Tagi

, ,

Widzieliśmy gwiazdę Jego na wschód słońca i przyjechaliśmy pokłonić się Jemu.

Mat. II, 2.

adoration-of-the-magi-rubens-1620Dzień to szczęśliwy i pamiętny, kiedy miłosierny Zbawiciel w osobie Trzech Króli powołał nas z ciemności i bałwochwalstwa do wiary św. Tak jest, Trzej Mędrcy ze Wschodu są dla nas ojcami i wzorami wiary. Obyśmy ich chcieli godnie naśladować! Wołał niegdyś z uniesieniem miłości i wdzięczności św. Leon papież: „Aniołowie i mieszkańcy grodu niebieskiego, udzielcie nam promiennej miłości, byśmy mogli miłosiernemu Bogu podziękować za łaskę powołania do wiary świętej i zbawienia wiecznego”. Obchodźmy, Bracia, z weselem początek naszej wiary i nadziei! A na wzór Mędrców strzeżmy wiernie powołania swego i lękajmy się, by nas Bóg w gniewie swym nie odrzucił i nie ukarał jako żydów występnych, których prowadził jako matka dziecię, od czasów Abrahama aż do przyjścia Syna Bożego na świat, był dla nich obrońcą i oswobadzał z przeróżnych kłopotów. A ponieważ sami wzgardzili Jego dobrocią i łaskami, odrzucił ich jako niewdzięczników. I z nami może się stać to samo, i od nas może gdzieindziej przenieść wiarę, jeżeli jej nie będziemy okazywali uczynkami.

Aby poznać, jak nieocenionym skarbem jest powołanie do wiary św., należałoby się zastanowić nad ciemnotą, w której pogrążeni byli ojcowie nasi przed jej przyjęcie. Dobroć to niesłychana Boga naszego, że nas wezwał na łono Kościoła katolickiego pomimo naszej niegodności. Jak tu nie dziękować za to Stwórcy z głębi serca! Tyle ludów jęczy dotychczas w niewoli czarta i grzechu, a my jesteśmy dziećmi Bożemi. Aby się zachęcić do cnoty i żywej wiary, przypatrzmy się, jak to Trzej Królowie odznaczali się wiarą szybką, szlachetną i wytrwałą. Obok ich wiary nasza okaże się mdłą i słabą. Zachęcimy się też do miłości i wdzięczności względem Boga za dar naszego powołania.

I. U Mędrców, o których mówi Ewangelia dnia dzisiejszego, widzimy szybkie korzystanie z łask Bożych. Skoro tylko zobaczyli gwiazdę cudowną na niebie, nie badają, nie wahają się, ale natychmiast idą za jej przewodem i pragną czemprędzej znaleźć Zbawiciela. My przeciwnie, często opieramy się łasce Bożej i nie chcemy wyjść z błota grzechów naszych, nieraz całe lata jesteśmy w nich pogrążeni.

Po wtóre widzimy u Trzech Mędrców wielką szlachetność i wspaniałomyślność w korzystaniu z łask i natchnień Bożych. Ponoszą bowiem ciężkie ofiary, nie uważają na trudności, ale mężnie wybierają się w drogę i postępują za przewodem gwiazdy. Opuszczają rodzinne domy i królestwa, znoszą niewygody i narażają się na liczne niebezpieczeństwa: zimno w ostrej porze roku, szyderstwa i śmiało dążą do celu. Gdyby od nas Bóg domagał się tyle poświęcenia, mało kto posiadłby królestwo niebieskie. O, gdybyśmy to dla nieba tyle pracowali, ile się trudzimy dla świata i ziemskich interesów, niezawodnie zbawilibyśmy swą duszę! Skąpiec dla grosza wiele się mozoli, pijak w pocie czoła pracuje, aby coś zarobić na hulatyki niedzielne, zmysłowy i lubieżny człowiek również wiele ponosi trudów, aby swą brudną chuć zaspokoić. Dziewczyna i młodzieniec narażą się na krzyki rodziców i chłosty, a przecież w swem zaślepieniu nie przerywają swych niegodziwych schadzek! Dla duszy najmniejsza ofiara wydaje się za trudną.

W samej Jerozolimie ileż męstwa i wspaniałomyślności nie okazują Trzej Królowie ze Wschodu! Znika im gwiazda z przed oczu, więc się pytają w stolicy o nowonarodzonego Króla żydowskiego. Nie zrażają się, nie chwieją, choć Jerozolima nic o tem nie wie, idą na dwór Heroda, jego się pytają, czekają na zdanie uczonych w Piśmie, depcą podły wzgląd ludzki, boć łatwo zaślepiona Jerozolima mogła wydrwić ich łatwowierność. Za wszelką cenę chcą znaleźć Zbawiciela i oddać Mu pokłon. Ileż tu odwagi i stałości!

Przypatrzmy się wreszcie ich wytrwałości. Uczeni żydowscy wskazują na Betleem, więc tam podążą nasi Mędrcy, nie lękając się wcale, że może będzie ogromny napływ ludu, że miejsca nie znajdą dla siebie, bo kto wie, czy tam nie podąży cały naród, kiedy wreszcie zjawia się przez tyle wieków oczekiwany Zbawca świata. O, żydzi nie pójdą, bo śpią w grzechach i ciemnocie! Prawdziwy to obraz grzesznika, które nie zważa na głos Boży, ale trwa uporczywie w złem.

Opuszczają zepsutą Jerozolimę Mędrcy, wierni powołaniu. Wielka, zaprawdę, ich wiara, wielką też będzie ich nagroda. Albowiem znowu pojawia się na niebie piękna gwiazda i wiedzie ich tam, gdzie Zbawiciel świata w nędzy i opuszczeniu się rodzi. Wchodzą do szopy, widzą Dzieciątko uwite w pieluszki, to ich nie odstrasza, bo wiedzą, że ten maleńki jest Panem nieskończonego Majestatu, który włada niebem i ziemią. On dobrowolnie stał się ubogim, spoczął w lichym żłóbku na barłogu, między dwoma bydlętami. Serca Mędrców na ten widok płoną miłością, czoła pochylają i kolana zginają przed Jezusem i w najgłębszej pokorze hołd Mu oddają, łzy z oczu płyną i skrapiają siano w stajence. Słodko im w duszy, kiedy widzą Zbawiciela, Króla nieba i ziemi, Mistrza wszechświata w takiem poniżeniu dobrowolnym z wielkiej ku ludziom miłości. Oddają się teraz zupełnie temu Panu, do Niego chcą całkowicie odtąd należeć. A ponieważ na Wschodzie panował zwyczaj, że do wielkich książąt przystępowano z darami, więc i Trzej Mędrcy składają je Wcielonemu Bogu: oddają Mu złoto, kadzidło i mirę, produkta swych krajów. Przez te dary wyrażają doskonale, jakie mają pojęcie o tej ubogiej Dziecinie. Widzą w Niej swego Boga, Króla najwyższego i prawdziwego Człowieka. Przez złożenie kadzidła, które się tylko Bogu należy, uznają Jezusa za Boga, przez mirę używaną do balsamowania ciał, uznają Go za Człowieka, a złoto składane monarchom, świadczy, ze Go mają za Króla królów. Dary te nadto wyrażają uczucia ich serc: złoto żarliwą miłość, kadzidło czułą pobożność, a umartwienie i poświęcenie się Stwórcy oznacza mira, którą Panu złożyli w dani.

Zaiste, nie znalazł Jezus Chrystus podobnej wiary w Izraelu, wiary takiej, którą okazują ci Trzej Królowie. Oni biją czołem przed maleńkim Jezusem, przybywają doń z dalekich krain, podczas gdy żydzi nie zważają na Jego Narodzenie, a później nawet srogo Go prześladują i do krzyża przybijają swego Mesyasza i największego Dobroczyńcę. O jak cenną rzeczą jest wiara! Gdybyśmy to mogli pojąć należycie, jak starannie pielęgnowalibyśmy ją w sobie!

II. Kogo naśladować będziemy, Bracia drodzy, żydów czy Mędrców? Co widzimy u znacznej liczby chrześcijan? Wiarę słabą i drzemiącą! Są i tacy, którzy nie posiadają wiary złego ducha: „I czarcić wierzą i drżą” (Jak. II, 19). Łatwo się o tem przekonać, ze grzesznicy zapierają się Boga. Jeżeli nie poprawimy się, łatwo przyjdzie na nas to, czem groził św. Paweł narodowi żydowskiemu, że będzie odeń odjęta wiara i przeniesiona do tych, którzy jej owoce czynić będą.

Gdy więc przypatrzymy się ludziom, widzimy, że wcale nie myślą o Bogu. W młodości oddają się szalonym rozrywkom, w dojrzałym wieku gonią za majątkiem, w starości jeszcze przypominają sobie szały młodociane, o Bogu rzadko kiedy pomyślą, jak gdyby wcale nie posiadali wiary.

Kto ma wiarę, niechże stara się ją podtrzymać, jak to widzimy u Mędrców. Klęczą w stajence betleemskiej i żal im opuścić Stwórcę. Podobni są do dobrych i przywiązanych dzieci, które zwlekają z podróżą, którym trudno opuścić dom rodzinny, bo pragną dłużej cieszyć się widokiem ojca. A gdy czas odjazdu już nagli, łzy płyną z oczu, serce się kraje z boleści. I Trzej Mędrcy gorąco płakali, zanim żłóbek opuścili; zdawało się, jak gdyby ich ktoś łańcuchami przywiązał do tego miejsca. Z jednej strony nagliła ich miłość, aby szli i opowiadali swoim poddanym to niesłychane szczęście, że widzieli Mesyasza. Z drugiej strony ciężko im było rozłączyć się z Chrystusem. Spoglądali na siebie wzajemnie, kto pierwszy opuści grotę Narodzenia. Zjawia się wreszcie Anioł i rozkazuje, by nie wracali do Heroda, lecz inną drogą dążyli do ziem ojczystych i głosili wszystkim ludom tę wesołą nowinę. Piękny to przykład dla skruszonych i pokutujących grzeszników, aby nie wracali do dawnych niebezpiecznych okazyi. Po przybyciu do kraju ojczystego oświadczyli gotowość złożenia koron królewskich, by mogli swobodnie głosić ludom swoim wiarę w nowonarodzonego Zbawiciela. Bogactwa ich nie nęcą, bo widzieli w wielkiem ubóstwie Jezusa Chrystusa. Nocy spędzają na modlitwie, a we dnie przebiegają niezmordowanie po miastach i domach i dzielą się z ludźmi błogą wiadomością, że widzieli Boga wcielonego. Oddawali się surowym pokutom i jako posłannicy Boży przebiegali prowincye i gotowali ścieżki Panu. Na wspomnienie słodkiego Zbawiciela zalewali się łzami, a kiedy rozmawiali u żłóbku betleemskim, gorąca miłość ogarniała ich serca. Uczucia, jakich doznawali, padając na kolana przed Jezusem Chrystusem były te same, które ożywiały Uczniów, idących do Emaus w czasie rozmowy o nieznanym podróżnym, pod którego postacią krył się zmartwychwstały Jezus. Coby się z nimi działo, gdyby mieli szczęście przyjmować Zbawiciela do serc swoich, jak katolicy? Czyby nie wołali w zachwycie miłości ze św. Franciszkiem: „Panie, zmniejsz ognie Twej miłości lub pomnóż me siły, bo nie wytrzymam!” Za nic w świecie nie popełniliby ciężkiego grzechu, który usuwa Boga ze serca ludzkiego. Mówi starożytna tradycya, że po Wniebowstąpieniu Zbawiciela nawiedził te kraje św. Tomasz Apostoł i zastał jeszcze przy życiu w bardzo sędziwym wieku onych Trzech Mędrców i opowiedział im koleje życia Chrystusowego, jak prowadził do 30 lat ukryte życie, jak przez trzy lata pracował, nawracając żydów i czyniąc liczne cuda, jak Go żydzi prześladowali i skazali na ukrzyżowanie, jak wkońcu zmartwychwstał z grobu i przez 40 dni, aż do swego Wniebowstąpienia ukazywał się Uczniom i założył Kościół św. Opowiedział im także, że już nie żyje św. Józef, którego widzieli w stajence betleemskiej, że Matką Chrystusową zajmuje się jeden z Apostołów.

Słysząc opowiadania o męce Zbawiciela nie mogli Trzej Mędrcy powstrzymać się od łez i ledwie nie pomarli z żałości. Wołali z jękiem: „Skazano Go na śmierć! Czy może być większe okrucieństwo! O, jak On dobry i litościwy Pan, że z krzyża przebaczył swym wrogom!” Święty Tomasz ochrzcił onych Mędrców, wyświęcił na kapłanów i biskupów, by mogli skuteczniej opowiadać wiarę św. Miłość ich nie znała granic, dlatego wołali do wszystkich, których napotkali: „Chodźcie, a opowiemy wam, co cierpiał ów Mesyasz, którego niegdyś widzieliśmy w żłóbku”.

Szczęście ich było bez granic, miłość ich pożerała i powodowała częste zachwyty. Zdziałali za życia wiele cudów i nawrócili mnóstwo niewiernych. Złączeni z Bogiem za życia nierozerwalnie, spoczęli po śmierci wszyscy trzej w tym samym grobie i, według podania, po zgonie swym zachowali piękną cnotę pokory, bo ustępowali sobie miejsca zacniejszego, a tego który ostatni umarł przyjęli w swój środek, jako najzasłużeńszego i najdłużej pracującego dla chwały Bożej. Od chwili swego powołania do wiary, aż do śmierci wzrastali ciągle w miłości ku Bogu i cnocie pokory, którą widzieli u swego Mistrza nowonarodzonego.

Gdybyśmy mieli wiarę tych Ojców i pierwowzorów naszego powołania, jakżebyśmy byli szczęśliwi!

III. W jaki sposób powinniśmy się Bogu odwdzięczyć, że nam dał środki potrzebne do zbawienia? Gdy na świecie za dobrodziejstwa nie płacą uznaniem, powstaje szemranie i niezadowolenie. Co ma sądzić Bóg o naszej niewdzięczności? Przed śmiercią swoją zgromadził Mojżesz żydów i przypomniał im wszystkie dobrodziejstwa które otrzymali od Pana i groził ciężkiemi karami, jeżeli opuszczą Boga. Nam Stwórca daleko większych udzielił łask i ciężej nas karać będzie, jeżeli Mu nie będziemy wiernie służyli.

Cudownie was Bóg prowadził aż dotąd i uchronił tyle razy od śmierci, obmył wodą Chrztu św., pouczał w zasadach wiary przez rodziców i pasterzy duchownych, czuwał nad wami jak nad źrenicą oka swego. Mówi Duch św., że mocnem ramieniem wyprowadził z Egiptu Pan lud swój wybrany, wiódł go do ziemi obiecanej i nosił jako orzeł pisklęta na skrzydłach swej opieki: „Jako orzeł wywabiający ku lataniu orlęta swe i nad niemi latający, rozszerzył skrzydła swe i wziął go i nosił na ramionach swoich. Pan sam wodzem jego był, a nie był z nim bóg obcy” (Deut XXXII, 11-12). Jezus Chrystus wyciągnął swe ramiona na krzyż, jak gdyby skrzydła, by nas zachęcić do wstępowania w Jego ślady by nas oderwać od świata a porwać ku niebu. Umieścił Bóg Izraelitów w ziemi Kananejczyków, mlekiem i miodem płynącej: „Postawił go na wysokiej ziemi, aby jadł owoce polne, żeby ssał miód z opoki, a oliwę z najtwardszej skały, masło z krów a mleko owiec z tłustością jagniąt i baranów, synów Bazan i kozły z najlepszą pszenicą i krew jagody pił jako najszczerszą”. (Deut XXXII, 13-14). To tylko słaby obraz dóbr duchownych, które mamy na łonie Kościoła katolickiego. Czy w ranach Jezusa Chrystusa nie znajdujemy najliczniejszych pociech? Czyż w Sakramentach św. Nie nasycamy się rozkosznem winem, którego słodycz i siła w zachwyt wprawia duszę?

Czy mógł Bóg uczynić więcej dla nas? Posłała On niegdyś Proroka do króla Dawida i kazał mu te słowa powiedzieć: „Jam cię pomazał na króla nad Izraelem i jam cię wyrwał z ręki Saulowej i dałem tobie dom pana twego… I dałem ci dom izraelski i judzki, a małoli na tem, przydam ci daleko większe rzeczy.” (II Król. XII, 7-8). Nam nie mógłby już udzielić Bóg większych skarbów. A jakimiż jesteśmy względem tego najdobrotliwszego Pana? Czy Mu nie okazujemy wzgardy i niewdzięczności? Czy korzystamy ze słowa Bożego, które nam tak często opowiadają? Gdyby okruszynę tego chleba świętego podano owym nieszczęśliwym ludom, które o Bogu dotąd nic nie słyszały, zostałyby niezawodnie wielkimi świętymi. Jak korzystamy ze spowiedzi, gdzie Bóg objawia swe wielkie miłosierdzie, gdzie szczere wyjawienie ran leczy biedną duszę? Po największej części ludzie gardzą owem lekarstwem lub go bardzo rzadko używają. Jak korzystamy z Komunii i Mszy św.? Gdyby na świecie był tylko jeden Kościół w którymby się odprawiała Przenajświętsza ofiara, zazdrościlibyśmy ludziom, mieszkającym tuż przy jego bramach i mogącym każdego czasu nawiedzić i przyjmować niebieskiego Pana. Bracia moi, my jesteśmy tym ludem wybranym i mieszkamy przy drzwiach tego miejsca świętego, na którem się Bóg codziennie ofiaruje? Czy umiemy korzystać z tego szczęścia?

Na sądzie ostatecznym zawoła niejeden żyd, poganin lub mahometanin: „O, gdybym miał szczęście należeć do Kościoła katolickiego, gdybym był chrześcijaninem i otrzymał tyle łask, ile ten lud wybrany, byłbym żył inaczej”! Bóg nas karać musi za tę niewdzięczność, odbierze nam łaski, któremi gardzimy i da komu innemu. Może nas chłostać powodzią, gradem, burzami i chorobami, choć to kary jeszcze stosunkowo małe. Największą Jego chłostą za pogardę wiary będzie jej utrata, przeniesienie jej do innych narodów. Sama myśl o tem powinna napełnić nas trwogą i skłonić do gorących modłów i pokuty, by nas Bóg tak srogo nie karał. Czyż na wzór owych Mędrców ze Wschodu nie powinniśmy raczej wszystko poświęcić, niż się narażać na utratę tego skarbu? Tak, bracia moi, naśladujmy Mędrców. Prze nim przyjął nas Bóg do wiary, oni są dla nas wzorem wiary żywej, szlachetnej i wytrwalej. Łącząc się w duchu z Trzema św. Królami, dążmy do Jezusa Chrystusa i oddajmy Mu pokłon jako Bogu; miłujmy Go jako Zbawcę, służmy Mu jako królowi swemu. Złóżmy Mu w ofierze kadzidło modlitwy gorącej, mirę życia pokutniczego i umartwionego i złoto czystej miłości. Wszystko, co posiadamy, oddajmy Mu ochoczo, a w ten sposób zachowamy wiarę, ożywimy ją, spodobamy się Bogu i zapewnimy sobie szczęście bez końca. Amen.

 

Jan Maria Vianney, Kazania niedzielne i świąteczne, tom II, Kraków 1906, s. 79-97.