Tagi

, , , , ,

„Bo my zapatrzeni jesteśmy nie w to co się widzi, ale w to czego się nie widzi, bo co widzimy znikome jest, a czego nie widzimy, wieczne”[1]

 

Każdy chrześcijanin świadomy swego wielkiego powołania ma życiem swym zdać egzamin z cnót teologicznych wiary, nadziei i miłości. Egzamin to trudny, wymagający zaparcia się siebie i głębokiego poddania się od wewnątrz działaniu bożemu. Czynniki te boże, nadprzyrodzone, nie sprzeciwiają się bynajmniej najlepszym, najszlachetniejszym aspiracjom przyrodzonym umysłu ludzkiego, ale je przekraczają, porywają w górę, wymagając podporządkowania i oddania do dyspozycji najwyższych celów i ideałów wszystkich zasobów duszy. Nie łatwo się temu poddać, tym bardziej, gdy obok tych szlachetnych aspiracyj wzrosły w duszy i niższe, mniej szlachetne, albo wprost złe skłonności, które stawiać będą mniej lub więcej świadomy opór działania łaski, mającej wyrwać człowieka z ciasnego kręgu przyrodzonych celów i zainteresowań.

Przyjrzyjmy się jak się ten egzamin z wiary odbywa i to nie tylko w swej fazie początkowej, wtedy gdy człowiek do niej dochodzi dopiero, ale szczególnie w późniejszych fazach, kiedy już jest w niej ugruntowany i winien nią żyć w całej pełni.

Trudność przyjęcia wiary polega na tym uznaniu, że poza tym światem, który nas otacza który widzimy zmysłami i poznajemy rozumem, istnieje jeszcze inny świat niedostępny nie tylko dla zmysłów, ale i dla umysłu własnym swym siłom pozostawionego. A uznać istnienie świata nadprzyrodzonego trzeba na podstawie świadectwa samego Boga, które tylko pierwsi jego pełnomocnicy otrzymali wprost od niego, a które wszyscy inni otrzymują za ich pośrednictwem, a więc od ludzi.

Jak tu dojrzeć boże pochodzenie objawienia? Jak dojść do mocnego przekonania, któreby mogło życie nasze jak na miejscu nawrócić i na stałe w innym kierunku zorientować ?

Byłoby to zaiste niemożliwe, gdyby Bóg odkrywając przed nami prawdy życia nadprzyrodzonego, nie wspomagał nas od wewnątrz, nie wzmagał naszych sił duchowych i nie dawał im specjalnych uzdolnień do przyjęcia tego, co uznał za stosowne nam objawić. Ale On to czyni i to w podwójny sposób: w rozumie wzmaga światło poznania, dzięki któremu prawdy wiary, nie przestając być tajemnicami, stają się przystępniejsze, odkrywając niejako swą ukrytą harmonię z przyrodzonymi aspiracjami duszy. Tego jednak nie dosyć: nadprzyrodzona pomoc, jaką Bóg wspiera naszą wiarę dociera i do woli i wzbudza w niej umiłowanie tych prawd tak pełnych dobra; nieraz może ona poruszyć i uczucia, aby człowieka silniej pociągnąć i mocniej do prawd objawionych przywiązać, ale na udział uczuć rachować nie należy, gdyż nie jest on istotnym składnikiem wiary i nieraz może nawet utrudniać jej działalność.

Pod wpływem tych czynników nadprzyrodzonych powstaje w umyśle stały nadprzyrodzony nastrój, który nazywamy wiarą: on to sprawia, że nie tylko uznajemy za prawdę to wszystko, co Bóg nam objawił, ale że mamy mocne przekonanie, iż to co te prawdy zawierają jest o wiele realniejsze i wartościowsze niż wszystko, co cały świat przyrodzony zawiera. Życie świadomego wymagań wiary katolika winno zawsze nosić na sobie to piętno nadprzyrodzonego ustosunkowania się do świata i jego rzeczywistości, do życia i jego wymagań. On winien zawsze tak się zachowywać, tak myśleć, mówić i sądzić o rzeczach, tak postępować, jakby to, czego uczy, było mu i realniejsze i bliższe i o wiele droższe niż wszystko co mu świat i życie przyrodzone daje. Co więcej, tam gdzie te dwa pierwiastki: przyrodzony i nadprzyrodzony łączą się z sobą, — a to przecież wciąż ma miejsce w naszym życiu — winien on bardzo dbać o utrzymanie między nimi należytego stosunku i o dawanie zawsze pierwszeństwa temu co Boże i wieczne, przed tym co ludzkie i doczesne.

Na tym polega egzamin z wiary, który całe życie zdawać trzeba.

Jakże jasno to występuje w naszym stosunku do Pana Jezusa ukrytego pod postaciami Eucharystycznymi: to co zmysły dostrzegają, to co rozum, idąc za zmysłami, gotów by uznać, ustępuje przed danymi wiary, która nas uczy, że postacie chleba i wina kryją pod sobą już nie zwykły swój podkład, chleb i wino, ale Ciało i Krew Zbawiciela w życiowym związku z Jego duszą, i jako takie połączone hipostatycznie z drugą osobą Trójcy Przenajświętszej, ze Słowem Bożym. Rzeczywistość, którą wiara dostrzega, nieskończenie przeważa to wszystko, co zmysły i nawet rozum sam sobie pozostawiony byłby w stanie tam poznać; wiara to sprawia, że człowiek korzy się w adoracji przed białym krążkiem pszennego chleba, głęboko przekonany, że kryje się tam pod tą osłoną jego Bóg.

Podobną postawę winien zająć umysł oświecony wiarą wobec każdej innej tajemnicy zawartej w objawieniu Bożym. Od strony ludzkiej mogą tam powstać większe trudności, ale od strony Bożej pomoc będzie zawsze ta sama. W Eucharystii pierwiastek ziemski, tj. postacie chleba i wina najmniejszą stanowi przeszkodę; w innych tajemnicach może być inaczej, i nieraz człowiek będzie musiał stoczyć z samym sobą prawdziwą walkę, aby nie pozwolić rzeczywistości doczesnej przesłonić sobie ukrytej pod nią rzeczywistości wiecznej.

Ma to miejsce szczególnie w tajemnicy Kościoła. Warto się więc osobno zastanowić nad tym, jak to trzeba umieć się mu oczami wiary przyglądać.

Kościół ze swej strony ludzkiej jest przedmiotem codziennego doświadczenia; otacza nas zewsząd, stykamy się z nim na każdym kroku, z jego domami, uroczystościami i naukami i z ludźmi, którzy mu służą i go reprezentują. Ze swej strony boskiej jest on dziełem nadprzyrodzonym, łączącym ludzi w jedną całość mistyczną, jakby w pewien żywy organizm, zwany mistycznym Ciałem Chrystusa Pana. Jako rzeczywistość ludzka może on być poznany i badany przez rozum zarówno w swym dzisiejszym stanie, jak i w swych dziejach. Jako rzeczywistość nadprzyrodzona winien być przedmiotem naszej wiary i jako taki badany oczami wiary i miłowany cnotami nadziei i miłości.

Jedno nie wyklucza drugiego. Idzie o to, aby o tym drugim punkcie widzenia nie zapominać, aby go nie usuwać na drugi plan i nie pozwalać mu przesłaniać, albo co gorsza odrzucać tego, co w Kościele jest bożego i wiecznego.

Przyjrzyjmy się osobno najpierw składnikom nadprzyrodzonym Kościoła, potem jego składnikom przyrodzonym, aby zakończyć rzutem oka na ich ścieranie się z sobą i na odradzanie się drugich przez pierwsze.

II.

Nic nie da lepiej poznać tajemnicy Kościoła jak krótkie zastanowienie się nad tymi czterema cechami, które go charakteryzują i które co niedzielę wyznajemy, śpiewając w Credo Mszy św.: „Et unam sanctam catholicam et apostolicam Eclesiam“ — Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Jasno zobaczymy wtedy myśl Chrystusową, która po dziś dzień trwa w Kościele i trwać będzie przez wieki.

Cztery te cechy czyli znamiona Kościoła są tym znakiem, po którym możemy zawsze poznać w nim dzieło Chrystusowe, ale trzeba je zawsze brać razem, albowiem ta lub inna cecha wzięta pojedyńczo, może się odnaleźć choć w formie zmniejszonej i niedoskonałej w kościołach chrześcijańskich, które się oderwały od jedności z Kościołem Rzymskim. Wszystkie razem w pełni swego blasku znajdują się one tylko tam, gdzie jest opoka, na której Chrystus swój Kościół ugruntował.

W przeglądzie cech Kościoła zacznijmy od końca, od jego apostolskości, która nam wskazuje na źródło jego uprawnienia. Chrystus oddał swój Kościół w ręce Apostołów i, mówiąc do nich: „Kto was słucha, mnie słucha”[2], przelał na nich pełnię swej władzy z tym, że mają oni ją dalej przelewać na swych następców, tak iżby nigdy nie zabrakło na świecie apostołów, którzyby dzieło zbawienia przez Chrystusa zaczęte dalej prowadzili. Biskupi poprzez wieki stanowią jakby jakiś łańcuch i każdy z nich może wykazać swój związek z Apostołami poprzez ten szereg biskupów, którzy kolejno udzielali sobie święceń. Gdzie ta ciągłość została zachowana, jak u prawosławnych, można uznać, że znamię i apostolskości istnieje, toteż Kościół przy przejściu na katolicyzm biskupów lub kapłanów prawosławnych święceń nie powtarza. Nie może natomiast być mowy o apostolskości tam, gdzie ta ciągłość została przerwana jak u Anglikanów; stąd też i ważności ich święceń Leon XIII nie mógł uznać.

Drugim znamieniem Kościoła jest jego powszechność, czyli katolickość. Chrystus wyraźnie powiedział Apostołom: „idąc nauczajcie wszystkie narody”[3], i odtąd Kościół nie przestał się nigdy rozszerzać, zdobywając dla prawdziwej wiary coraz to nowe ludy. Tej cechy wyrzekają się zawsze kościoły schizmatyckie, które wnet się zasklepiają w granicach swego narodu, a jeśli je przekraczają czasami, to czynią to przeważnie z motywów politycznych. Więcej prozelityzmu, a więc i pozorów powszechności mają różne sekty protestanckie, ale i u nich nie brak też często bardziej doczesnych motywów, a przytym w tym co rozpowszechniają tak mało pozostaje pierwiastków Chrystusowych! Jeden Kościół katolicki nigdy nie przestał być świadom swej misji nadprzyrodzonej względem wszystkich ludzi bez różnicy ras, języków i obyczajów, i to mu nadawało zawsze to znamię powszechności czyli katolickości, któremu swą nazwę zawdzięcza.

Z kolei przychodzi teraz znamię świętości.

I ono jest jasno wyrażone w tych słowach kapłańskiej modlitwy Zbawiciela: „Aby byli uświęceni w prawdzie”[4]. Znamię to nie polega bynajmniej, jak się to nieraz słyszy, na samym fakcie istnienia świętych w Kościele katolickim, ale na tej mocy, którą Kościół posiada uświęcania dusz i prowadzenia ich do wyższej doskonałości. Składają się na nią najpierw sama nauka objawiona, która już sama przez się uświęca dusze, gdy się w nią uwierzy i całym sercem pokocha, następnie kierownictwo, które Kościół sprawuje nad duszami i wreszcie zespół środków uświęcających, zwanych sakramentami, które same przez się niezależnie od świętości sprawującego je, dają łaski duszom. I to znamię w całej pełni posiada tylko Kościół katolicki. Inne kościoły chrześcijańskie zaledwie mały odblask jego zachowały, większy u prawosławnych mających siedem sakramentów, niż u protestantów, którzy zachowali tylko chrzest, i to nie zawsze go ważnie udzielają. Wszelako niemowlę, któreby umarło po chrzcie św. ważnie udzielonym w kościele protestanckim, niewątpliwie będzie zbawione.

Wreszcie przychodzi czwarte znamię najważniejsze, bo łączące tamte trzy w jedną całość — znamię jedności. I ono było przedmiotem kapłańskiej modlitwy Chrystusa po ostatniej wieczerzy, gdy modlił się do Ojca niebieskiego za swych uczniów, błagając Go, „aby byli jedno jako i my jedno jesteśmy”[5]. Jedność Kościoła sprawiają te same trzy składniki, któreśmy poznali codopiero, mówiąc o świętości: jedność nauki, jedność władzy, jedność sakramentów. Św. Paweł nader jasno to wyraził w słowach: „jedna wiara, jeden Pan, jeden chrzest”[6]. Ta cecha jedności i to utrzymanej poprzez wieki najwyraźniej charakteryzuje Kościół katolicki, i dzięki to niej tamte trzy cechy nabierają pełni mocy i życia. Wszystkie kościoły oderwane od jedności z nim nie tylko zatracają powoli tamte cechy, ale i własnej swej jedności długo utrzymać nie mogą, podlegając wciąż nowym podziałom i odszczepieństwom, których nic zatrzymać nie może.

Jedność Kościoła będąca tą więzią łączącą w jedną całość cztery znamiona prawdziwego Kościoła Chrystusowego zawdzięcza swą moc temu, że nie jest ona tylko jednością ustanowioną przez Chrystusa między ludźmi, których do swego Kościoła powołał, ale że jest jednością nas wszystkich z Nim. Tu jest prawdziwe źródło i jedności Kościoła i jego świętości, a także i powszechności i apostolskości, boć Chrystus Pan przyszedł, aby „oświecić każdego człowieka na ten świat przychodzącego” i on sam wybrał dwunastu apostołów, na których jak na fundamencie[7] zbudował swój Kościół[8].

O tym głębokim wewnętrznym zjednoczeniu z Nim samym pouczył nas Zbawiciel w przededniu swej męki porównywując Siebie z winną macicą a nas z jej latoroślami[9], a św. Paweł uzupełnił to porównanie należące do świata roślinnego, innym zapożyczonym ze świata zwierzęcego mianowicie porównaniem z organizmem[10]. Myślą przewodnią obu tych porównań jest jedność z Chrystusem. Jak w roślinie połączenie z pniem a w organizmie zwierzęcym połączenie z centrami mózgowymi, znajdującymi się w głowie, decyduje o życiu każdej gałązki lub każdego członka lub narządu, tak samo i o życiu naszym nadprzyrodzonym decyduje połączenie z Ciałem Chrystusowym, którym jest Kościół i z samym Chrystusem — jego głową, Z Niego rozchodzą się po całym organizmie życiodajne impulsy łaski uczynkowej i utrwalające to życie nadprzyrodzone upływy łaski poświęcającej. Zerwawszy te więzy z Chrystusem człowiek nie ma już możności żyć życiem nadprzyrodzonym i skazany zostaje na usychanie, jak gałązka oderwana od pnia, lub na rozkład, jak członek ciała odcięty od żywego organizmu. Aby powrócić do życia musi napowrót połączyć się z jego źródłem, z którego czerpał nim się od niego oderwał.

Widzimy z tych porównań jak zjednoczenie nasze z Chrystusem jest uwarunkowane zjednoczeniem z Kościołem; jak tylko przez należenie do Kościoła można należeć i do Chrystusa i otrzymywać od Niego to wszystko, co jest konieczne do utrzymania w nas życia nadprzyrodzonego i do doprowadzenia nas do zbawienia. Bez Chrystusa nie ma zbawienia, a że z Chrystusem można być połączonym tylko przez Jego Kościół, przeto poza Kościołem nie ma zbawienia. Ma się rozumieć, że nie idzie tu o samo zewnętrzne należenie do Kościoła, ale przede wszystkim o należenie wewnętrzne, duchowe, o należenie do jego duszy, i wiadomo, że w pewnych wypadkach, gdy należenie zewnętrzne, czyli do ciała nie dało się uzyskać bez swej winy, samo należenie do duszy może wystarczyć do zbawienia.

Oto jak się przedstawia oczom wiary ten wielki organizm nadprzyrodzony ogarniający potencjalnie cały ród ludzki a zwany Kościołem Chrystusowym. Obejmuje on całe nasze życie i osobiste, i rodzinne, i zawodowe, i społeczne, czyto w granicach jednego państwa, czy w stosunkach międzynarodowych, i wszystko podnosi do wyższego poziomu bożego, wszystkiemu nadaje właściwe sobie piętno czegoś wznoszącego się ponad doczesność i mierzącego sprawy ludzkie miarą wieczności.

Taki obraz Kościoła Bożego winien być głęboko wyryty w naszym umyśle. On winien być punktem wyjścia wszystkich naszych sądów o Kościele w ciągu dziewiętnastu wieków jego dziejów i całego naszego ustosunkowania się do niego w chwili obecnej.

Trzeba się nauczyć patrzeć na Kościół katolicki od jego strony Bożej i nawet wtedy gdy nasza myśl będzie musiała zająć się i jego stroną ludzką, ostatnie słowo winna mieć wiara.

III.

Zastanówmy się teraz nad tą stroną ludzką Kościoła, nad tym materiałem ludzkim, z którego Kościół się składa i nad jego brakami i niedomaganiami, aby później się zapytać w jakiej mierze mogą im zapobiedz lub je wyleczyć moce nadprzyrodzone, które zjednoczenie z Chrystusem w Kościele wlewa w dusze ludzkie.

Ród ludzki niesie w sobie odwieczny rozdźwięk, będący następstwem niewierności pierwszych naszych rodziców i zwany grzechem pierworodnym. Gdy przez Chrzest św. zostanie on odpuszczony jako wina, pozostaje zeń zawsze coś, co już grzechem nie jest, ale raczej karą, coś co jest następstwem grzechu i nieraz do niego skłania. Św. Jan w swym pierwszym liście w następujący sposób określił ten rozdźwięk, który grzech pierworodny wprowadził do naszej natury: „Wszystko co jest na świecie, jest pożądliwością oczu, pożądliwością ciała i pychą żywota, która nie jest z Boga, ale jest ze świata”[11]

Aby zrozumieć jak do tego nieładu doszło trzeba sobie uprzytomnić na czym polegała ta cudowna harmonia, którą Bóg dał pierwszym naszym rodzicom w chwili stworzenia i którą nazywamy sprawiedliwością pierworodną. Składała się ona z trzech ogniw, związanych z sobą harmonijnie w jedną całość. Pierwszym z nich było zjednoczenie duszy i jej władz z Bogiem, które, pozostawiając człowiekowi pełną wolność i przeto możność wyboru między dobrem i złem, dawało mu jednak o wiele więcej łask i świateł nadprzyrodzonych, niż my dziś otrzymujemy przez łaskę uświęcającą. Z tym pierwszym ogniwem łączyło się drugie, a mianowicie o wiele ściślejszy związek między duszą a ciałem: dzięki większym napływom łaski do duszy miała ona o wiele większe panowanie nad ciałem, które dzięki temu otrzymywało od niej nadprzyrodzony przywilej nieśmiertelności i którego niższe czynniki zmysłowe miały całkowicie i bez oporu słuchać wyższych władz duchowych. Wszystko to dawało człowiekowi o wiele większe panowanie nad światem, i to było trzecim ogniwem tej harmonii pierworodnej, w której pierwsi nasi rodzice zostali stworzeni: człowiek w tym stanie posiadał o wiele doskonalszą znajomość przyrody i ukrytych jej sił, dzięki, czemu mógł bez trudu i znoju używać ich do zaspokojenia swych potrzeb.

Otóż tę piękną harmonię stanu pierworodnego Adam i Ewa stracili przez pychę i nieposłuszeństwo i na miejsce trzech jej ogniw powstały trzy rozdźwięki, trzy pożądliwości. Zerwany został najpierw nadprzyrodzony związek duszy z Bogiem i na jego miejscu powstała pożądliwość ducha, którą św. Jan nazywa pychą żywota; zerwane zostało następnie dawne panowanie duszy nad ciałem, wskutek czego człowiek nie tylko stracił nieśmiertelność ciała, ale i niższe jego władze zmysłowe przestały się podporządkowywać całkowicie rozkazom rozumu i woli — skąd pożądliwość ciała. Człowiek stracił przez to swą pierwotną moc i panowanie nad światem, i świat ten przestał go słuchać i służyć mu bez oporu; musimy teraz w pocie czoła uprawiać tę ziemię i nieraz rodzi ona nam osty i ciernie, a my im bardziej się wysilamy, aby opanować jej siły i zaprządz ją do naszej służby, tym bardziej się do niej przywiązujemy, tym więcej pragniemy ją sobie zawłaszczyć. Ot i źródło trzeciej pożądliwości, pożądliwość oczu.

Z takim obciążeniem trzema pożądliwościami każdy człowiek na świat przychodzi, i z tym się zawsze trzeba liczyć przy wszystkich rozważaniach nad możnością postępu i doskonalenia się rodu ludzkiego. Z nich wyrastają wszystkie nasze wady i nałogi, i przeciwnie cała nasza praca nad sobą polega na tym, aby je ująć w karby mocnych cnót. Wielkie postacie świętych pokazują nam jak daleko można tu dojść, ale nie należy się łudzić, aby się dało zupełnie wyrwać z naszej duszy to źródło wszelkiego zła moralnego. Pożądliwość oczu i z wiekiem pożądliwość ciała łatwiej jeszcze można opanować, jeśli się dobrze nad tym czuwa, ale z pychą żywota pod rozmaitymi jej postaciami do ostatniej chwili życia trzeba będzie walczyć i nigdy nie zamykać oczu na to zanieczyszczenie, jakie do naszego życia duchowego wprowadza.

Z tych to trzech podstawowych rozdźwięków wywołanych w nas przez grzech pierworodny wypływają jak ze swego źródła wszystkie nasze grzechy, wady i nałogi. Z nich na wady główne w szczególności warto zwrócić uwagę, gdyż one to są w życiu moralnym człowieka tymi stałymi rozsadnikami zła. Już w starożytności stoicy spostrzegli, że pewne wady mają jakby większe promieniowanie, głębiej się zakorzeniają i są punktem wyjścia wielu innych niedomagań i wykroczeń moralnych. Etyka chrześcijańska przejęła całą tę naukę i przekształciwszy ją nieco i pogłębiwszy, utrzymała w swym nauczaniu, choć przyznać należy, że w ostatnich wiekach pod wpływem kazuistyki poszła ona nieco w zapomnienie.

Otóż krótkie zestawienie wad głównych z trzema pożądliwościami wnet nam wskaże ich łączność: z pożądliwości oczu wypływa skąpstwo, z pożądliwości ciała, łakomstwo i pijaństwo, nieczystość i gniew, wreszcie z pychy żywota próżność, zawiść i zniechęcenie w służbie bożej, źle nazywane w polskich katechizmach lenistwem w służbie bożej. Obok tych wad głównych istnieje ma się rozumieć wiele innych o mniejszym stopniu promieniowania; i one też mają za źródło te trzy podstawowe pożądliwości, będące jakby ranami zadanymi naszej rozumnej naturze ludzkiej.

Rany te nie zniszczyły całkowicie dobroci natury ludzkiej, ani też nie pozbawiły jej wszelkich zdolności i skłonności do dobrego jak to reformatorzy XVI w. twierdzili. Kościół raz poraz potępiał te pesymistyczne doktryny i silnie podkreślał w swych orzeczeniach dogmatycznych, że natura nasza w istotnych swych składnikach przyrodzonych została nietknięta, że w szczególności — a to przeciw Lutrowi a potem Jansenistom — zachowała swą wolność, że jednak we władzach jej w dzisiejszym stanie brak tej wewnętrznej harmonii i jedności i że dzięki temu rozdźwiękowi mają one różne skłonności odśrodkowe niezgodne z przeznaczeniem duszy nieśmiertelnej i stanowiące wielką przeszkodę w jego realizowaniu. Są to właśnie owe trzy pożądliwości i wypływające z nich wady większe i mniejsze. Nad tymi tendencjami odśrodkowymi człowiek ma zawsze możność zapanować i ująć je w karby cnót. W tej pracy czynniki życia nadprzyrodzonego są dla niego najcenniejszą pomocą, i tylko przy ich pomocy może on dojść do nabrania tego całokształtu cnót, które zwiemy charakterem chrześcijańskim.

Oto z jakiego materiału składa się Kościół, to Ciało mistyczne Chrystusa: ci ludzie będący jego członkami przynoszą z sobą wszyscy na świat dziedzictwo grzechu pierworodnego, z którym całe życie mają się zmagać, aby móc dojść do celu zbawienia wiecznego i te ich walki i zmagania wypełniają dzieje Kościoła.

Jakże łatwo jest wobec tego, gdy się te dzieje bada, zatrzymać uwagę na tych właśnie niedomaganiach, na tym całym złu, które ludzkość w sobie nosi w postaci pożądliwości i wad i które tak zanieczyszcza jej dzieje zarówno w dziedzinie świeckiej, jak i kościelnej! Kto zamknie oczy wiary i tylko światłem przyrodzonym zechce historię Kościoła studiować, ten nieraz zapyta się sam siebie, czyż to może być, aby był on instytucją bożą ustanowioną dla naszego zbawienia ? I stanie on wobec zagadki zupełnie nie do rozwiązania, jak wytłumaczyć sobie wobec tego, że ta instytucja jedyna w dziejach świata przetrwała, dziewiętnaście wieków, wciąż się rozwijając i że dziś też bynajmniej nie chyli się do upadku. Jak wytłumaczyć sobie, że po okresach upadku znajdowała w samej sobie jakąś dziwną moc odrodzenia i że nieraz wtedy właśnie się odradzała, gdy wydawała się beznadziejnie skazana na zagładę, gdy wszystkie siły tego świata się przeciw niej sprzęgały?

(c. d. n.)

O. Jacek Woroniecki O. P.

Szkoła Chrystusowa,  Czasopismo poświęcone zagadnieniom życia wewnętrznego, rok X, tom XVIII, 1939, s. 89-105.

[1] II Kor. 4, 18.

[2] Łuk. 10, 16.

[3] Mat. 28, 19.

[4] Jan 17, 19.

[5] Jan 17, 11, 21-22.

[6] Ef 4, 5.

[7] Ef 2, 20.

[8] Mat 16, 18.

[9] Jan 15, 1-11.

[10] I Kor. 12, 12-27; 10-17. Rzym 12, 15. Ef. 4, 4. Kol. 18 i 24; 2, 19.

[11] I Jana 2, 16.

Reklamy