Tagi

, , ,

hail-maryOpowiadanie prawdziwie.

 

Rok przed wojną europejską spędzałam wakacje u krewnych moich w majątku pod Grójcem. Sprowadzono tam właśnie z kresów wschodnich partję prawosławnych robotników do pracy rolnej podczas sezonu letniego. Prócz mężczyzn były tam kobiety i młodzież, a wśród tej młodzieży 17-letnia garbata Anastazja. Znajomość moja z Anastazją zawarta została w ogrodzie, gdzie dziewczynę przydzielono do pielenia klombów i czyszczenia ścieżek.

Któregoś dnia wieczorem wyszłam przejść się po parku. Miała na sobie białą sukienkę i lekki szal biały. Szłam zamyślona, gdy wtem z gęstwiny drzew wybiega ku mnie stworzenie maleńkie, ułomne, składa ręce i przygląda mi się zachwyconym wzrokiem. Po chwili jednak, jakby oprzytomniawszy, spuszcza oczy szepcząc:

– Ach nie, to nie moja pani.

– Któż to jest twoja pani? – pytam zaciekawiona. Dziewczyna uśmiecha się, lecz nie chce dać odpowiedzi. Rozpoczynam z nią rozmowę, dopytując się o szczegóły życia. – Mówi z trudnością, łamaną polszczyzną, ale wyraz jej oczu jest mądry, głęboki, na twarzy odbija się prawość i słodycz, rzadko spotykana u ludzi upośledzonych. Dowiedziałam się, że przyjechała z matką wdową, że czuje się u nas dobrze i że dawno pragnęła do Polski przyjechać. Zdziwiona tem powiedzeniem, chcę wiedzieć, co ją tak do Polski ciągnęło, ale mała wykręca się, tłumacząc, że już pora na wieczerzę i znikła w gąszczu.

Nazajutrz odnajdujemy się jednak w ogrodzie na tej samej ścieżce, jakby umówione.

Anastazja wita mnie jak starą znajomą i z zupełną szczerością, nie czekając na pytania, zwierza się ze swych tajemnic.

– Ty jesteś katoliczką – mówi do mnie – i ja też będę katoliczką. Ja dlatego chciałam do was przyjechać, żeby tu znaleźć wasz kościół i księdza.

– Kto cię do tego nakłonił? – pytam.

Anastazja uśmiecha się tajemniczo.

– Nie wydasz mnie? – pyta.

Przyrzekam dyskrecję.

– Powiem ci więc – mówi dalej. – Piękna biała pani oddawna przychodzi do mnie w nocy i we śnie mówi mi o wszystkiem, uczy waszej wiary i katechizmu. To ona obiecała mi, że tu przyjadę i tu przejdę do prawdziwego kościoła, a potem zaraz niezadługo weźmie mnie do siebie, do nieba. Ona i tutaj do mnie przychodzi, była kiedyś w ogrodzie, dlatego ja, gdy ciebie zobaczyłam, myślałam, że to ona. A teraz pomóż ty mnie widzieć się z księdzem i żeby moi o tem nie wiedzieli, bo by mnie wybili.

Zdziwiona i wzruszona tem opowiadaniem, przyrzekłam przedłożyć sprawę proboszczowi i dochować tajemnicy.

Przy pierwszem widzeniu proboszcz uważał za stosowne wybadać Anastazję szczegółowo, gdyż niezupełnie wierzył w łaski nadzwyczajne, o których mówiła. Ze zdumieniem stwierdzić musiał, że dziewczę, nie znające liter, umie katechizm znakomicie. Może ją kto wyuczył, – pomyślał sobie – i zaczął jej zadawać trudne pytania rozumowe, a nawet teologiczne. Anastazja okazała tutaj jeszcze większy zasób wiedzy. Z prostotą i łatwością odpowiadała na wszystko, zapewniając proboszcza, że całą swą umiejętność zawdzięcza pani z nieba przychodzącej.

Proboszcz dał się przekonać i nie robił już trudności. Wkrótce szczęśliwa kaleka uczyniwszy wyznanie wiary korzystać mogła ze wszystkich dobrodziejstw Kościoła naszego. Przybiegała rankiem do Komunji świętej, zachowując jednak zawsze ostrożność z obawy przed własną rodziną.

Po upływie dni kilkunastu wezwała mnie na rozmowę.

– Wiesz – powiedziała do mnie – ja miała znów widzenie: umrę już teraz niedługo i matka moja także, ale Panna Najśw. obiecała mi, że matka się nawróci.

Jakoś niespełna w tydzień dano znać do dworu, że garbuska leży w ogrodzie konająca. Posłaliśmy coprędzej po lekarza i okazało się, że dziewczyna zatruta jest grzybami, które ruska kolonja nagotowała sobie na obiad. Prócz Anastazji ciężko chorą okazała się jej matka; inni ludzie mieli zaledwie dostrzegalne objawy zatrucia. Lekarz zabrał obie beznadziejne chore do pobliskiego szpitala w miasteczku. Anastazja wśród cierpień zachowywała pełną pogodę ducha, przyjęła ostatnie Sakramenta święte i wyrażała radość, że idzie do nieba. Spokój zatruwała jej tylko myśl o matce, która przywiązana do prawosławia, wyrzutami obsypała córkę dowiedziawszy się o zmianie religji. ale i tutaj Panna Najświętsza okazała Swą łaskawość dla wybranej duszy. Matka Anastazji, widząc swą córkę tak pogodną i rozmodloną wśród konania, zaczęła wątpić, czy ma słuszność, upierając się tak przy swych dotychczasowych przekonaniach prawosławnych.

– Moje dziecko – spytała łagodnie córki – czy ty pewną jesteś, że twoja wiara prawdziwa i że będziesz szczęśliwa po śmierci.

– Tak mamo, tak – zawołała Anastazja, – skorzystaj i ty ze sposobności, póki jeszcze możesz, poprośmy księdza, będziesz ze mną razem na tamtym świecie, będziemy obydwie szczęśliwe.

Bóg łaskawy dał jeszcze tyle czasu, że matka Anastazji mogła zrobić wyznanie wiary i odbyć spowiedź. Wkrótce obydwie z córką w jednej godzinie oddały Bogu ducha.

 

 

Teresa Przanowska

 

Miesięcznik franciszkański, rok XXVII, sierpień 1934, nr. 11, str. 503-504.

Reklamy