Tagi

, , ,

woroniecki01Rozdział drugi

MODLITWA CHWALEBNA

Ja Pan, to jest imię moje —

a chwały mojej nie dam innemu…

Iz 42, 8

Podstawowym zagadnieniem naszej wiary, od którego zależy wszystko, co się do naszego życia duchowego odnosi, jest zagadnienie celu, dla którego Bóg stworzył świat.

Wiemy z Objawienia, że Bóg świat stworzył z niczego; choć i sam rozum, pozostawiony własnym siłom, musi dojść do wniosku, że ta całość przemijająca, którą światem nazywamy, nie mając w sobie racji swego bytu, musi pochodzić od Tego, który jest samym bytem i źródłem bytu — od Boga. Ale to nam nie wystarcza. Umysł ludzki musi zadać sobie pytanie, jaki cel mógł mieć Bóg, stwarzając świat, jaki motyw, aby się po ludzku wyrazić, zaważył tu na woli Bożej, co Bóg chciał osiągnąć, powołując do bytu tę niezliczoną ilość istot skończonych, stanowiących wszechświat.

Pytanie to w dziejach myśli ludzkiej najrozmaiciej bywało rozstrzygane. Ponad tymi jednak rozwiązania mi wiara chrześcijańska przechowywała od wieków jedyną możliwą do przyjęcia odpowiedź, podaną nam przez samego Boga w tych słowach natchnionej Księgi Przypowieści: Universa propter semetipsum operatus est Dominus (Wszystko dla samego siebie uczynił Pan – 16, 4).

W samej rzeczy Istota nieskończenie doskonała, no posiadająca całkowitą pełnię bytu, nie mogła potrzebować niczego poza sobą, co by miało zaspokoić jakiś Jej niedostatek lub pożądanie. Nic Jej nie zmuszało do stworzenia czegoś, co by poza Nią istniało, skoro miała w sobie samej, dobru nieskończonym, pełne źródło szczęścia, któremu niczego brakować nie może. Zniewolić Boga do stworzenia świata nie mogło nic ani z zewnątrz, ani od wewnątrz, ale skłonić Go do tego mógł tylko jeden motyw, wysnuty z samej doskonałości Jego natury i odpowiadający niezmierzonej Jego mądrości — mianowicie własna Jego dobroć.

Chęć, by dobroć nieskończona, będąca źródłem własnego Jego Boskiego szczęścia, stała się źródłem szczęścia istot Jemu podobnych, aby ktoś poza Nim miał udział w tym dobru i szczęśliwości, które w całej niekończonej pełni On jeden posiada — oto jedyna racja, która mogła skłonić Boga do powołania świata z nicości do bytu. Św. Augustyn z tą swoją genialną umiejętnością ujmowania wielkich prawd w krótkie, lapidarne słowa, doskonale wyraził tę ostateczną rację istnienia stworzeń w słowach: „Ponieważ Bóg jest dobry — my jesteśmy”.

Bóg więc nie mógł, stwarzając świat, dać mu celu poza sobą. On sam tylko mógł być celem swego dzieła, stworzonego na to, aby mieć udział w Jego dobru nic – kończonym i w tym szczęściu, które jest od Niego nierozłączne. To znaczą słowa, że Bóg stworzył wszystko dla siebie samego. Nie z potrzeby, ale z dobroci, umiłowania własnej dobroci; nie dla zwiększenia swego szczęścia, bo ono jako nieskończone, zwiększone być nie może, ale dla udzielenia go z miłości innym istotom, odzwierciedlającym w rozmaitym stopniu niezliczone doskonałości Boże.

Dla zeświecczałej myśli współczesnej, nawykłej szukać norm bytu w analizie natury człowieka, a nie Boga, powyższa racja stworzenia nasuwa poważne trudności. Niejeden współczesny półchrześcijanin stanie wobec niej zakłopotany i powie sobie, czy to jednak nie jest egoizmem, tym egoizmem, który moralność chrześcijańska tak bardzo zwalcza.

Nie, nie tylko nie jest to egoizmem, ale przeciwnie, szczytem bezinteresowności, do jakiego stworzenie nigdy nie dotrze. Zło egoizmu polega na tym, że istota stworzona, a więc skończona, ograniczona, niemająca w sobie pełni bytu, ale wciąż poszukująca poza sobą środków do utrzymania się przy bycie i uzyskania szczęścia, że taka istota chce z siebie zrobić cel i sobie wszystko podporządkować. Krzywdzi ona tym samym sama siebie, krzywdzi innych, którym się chce jako cel narzucić, gdyż sama nie ma możności dać sobie i im pełni szczęścia, a odwraca siebie i ich od celu, w którym to szczęście znaleźć mogą.

U Boga wprost przeciwnie: dając stworzeniu siebie za cel, otwiera On mu jedyną pewną drogę do szczęścia. Łącząc się bowiem z Nim, osiąga stworzenie dobro nieskończone, a w nim pełnię bytu szczęścia. Sam zaś Bóg złączenia się z Nim Jego stworzeń istotnego wzmożenia swego szczęścia nie otrzymuje, szczęście Jego, jako nieskończone zwiększyć się bowiem nie może. To, co stworzenia Mu przynoszą, ta chwała zewnętrzna, nie jest w żadnym stopniu konieczna do Jego szczęścia i nic istotnego Mu nie dodaje, On jej dla siebie nie potrzebuje, ale On jej chce dla stworzeń, aby i one nieco z Jego szczęścia zaznały.

To więc, co u człowieka jest egoizmem, u Boga jest szczytem bezinteresowności. On jeden ma prawo siebie stawiać za cel światu, bo On jeden jest w stanie dać każdej istocie to, czego ona w tym celu ostatecznym szuka, a mianowicie pełnię bytu i szczęścia.

Tak uzasadniona racja stworzenia świata daje temu światu jasny i wyraźny cel. Jest nim sam Bóg, z którego dobroci świat powstał i do którego jako do dobra najwyższego ma wciąż wracać. Powrót ten odbywa się bez przerwy; w miarę bowiem, jak każde stworzenie rozwija się w swej swoistej naturze o dochodzi do pełni doskonałości, nakreślonej przez Stwórcę — mądrość i doskonałość Boża uwydatnia się w nim coraz bardziej; upodabnia się ona do swego pierwowzoru, zbliża się niejako do niego i łączy się z nim. Ten proces nazywamy szerzeniem chwały Bożej, wielbieniem Boga przez całe stworzenie, i o nim to myśli Pismo Święte, gdy na każdej niemal karcie wskazuje ten hymn chwały i błogosławieństwa, które ziemia i niebo posyłają do Stwórcy. Otwórzmy Psalmy, taki np. Psalm 95, 96, 97 albo 112, 146, lub przypomnijmy sobie hymn trzech młodzieńców w piecu ognistym zapisany u proroka Daniela (3, 52 — 88), a przekonamy się, jak dusze, oddane Bogu, umieją wsłuchać się w niemą pieśń chwały, którą wszystkie stworzenia świata zanoszą bez przerwy do Stwórcy.

Ten jednak nieświadomy hymn, którego martwa i żywa, ale nierozumna przyroda nie przestaje nigdy śpiewać, nie mógł wystarczyć Stwórcy. On chciał mieć stworzenia, bardziej jeszcze podobne do Niego, zdolne świadomymi aktami ducha z Nim się łączyć, wiedzące, skąd wyszły i dokąd mają powrócić (J 13, 3). Dla uwydatnienia całej pełni Jego mądrości i mocy nie wystarczyło stworzyć świat materialny, ale wypadało nadto powołać do bytu świat ducha, to znaczy szereg istot wolnych od więzów materii, a przez to stokroć bardziej uzdolnionych do połączenia się z nieograniczonym duchem, jakim jest sam Bóg.

Jedne z nich stworzył Bóg raczej dla swej bezpośredniej służby ­ to aniołowie, czyste duchy, wolne od wszelkiej przymieszki materii i niemające kontaktu ze światem materialnym. Inne przeciwnie — przeznaczone zostały dla utrzymania stałego stosunku między światem widzialnym a Stwórcą, i w tym celu do samej ich konstytucji weszły oba pierwiastki, cielesny i duchowy ­ to ludzie. Dusza ludzka ten pierwiastek duchowy, posiadający wszystkie własności czystych duchów; a więc i nieśmiertelność osobistą, i pozostałe uniwersalne, i wolność czynów, nie stanowi całej natury człowieka. Ciało jest również istotnym tej natury składnikiem i w stanie doczesnym związek tych dwóch pierwiastków jest taki ścisły, że dusza bez współdziałania ciała czynności swych rozwijać nie może.

Postawieni na pograniczu świata materialnego i duchowego, tam gdzie kończy się czas, a zaczyna się wieczność, mamy przeznaczone sobie od Stwórcy zadanie bardziej złożone, niż to by się na pozór wydawało. Jak każde stworzenie, winniśmy wracać do źródła, z któregośmy wyszli, i szerzyć chwałę Bożą, świadcząc całym naszym życiem o nieskończonej mądrości, dobroci i doskonałości Stwórcy. Ale jako istoty duchowe, rozumne i wolne, winniśmy to czynić świadomymi aktami tych wszystkich władz naszej natury, które w naszym życiu moralnym biorą udział i które wszystkie winny nieść Bogu swą służbę. Poza tym jednak to świadome zwracanie Bogu chwały i czci Mu należnej winniśmy spełniać nie tylko przez wzgląd na siebie, na nasz cel osobisty, ale i przez wzgląd na świat materialny, który przez nas jedynie przychodzi świadomie do głosu i znajduje możność oświadczać Bogu ustami człowieka to, co niemym hymnem śpiewa Mu bez ustanku.

Trzeba się dobrze wmyślić w to wyjątkowe stanowisko, jakie człowiek otrzymał od Boga w dziele stworzenia, aby zrozumieć w całej pełni doniosłość modlitwy, jej wielostronne zadanie i rozmaite formy, jakie przybiera.

Pierwszym, co nas musi uderzyć, jest to ta naiwność ludzi, którzy w modlitwie widzą tylko pewne żebranie lub targowanie się z Bogiem i nie rozumiejąc stosunku człowieka do Boga, skłonni są zupełnie modlitwę odrzucić. Wnet zobaczymy, że modlitwa błagalna ma głębokie uzasadnienie i lekceważona być nie może, a jednak nie ona jest pierwszą i najistotniejszą formą modlitwy. Pierwszą i najistotniejszą funkcją modlitwy jest chwała i cześć Boża, które każde stworzenie winno Bogu przynosić. O Bogu, a nie o sobie, winien więc człowiek: najpierw myśleć, toteż i Zbawiciel, ucząc apostołów, jak się mają modlić, zaczął od słów chwały, aby dopiero potem przejść do słów prośby: najpierw święć się Imię Twoje, a potem dopiero chleba naszego powszedniego.

O. Jacek Woroniecki OP, Wychowanie człowieka, Wydawnictwo Znak, Kraków 1961, ss. 114-123.

Przepisał K. S.