Tagi

, , , , ,

Żaden naród, jak i żaden człowiek, sam siebie nie nauczył, nie nawrócił. Pan Bóg używa jednych do nauczania i nawracania drugich. Wszystkim narodom wiara przyniesiona była przez obcych. Wszak i my zawdzięczamy ją Dąbrówce, św. Wojciechowi.

Żaden naród, jak i żaden człowiek, sam siebie nie nauczył, nie nawrócił. Pan Bóg używa jednych do nauczania i nawracania drugich. Wszystkim narodom wiara przyniesiona była przez obcych. Wszak i my zawdzięczamy ją Dąbrówce, św. Wojciechowi.

Wszyscy jesteśmy członkami jednego Ciała

 

Częsty to zwyczaj między ludźmi, że utyskują na złe warunki życia, na niski poziom społeczeństwa, na upadek charakterów i narodów, a nie rozumieją, że z takich spostrzeżeń wynikają dla nich wyraźne obowiązki.

Dopatrzenie się tego, co złe, jest oczywiście pierwszym i niezbędnym warunkiem zaradzenia złemu, a zatem szczęśliwi są ludzie, co widzą i uznają swe przewinienia i niedostatki. Ale samo dopatrzenie się złego złemu nie zaradza. Można by je porównać do akordów niedoskonałych w muzyce; akordy te w istocie są tak niedoskonałe, że aż przykro brzmią, jeżeli natychmiast po nich nie następuje „rozwiązanie” przez akord doskonały. Otóż w życiu społecznym do harmonii dojść można, tylko przykładając się wszystkimi siłami do naprawienia tego, co zdrożne, do uzupełnienia tego, co niedostateczne, i to przede wszystkim w sobie i w tym, co od nas zależy. Ale dla wypełnienia tego obowiązku trzeba się przejąć wiarą w tę prawdę, że cała ludzkość stanowi jedno tylko ciało i że chociaż każdy przede wszystkim sam za siebie odpowiada, to jednak wszyscy wzajemną solidarnością związani jesteśmy.

Kościół, ucząc wiary w „świętych obcowanie”, wielkie światło rzuca na obowiązki, wynikające z ludzkiej solidarności. Wiarą w świętych obcowanie wyznajemy, że ludzie żyjący na ziemi, dusze w czyśćcu przebywające i święci w niebie, wszyscy jesteśmy duchowo ze sobą połączeni, jako członkowie Kościoła wojującego, cierpiącego i triumfującego, którego Chrystus jest Głową, i tak jak wszystkie części ciała wzajemnie sobie służą, wspólnie cierpią i pracują, tak i my wzajemnie powinniśmy się miłować, wzajemnie sobie służyć, a Chrystusowi, jako Głowie naszej, ochoczo ulegać.

Pamiętajmy, że tak jak w porządku fizycznym działanie światła i dźwięku nie ogranicza się do samego punktu, z którego się wydziela, ale stosownie do swej siły falami się rozchodzi w dalsze przestrzenie, tak w porządku duchowym każda myśl czy tylko słowem wyrażona, czy wprowadzona w czyn chociaż tylko przez jednego człowieka, dla drugich jednak i dalszych dobrodziejstwem lub szkodą się staje.

Wiemy z katechizmu, że zasługi wiernych i cnoty ich, czy to bierne, czy czynne, stanowią „skarb Kościoła”, jakby wspólny fundusz, wspólne bogactwo, do którego każdy przyczyniać się powinien i z którego każdy korzysta. Pamiętny tego przykład znajdujemy w Piśmie św. Abraham wstawia się do Boga za Sodomą i Gomorą, a Pan Bóg przez wzgląd na dziesięciu sprawiedliwych, gdyby się znaleźli, gotów obu grzesznym miastom przebaczyć i uchować je  od zatracenia.

Męka i śmierć Chrystusowa jest zadośćuczynieniem sprawiedliwości Bożej przez niewinnego za winnych. Wiele zgromadzeń zakonnych, mianowicie najostrzejsze, na tej zasadzie się opierając, modlą się, pokutują, cierpią, pracują za tych, którzy bezmyślnością i swawolą o upadek przyprawiają społeczeństwo. Ale nie sięgając tak wysoko do bohaterskich poświęceń i w codziennym potocznym życiu pewnego rodzaju zadośćuczynienia są niezbędne. Jest jakaś miara i waga mądrości, pracy i cnoty, niezbędna dla ustrzeżenia rodzin i narodów od rozkładu. Kiedy tej wagi nie dostaje[1], to rodziny, społeczeństwa, narody upadają. Utrzymać się zaś mogą tylko o tyle, o ile wśród nich znajdują się ludzie, którzy by własną pracą i cnotą zrównoważyli to, czego innym brak, własną pracą dopełniali to, czego inni zaniedbali uczynić, własną roztropnością prostowali to, co wykolejone, naprawiali, co bezmyślnością innych popsute.

Kto by się przejął wiarą w świętych obcowanie i zrozumiał obowiązki i przywileje, jakie z niej wynikają, odpornym byłby na zniechęcenie i wiele znalazłby światła dla kierowania wychowaniem.

 

Obowiązek solidarności i współodpowiedzialności

 

Gdybyśmy pamiętali, że wszyscy jesteśmy członkami jedni drugich[2], łatwo byśmy zrozumieli, co się od nas bliźnim należy, oszczędzając sobie daremnych wyrzekań na cudze ułomności, wzajemnie byśmy sobie moralnie i materialnie we wszelkiej poczciwej działalności pomagali, wzajemnie staralibyśmy się nie potępiać, ale słowem i przykładem zachęcać i pociągać.

„Pocieszajcie się wzajemnie i budujcie jeden drugiego (…); pocieszajcie ludzi małego serca, przyjmujcie niemocnych, cierpliwymi bądźcie względem wszystkich”[3]. Wszyscy jesteśmy w pewnej mierze odpowiedzialni za wszystkich, a zatem wobec cudzych przewinień i tego, co drudzy czynić powinni, a nie czynią, przede wszystkim zajmijmy się tym, co z tego powodu nam osobiście czynić wypada.

I tak, wobec cudzej rozrzutności bądźmy podwójnie oszczędni, wobec cudzego nieładu bądźmy podwójnie porządni, wobec cudzego gniewu podwójnie łagodni, wobec cudzego lenistwa podwójnie pracowici, a tym samym zadośćuczynimy temu, czego braknie.

Bywają ludzie tak samolubni, że nie rozumieją obowiązków względem najbliższych, względem własnych rodziców, lub dzieci, a jeżeli w sobkostwie swych obejmują własną rodzinę, dom i domowników, żadnego już obowiązku poza tym ciasnym kółkiem nie uznają i zwykle przejęci duchem parafiańszczyzny lub prowincjonalizmu poczytują za rodzaj sprzeniewierzenia się wszelką czynność na rzecz innych okolic, a tym bardziej dalszych części ojczyzny, potwierdzając niejako zbrodnię tych, którzy jej rozbrój podpisali; cóż dopiero gdy chodzi o pracę lub poświęcenie dla zupełnie obcych.

Niektórzy znowu wpadają w przeciwną ostateczność: w imię kosmopolityzmu obojętne im jest, czy żyją wśród swoich dla swoich, czy wśród obcych dla obcych. Nie poczuwają się do żadnych obowiązków względem własnego kraju, nie przyznają, aby ojczyzna miała jakiekolwiek prawo do ich pracy i poświęcenia.

Pierwsi nie rozumieją szerszych obowiązków, wynikających z wiary w świętych obcowanie; drudzy wmawiają w siebie, że jako obywatele świata nie mają szczególnych obowiązków względem własnej ojczyzny. Jakże pogodzić te sprzeczne pojęcia? Wiara tego uczy. Pan Jezus żył i pracował wśród swoich, jeżeli płakał, to nie nad Niniwą i Babilonem, ale nad Jerozolimą; wśród swoich, choć niewiernych i niewdzięcznych, przebywał; przez swoich dał się na śmierć umęczyć; mógł z rąk ich ujść, ale nie uszedł.

Zapewne każdy rozpocząć musi od pracy wokół własnego zbawienia, wykształcenia, uświęcenia, bo każdy przede wszystkim za siebie samego odpowiadać będzie. Najbliższy potem obowiązek mamy względem najbliższych: rodziny, parafii, prowincji, kraju. Nie gońmy za tym, co dalsze i dowolne, z uszczerbkiem obowiązków pewnych i bliskich; pamiętajmy, że przede wszystkim jesteśmy dziećmi ojczyzny, ale skądinąd nie zapominajmy, że jesteśmy dziećmi Matki Kościoła, która wszystkich ludzi miłością swoją ogarnia i wszystkich zbawić pragnie. Nie zapominajmy, że „duch, kędy chce, tchnie”[4], że jest mnóstwo okoliczności, w których podoba się Panu Bogu wzniecać powołania szczególne i znajdywać niektórym ze swoich wybranych pracę poza własną rodziną, poza własnym krajem. Nie godzi się oskarżać o sprzeniewierzenie się ojczyźnie tych, którzy w opatrznościowych okolicznościach, rozpoznawszy powołanie do służenia dalszym i rzekomo obcym, za tym głosem poszli. To, co się czyni na wskutek wybujałej wyobraźni i niespokojnego usposobienia, ale z wyraźnie rozpoznanej woli Bożej, nie tylko że własnej rodzinie lub krajowi uszczerbku nie przynosi, ale przeciwnie, tak jak wszystko, co wolą Boską natchnione, zawsze ze wszech miar jest korzystne, jeżeli nie na razie, to w dalszych następstwach.

Żaden naród, jak i żaden człowiek, sam siebie nie nauczył, nie nawrócił. Pan Bóg używa jednych do nauczania i nawracania drugich. Wszystkim narodom wiara przyniesiona była przez obcych. Wszak i my zawdzięczamy ją Dąbrówce, św. Wojciechowi. „Darmoście wzięli, darmo dawajcie”[5] – mówi Pan Jezus. Nauka Chrystusa Pana by się nie rozeszła, gdyby uczniowie Jego nie zanieśli jej w najdalsze krainy kosztem własnego życia, tak jak to czynią po dziś dzień misjonarze, wiedzeni w najdalsze strony nie wyłączną gorliwością o własną rodzinę, wieś, prowincję, ale o cały Kościół i jego członków.

I niech kto nie myśli, że to, co z woli Bożej czyni się dla drugich, „dla obcych”, jest z ujmą dla siebie, dla własnego narodu, dla własnej rodziny. Pismo św. mówi, że nie widziano nigdy, aby dzieci człowieka miłosiernego nędzę cierpiały[6]. Można to samo powiedzieć o narodach. O ile brutalna przemoc tego porządku nie obala, to widzimy, że wpływ wywierany przez niektóre narody na inne jest w ścisłym stosunku do tego, co one dla drugich czynią, i do poświęceń, jakie dla ich nawrócenia ponoszą.

Ucząc o świętych obcowaniu, trzeba wcześnie rozwijać w młodych poczucie solidarności, wykluczające sobkostwo, ciasnotę pojęć i serca. Cokolwiek zachodzi, chociażby na najdalszych krańcach ziemi, nie powinno nam być obojętne. Każdej obcej potrzebie powinniśmy, o ile to możliwe, nieść ratunek, jakbyśmy pragnęli, żeby inni nam do nieśli. Niech się dzieci uczą ofiarności, niech nie będą obojętne na to, co drugich obchodzi, niechaj biorą udział w składkach i miłosiernych uczynkach dla dobra bliźnich, niechaj się przenikają współczuciem dla bliskich, dalszych i najdalszych.

Wiara w świętych obcowanie nakłada wreszcie i obowiązek modlitwy za dusze zmarłych. Módlmy się więc za dusze zmarłych: rodziców, krewnych, dobroczyńców, przyjaciół i nieprzyjaciół. Módlmy się w sposób szczególny za tych, o których zbawienie największą troskę mieć można; za tych, za których prawdopodobnie mało kto się modli, ale przede wszystkim módlmy się za tych, których zbawienie samiśmy może narazili złym przykładem, złymi namowami lub brakiem dozoru i nauki, mając tego obowiązek. Nie mówiąc już o miłosierdziu, sprawiedliwość wymaga, ażebyśmy, o ile to możliwe, naprawili zadaną szkodę i modlitwą skrócili cierpienia, jakie może niektóre dusze z naszego powodu ponoszą. A przez modlitwę rozumie się także jałmużnę, cierpienia, w tej myśli przyjęte, dobre uczynki w tej intencji wykonywane.

Jakaż to osłoda po śmierci ukochanych, jeżeli się wierzy, że można im dalej służyć, dalej być pomocnym, dalej ich miłować jako żyjących, że im sroższa boleść po ich stracie, tym większe jej u Boga znaczenie i tym skuteczniej za nich ofiarować ją można. Jakie zabezpieczenie od rozpaczy, w którą niechybnie muszą wpadać ci, co nie mają nadziei, jaka zachęta do modlitwy i dobrych uczynków, gdy się pamięta, że wszystko, co się tu czyni na ziemi, dla ulgi najdroższych nam dusz w czyśćcu posłużyć może!

 

Jadwiga Zamoyska, o wychowaniu, Lublin 2002, str. 86-91.

[1] Por. Dn 5, 27.

[2] Por. Rz 12, 5.

[3] 1 Tes. 5, 11. 14.

[4] J 3, 8.

[5] Mt 10, 8.

[6] Por. Ps  36, 25-26.