sińce. Zajście to mocno mnie podnieciło. Odgrażałem się Niemcom. O. Kolbe zwrócił się do mnie i rzecze:

„Proszę nie denerwować się. Pan ma wiele własnych kłopotów. A to, co się stało, nie jest nic takiego, bo to wszystko dla Matki Niepokalanej”.

Wiadomość o tym wypadku szybko rozniosła się po całym więzieniu. Po paru dniach zapadł O. Kolbe na płuca (żył tylko o jednym płucu) i przyjęto go do szpitala więziennego.

Skoro potem w obozie dowiedziałem się o jego bohaterskiej śmierci w Oświęcimiu, wcale nie zdziwiłem się, gdyż wiedziałem, że do podobnych ofiar O. Kolbe jest zdolny” – kończył swoje opowiadanie p. Gniadek.

 

Rycerz Niepokalanej, czerwiec 1946, rok XX, nr 6, s. 144-145.