Tagi

, ,

    Było to 2 listopada 1916 r. na włoskim froncie niedaleko Doberdo.

Około 9 rano otrzymałem od komendanta bataljonu rozkaz przeniesienia meldunku do komendy brygady, którego treści nie znałem. Gdy go doręczyłem, kazano mi zaczekać, a wkrótce potem posłano mnie z rozkazem do jednego z bataljonów, stojących w rezerwie. Gdy rozkaz doręczyłem zauważyłem wielkie zaniepokojenie na twarzy komendanta tego bataljonu. Miał bowiem ze swoim bataljonem dojść w dzień na wzmocnienie naszego bataljonu, meldunek bowiem, który przenosiłem, donosił, że w razie ponownego ataku Włochów utrzymanie linji nie jest możliwe.

Miało się przebyć przestrzeń więcej niż półtora kilometra po kamienistym gruncie, gdzie było się całą drogę z włoskich pozycyj doskonale widzianym. Zaraz też, gdy nas wyszło kilkaset ludzi, Włosi otworzyli szalony ogień niszczący z dział najrozmaitszego kalibru i granatami gazowemi. Wielu przystawało ciągle, a w końcu przemęczeni w połowie drogi musieliśmy odpocząć. Ogień zaporowy wzmógł się tak silnie, że posuwanie się naprzód było prawie niemożliwe. Ja z jednym kapralem, żydkiem, schroniłem się między duże głazy kamienne, gdzie o tyle było bezpieczniej, że odłamki nie mogły nas dosięgnąć, chybaby pocisk uderzył właśnie w te kamienie. Niejeden granat koło nas eksplodował, ale krzywdy wielkiej nam nie wyrządził ponadto, że kilkakrotnie zostaliśmy przysypani. Do naszego schronu wsunął się jeszcze jeden żołnierz z owego oddziału posiłkowego.

Gotując się na śmierć, zacząłem odmawiać różaniec i czemuś w duszy postanowiłem sobie dopiero wtedy dalej ruszyć, aż skończę wszystkie trzy cząstki różańca. Coś mi jakby szeptało, że prędzej stąd ruszyć nie można. Po drugiej cząstce różańca ogień osłabł i po chwili ustał zupełnie. Przed kamieniami, które nas osłaniały widniała, kałuża wody; żołnierz, który był z nami, chcąc orzeźwić się wodą, wysunął się cały z poza kryjących nas głazów, zaś mój towarzysz – kapral ciągnął mnie za rękę, radząc uciekać z tego niebezpiecznego miejsca do okopu, gdyż inaczej czeka nas pewna śmierć i już się wychylał z poza kamieni. Mnie ogarnął jednak ogromny niepokój, żem trzeciej cząstki nie zmówił i po wymianie kilku słów wciągnąłem go mimo oporu z powrotem między kamienie. W tej chwili piekielny ogień wybuchł z wzmożoną siłą a jeden pocisk zaraz z początku eksplodował tak blisko naszego schronu, że żołnierza, pijącego wodę strasznie poraził, nawet mundur na nim zapalił. Usiłowaliśmy ratować nieszczęśliwego, wciągnęliśmy go między kamienie, lecz wnet skonał. Ogień osłabł dopiero za pół godziny, tak że bez szwanku dotarliśmy do okopu. Więcej niż czy czwarte bataljonu legło po drodze, a nas uratowała trzecia cząstka różańca św. Okazała się w tym wypadku aż nadto widoczna, cudowna opieka Matki Bożej, bo inaczej spotkałby nas niezawodnie los owego żołnierza, pijącego wodę.

(J. K. – „Róża Duchowna” wrzesień).

Posłaniec Serca Jezusowego, rocznik 57, październik  1929, str. 310-311.

Reklamy