Tagi

, ,

1563041111Dam wam teraz przykład, który pokazuje, jak wygląda prawdziwa miłość bliźniego.

Pewien pustelnik spotkał na drodze biednego, pokrytego wrzodami kalekę. Biedak ledwo mógł się poruszać. Pustelnik zabrał go do swojej chatki i okazywał mu wszelką potrzebną pomoc. Kiedy wreszcie nędzarz odzyskał siły, eremita spytał go, czy nie chciałby pozostać w samotni razem z nim.

„Będziemy się wspólnie modlili – powiedział – służyli dobremu Bogu, a ja będę pamiętał o twoim pożywieniu.”

„Ach, jak się cieszę – odpowiedział nędzarz – Twoje miłosierdzie jest dla mnie szczęściem i pociechą!”

Pustelnik zaczął teraz podwójnie pracować na utrzymanie kaleki i siebie. Chętnie oddawał biedakowi co lepsze kęsy. Wkrótce jednak kaleka zaczął szemrać przeciwko swemu dobroczyńcy narzekając, że ten źle go odżywia.

„Drogi przyjacielu – odpowiedział pustelnik – lepiej cię karmię niż siebie samego, więcej już nie mogę dla ciebie zrobić.”

Kilka dni później niewdzięcznik znowu zaczął się żalić, złorzecząc swemu dobroczyńcy. Pustelnik cierpiał spokojnie, nic nie odpowiadał. Nędzarz zawstydził się, że tak się wyrażał o świętym człowieku, który mu dobrze życzył i wyświadczał mu dobrodziejstwa. Prosił więc eremitę o przebaczenie. Niebawem jednak znów ogarnęła go niecierpliwość i nienawiść. Zaczął więc wołać:

„Nudzi mi się tu, nie mogę z tobą wytrzymać – odprowadź mnie tam, gdzie mnie znalazłeś. Nie jestem przyzwyczajony do tak lichego odżywiania”.

Wtedy pustelnik prosił nędzarza o przebaczenie i przyrzekał mu, że lepiej będzie się o niego troszczył. Za Bożym natchnieniem poszedł do pewnego miłosiernego mieszczanina w sąsiedztwie i poprosił go o jakieś lepsze pożywienie dla kulawego. Mieszczanin, poruszony litością, przyrzekł, że każdego dnia będzie mu dawać coś ze swojego stołu. Biedak był więc przez jakiś czas zadowolony. Jednak po kilku tygodniach znowu zaczął robić pustelnikowi cierpkie wyrzuty:

„Obłudnik jesteś! Udajesz, że szukasz dla mnie jałmużny, a robisz to dla siebie, po cichu zjadasz lepsze kawałki, a dla mnie zostawiasz resztki.”

„Ach, przyjacielu – mówił pustelnik – krzywdzisz mnie tymi zarzutami. Niczego dla siebie nie chcę i niczego nie biorę z tego, co mi dla ciebie przynoszą. Jeżeli jesteś ze mnie niezadowolony, to bądź cierpliwy choćby z miłości dla Chrystusa, a ja będę się starał poprawić”.

„Nie przyjmuję twoich wyjaśnień” – powiada żebrak.

Chwycił przy tym za kamień i zamierzył się w głowę pustelnika, żeby go uderzyć. Ten schylił się na bok i uniknął pocisku. Chwycił więc nędzarz kij, którym się podpierał i tak mocno zdzielił nim swego dobroczyńcę, że ten aż upadł na ziemię.

„Niech ci Bóg przebaczy – powiedział święty człowiek – tak jak ja ci przebaczam krzywdy, jakie mi wyrządzasz.”

„Przebaczasz mi słowami, a w sercu na pewno życzysz mi śmierci.”

„Z całego serca ci przebaczam, przyjacielu” – odpowiedział poczciwy pustelnik.

Na dowód tego chciał żebraka uścisnąć, ale ten w tej samej chwili chwycił go za gardło, podrapał mu twarz pazurami i zaczął go dusić. Pustelnik wyrwał się z rąk złośnika, ale ten jeszcze za nim wołał:

„Idź, tylko pamiętaj, że kiedyś z mojej ręki umrzesz!”

Miłosierny pustelnik cierpliwie, w duchu chrześcijańskiej miłości, znosił tego żebraka przez trzy czy cztery lata, choć ciągle musiał wysłuchiwać mnóstwa wyrzutów ze strony nędzarza. Prawie co chwila domagał się on, żeby go eremita odniósł na drogę, z której go wziął, że woli umrzeć z głodu i zimna albo od dzikich zwierząt niż przebywać razem z nim. Dobry pustelnik nie wiedział, co ma robić: z jednej strony bał się, że biedak, porzucony w odludnym miejscu, zginie; z drugiej strony – obawiał się, że dłużej już z nim nie wytrzyma, że musi stracić cierpliwość. Poszedł z tym kłopotem do Świętego Antoniego, żeby się poradzić, co ma robić, żeby podobać się Bogu. Nie bał się trudów i zniewag, które zbierał za swoje dobrodziejstwa – chciał tylko poznać wolę Bożą. Kiedy przybył do Świętego, ten z natchnienia Bożego powiedział mu:

„Ach, synu, wiem, co cię sprowadza i dlaczego mnie szukasz. Nie oddalaj od siebie tego nędzarza, to pokusa złego ducha, który chce cię pozbawić wspaniałej korony. Jeśli go opuścisz, mój synu, dobry Bóg nie zapomni o nim”.

Ze słów Antoniego pustelnik zorientował się, że jego zbawienie zostało uzależnione od troskliwości, jaką będzie otaczał nieszczęśliwego kalekę. Po krótkiej chwili namysłu odezwał się więc znów do Świętego:

„Mój ojcze, boję się, czy nie stracę cierpliwości, czy dłużej wytrzymam.”

„Synu – rzecze Święty Antoni – czemu miałbyś stracić cierpliwość? Czy nie wiesz, że najbardziej szlachetnie powinniśmy postępować z tymi, którzy wyrządzają nam najwięcej zła? Nie mamy zasługi, jeśli okazujemy cierpliwość osobom, które nie robią nam nic złego. Czy nie wiesz, mój synu, że miłość jest cnotą odważną, która nie patrzy na błędy nieprzyjaciela, a jedynie na Boga samego? Upominam cię więc, żebyś zatrzymał biedaka w swoim domu. Im będzie gorszy, tym bardziej okazuj mu litość, a Jezus Chrystus poczyta ci to za zasługę, jak gdybyś te łaskę okazał Jemu samemu. Przez swoją cierpliwość okaż, mój synu, że jesteś uczniem Boga cierpiącego. Pamiętaj, że oznaką chrześcijanina jest cierpliwość i miłość. Wiedz, że z woli Bożej ten właśnie biedak ma się przysłużyć do osiągnięcia przez ciebie korony niebieskiej”.

Pustelnik wyraźnie teraz zrozumiał, czego domaga się od niego Bóg. Wrócił do domu, zapomniał o krzywdach, zniewagach i o niegodziwym postępowaniu żebraka, dalej okazywał mu bezgraniczną cierpliwość, usługiwał mu z wielką pokorą i bezustannie modlił się za niego. Cierpliwość i miłość tego pustelnika przemieniły serce nędzarza, który pod wpływem łaski Bożej nawrócił się. Stało się to już za życia wielką nagrodą dla świątobliwego sługi Bożego.

Kiedyś, w dniu Sądu Ostatecznego ten przykład zawstydzi chrześcijan, którzy nie są w stanie nawet przez kilka dni spokojnie i bez szemrania znosić przykrości ze strony osób o przeciwnym charakterze. Mówią że dla świętego spokoju trzeba zerwać z nimi wszelkie stosunki!

Mój Boże, ilu chrześcijan pójdzie na potępienie z powodu braku cierpliwości!

 

Choćbyście nawet robili cuda, i tak nie osiągniecie zbawienia, jeśli nie będziecie mieli miłości. Kto jest niecierpliwy, kto nie kieruje się pobudkami wiary, ten nie jest prawdziwym uczniem Chrystusa, bo idzie za swoimi zachciankami, kaprysami i skłonnościami.

Pamiętajcie – wy, ludzie wierzący – że jeśli nie macie miłości, to jesteście obłudnikami i nigdy nie będziecie oglądali Boga w niebie, choćbyście cały swój majątek porozdawali na jałmużny, choćbyście każdego dnia byli na Mszy Świętej i przyjmowali Komunię Świętą – bez tej cnoty nie traficie do nieba.

„Nie chcę – powiadasz – oglądać moich nieprzyjaciół; nawet w kościele nie mogę się przez nich skupić”.

Co ty opowiadasz, nieszczęsny człowieku?

To żadna miłość chrześcijańska, jeżeli świadczysz dobro tym, którzy ci się nie sprzeciwiają, którzy ci schlebiają, którzy ci dziękują za dobrodziejstwa, którzy są dla ciebie mili. Dla takich osób nie boisz się żadnych poświęceń i ofiar. Ale jeżeli ktoś tobą gardzi, jeżeli okazuje się szorstki i niewdzięczny, nie chcesz go kochać, nie chcesz na niego patrzeć, unikasz jego towarzystwa.

Mój Boże! Przecież takie postępowanie zaprowadzi cię na potępienie! (…)

 

Św. Jan Vianney, Kazania Proboszcza z Ars, Warszawa 2010, str. 286-291.