Tagi

, ,

padua11-1Od śmierci swej pobożnej Matki młody rzeźbiarz Fred coraz bardziej staczał się w przepaść. Godził się na wszystkie zachcianki swych lekkomyślnych kolegów, niejedną noc przepędził na pijatyce w karczmie, a kiedy środki materjalne się wyczerpały, przepychał się jakoś u swych przyjaciół, nabierał swych kolegów na pieniądze, a gdy już nie było wyjścia, próbował ratować się żebractwem. Nieraz stał pod łukiem bramy wielkiej katedry, a w duszę jego wżerały się coraz głośniej podszepty szatana. Ten i ten i ta, tak elegancko ubrani, napewno znowu pozostawili piękny grosz w skarbonie.

„Dziś odpust świętego Antoniego. Ten napewno dziś nagromadzi sporo groszy!“ tak szepnął mu do ucha żebrak, u jego boku żebrzący jałmużnę.

„Jesteś młody i silny, daj się wieczorem zamknąć w kościele, spróbuj; narzędzia ja ci pożyczę, jeśli przyrzekniesz sprawiedliwy podział.“

Z osłupieniem Fred spojrzał w twarz brzydkiego doradcy. „Czy wyście już kiedyś…?“

„Pewnie, tylko nie mam szczęścia, zwykle mnie złapią, a potem… ale ty jesteś młody i zręczniejszy odemnie starego“.

Odtąd Fred unikał żebraka-włamywacza. Starał się zarobić na chleb uczciwą pracą. Ale ani nawet jego praca organizacyjna u wolnomyślicieli nie przyniosła żadnego owocu. I znowu rozpoczął pochód żebraczy u swych kolegów. Ale za każdym razem więcej gorzkości pozostało w duszy.

„Jest to jedyne twoje ubranie?“ pytał go jeden. A gdy się przyznał, wyśmiali go. „Musisz nie mieć szczęścia — albo twoja sztuka musi być nieszczególna.“

„Profesor napewno się grubo pomylił, gdy ci tak świetną karjerę przepowiadał,“ powiedział ten, co w czasie nauki stał zawsze w jego cieniu a teraz dzięki protekcji swego dobrodzieja, nie mógł załatwić wszystkich zamówień, „mógłbyś do mnie się zgłosić na pomocnika.“ Fred chwilę wałczył w sobie, drwiny połknął, ale duma artysty zwyciężyła.

Niewiele tego było, co mu koledzy litościwie ofiarowali, zaledwie starczyło na opłacenie mieszkania i na zakup chleba. Gorzkość w jego duszy rosła. Przeklinał swój los i talent, który go do wyższych rzeczy obowiązywał, i żałował, że nie stał się rzemieślnikiem uczciwym. Te oskarżenia jednak nie pomnożyły jego środków utrzymania i wkrótce znowu stał przed wielką katedrą i — żebrał.

Był śliczny wieczór czerwcowy. Fred przez cały dzień skazany był na głodowanie. Głód pożerał jego wnętrzności. I znowu przystąpił stary żebrak do niego. Wetknął mu w rękę jakieś żelazo.

„Dziś napewno się opłaci,“ szepnął mu do ucha.

Młody rzeźbiarz schował narzędzie w kieszeni. Wstąpił razem z innymi do kościoła. Pozostał całkiem w tyle i ciekawie się rozglądał. O gdyby mu ktoś dał tylko kawałek chleba…

Nie był już wstanie, chwytać dźwięków organu i posłyszeć słowa z kazania, głód był za wielki, męczarnia okropna. Z tego półomdlenia zbudziło go jasne światło. Oto stał święty Antoni na postumencie w wieńcu lampek elektrycznych i otoczony kwiatami. A u stóp figury umieszczona była tabliczka z napisem: „Chleb świętego Antoniego.“

Chleb! Chleb! Ciągle czytał to słowo i nie mógł wzroku oderwać od niego, bo było jakby echem jego niezmiernego uczucia głodu.

Wreszcie spostrzegł, że jest sam przed tą figurą Świętego. Omdlewającą woń roztaczały róże zdobiące obraz. Nie trudno było ukryć się przed kościelnym, zamykającym kościół. Za wy- sokiemi palmami i ustawionemi kwiatami nikt go nie mógł dojrzeć.

W kościele zapanowała ciemność, tylko przed głównym ołtarzem tliło się światełko czerwone, wieczna lampka, jakoby czujne, nadziemskie oko.

Fred poczuł, jak serce w piersi zaczęło gwałtownie bić. „Bóg cię widzi,“ usłyszał jakby w dali ostrzegawczy głos… Któż go to wołał?… Precz! Precz!… Gwałtownie odrzucał myśl o zbrodni od siebie. Stał jak zaklęty. Mechanicznie zerwał kilka listków różanych i gryzł je z rozpaczy. Oczy jego znowu błądziły po figurze Świętego, która stała teraz w świetle księżyca. I znowu czytał: „Chleb świętego Antoniego!“ To mu odjęło ostatecznie panowanie nad sobą. Wyciągnął rękę… Przysądził żelazo do skarbony. „Dzisiaj się opłaci,“ powiedział przecież tamten.

Ale co to? Żelazo się ześlizgnęło. Figura się zachwiała. Dotąd nigdy nieznane uczucie mdłości go owładnęło. Zdołał tylko jeszcze przeczytać napis artystycznie wyszyty na hafcie, zdobiący postument: „Święty Antoni, pomóż!“ I runął na posadzkę.

Gdy przyszedł do siebie, siedział w krześle, ustawionem w jasno bielonym pokoju. Obok niego stał mnich w brunatnym habicie i do ust podawał mu napój orzeźwiający.

„Ma Pan boleści,“ zapytał łagodnie.

„Nie. Tylko głód, okropny głód,“ westchnął Fred.

Zakonnik wyszedł i wrócił wkrótce z chlebem i mlekiem. Młody człowiek jadł chciwie. Potem trwożliwie podniósł wzrok.

„Czy statua się połamała?“ zapytał.

„Tak, ale tylko nieznacznie,“ odpowiedział zakonnik. Fred nisko schylił głowę. „Teraz poślą po policję i każą mnie odprowadzić,“ mruczał do siebie. I poznawszy nagle brzydkość swego postępku, uczuł głęboki żal w sercu. „Cały dzień nic nie miałem w ustach i nie miałem widoku jeszcze coś zarobić, ale nigdy nie powinienem był…“ usprawiedliwiał się. Z zamyśleniem zakonnik spoglądał w twarz młodego człowieka.

„Że święty Antoni swoim ciężarem Pana nie zranił, jest zapewne cudem, który przypisuję jedynie dobroci Świętego, ale jest zarazem znakiem, że chciał on Pana przed dalszem złem zachować; dlatego pozwalam Panu spokojnie wyjść.“

Młody rzeźbiarz powstał zdumiony. Gdy stał w otwartej bramie, którą miał wyjść w ciemną noc, przyszło nań jakby oświecenie z góry.

„Przepraszam Ojca,“ zwrócił się do zakonnika, „czy ja mogę tę szkodę naprawić?“ „Jest Pan przecież biedny,“ chciał Ojciec odpowiedzieć.

„Ja znam się trochę na rzeźbieniu,“ wyznał Fred. Przez całą noc prawie ksiądz słuchał dziwnej historji młodego człowieka, którą niedoszły włamywacz wiernie opowiedział. A na drugi dzień już własnemi rękami naprawił szkodę wyrządzoną.

Ponieważ próba wypadła ku zadowoleniu Ojców, polecono mu jeszcze wykonanie innych prac. Przyszłość Freda była więc na krótki czas zapewniona. Gdy przechodził obok statuy Świętego, uczucie wdzięczności przenikało jego duszę, bo Święty w największej nędzy i wewnętrznej rozterce go podtrzymał i pozwolił znaleść lepsze ja przez cud miłosierdzia.

O. S.

 

„Szkoła Seraficka”, rok XI, czerwiec 1936, str. 179-182