Tagi

,

    GARSTKA WYDARZEŃo. wenanty.

      Zaczniemy od sprawy kapeluszowej.

Czwartkowe popołudnie: wybieramy się na przechadzkę. Każdy z kapeluszem w ręku stoi na korytarzu czekając tylko na O. Magistra, którego ukazanie się było znakiem, że furta nowicjacka ma się otworzyć i klerykówka wypłynie przez ulice miasta na świeże, zamiejskie powietrze.

Ale tu kłopocik jeden nowoobleczony kleryczek nie ma jeszcze kapelusze – z opuszczonemi bezradnie rękami stoi. Dziekan nic nie poradzi: wyszukał skądsiś co prawda jakieś stare, odwieczne kapelusisko, ale nie zda się to na nic choćby dlatego, że na uszy nieboraczkowi zapada – za duże pudło! Czekamy tedy na O. Magistra.

Ten, gdy wyszedł i dowiedział się o naszym wspólnym kłopocie – bo braterstwo kazało nam wszystko za wspólne uważać! – wydał taką komendę:

– Ponakrywajcie wszyscy głowy kapeluszami!

Zdziwienie: na korytarzu? gdzie święte obrazy?

A gdy mimo to ponakrywali, on począł tak na oko kapelusze z głowy na głowę przekładać, włączając odrazu i ten dotychczas nieużywany, a nie pomijając również głowy nowoobleczonego nowicjusza. Po dość mozolnem dopasowywaniu uznał O. Magister, że już jest dobrze, więc zawołał:

– Odtąd niech każdy ten kapelusz nosi, jaki ma obecnie na głowie. Pozdejmujcie je z głowy!

 

Ale też było na tej przechadzce wesela, gdy wydostawszy się za miasto, szukaliśmy każdy swego dawnego kapelusza: czyją też głowę on uszczęśliwił? Tak jedynie z ciekawości.

A zaznaczyć mi wypada, że dopiero niedawno upominał, abyśmy każdy swój kapelusz szanowali. Powód?

– Bo – mówił – to nie własność prywatna, lecz klasztorna. Uważać trzeba wszystko, jakgdyby sobie pożyczone.

 

Drugie zdarzenie: przy zbieraniu owoców. W sierpniu, wrześniu: obrywaliśmy jabłka i gruszki w klasztornym ogrodzie, ale O. Magister wyraźnie raz na zawsze głosił:

– Jeść owoców wtedy nie wolno.

– A gdy gruszka spadnie? – stłuczona?

– Też nie.

– A nadgnita?

– Umartwić się i nie jeść.

Dobrze. Więc rwało się owoce w tem większem skupieniu, że podsycanie wrodzonego człowiekowi łakomstwa nie miało miejsca. Nic nie przeszkadzało w pracy!

Pod koniec zrywania zjawiał się zazwyczaj O. Magister.

– Już koniec! – zawołał – zejdźcie z drabin, z gałęzi.

– Ja zaraz napełnię koszyczek – dolatywał głos z góry.

– Zaraz zaraz, jeszcze kilka gruszek na tym konarze! już będzie koniec.

– Pozostaw te kilka gruszek – nakazywał.

Poschodzili wszyscy.

– Teraz weźcie sobie po trzy gruszki każdy, stąd, z koszyka.

– Może lepiej te upadłe, obite?

– Nie, ale z tego koszyka.

– Tam z boku odłożone nadgniłe, z których już nic nie będzie. Czy mogę zamiast stąd trzy, wziąść stamtąd ze sześć?

– Nie, bierz tak jak wszyscy inni: trzy z tego koszyka.

i t.p.

 

Albo: Post w wigilię Niepokalanej.

Pisać, że to kleryk?

Ej nie, lepiej otwarcie: ja.

Uplanowałem sobie, że odposzczę wigilję Niepokalanego Poczęcia N. M. P. Lękając się jakiejś litości ze strony O. Magistra, nic mu nie mówię.

– Cóż to dla mnie! – myślę sobie w duchu.

Nie omieszkałem wpierw rozgłosić o tem współbraciom moim – w sekrecie:

– Cały dzień ani kropelki wody! Zobaczycie, że wytrzymam.

Nadszedł ranek 7 grudnia. Inni jedzą śniadanie – ja siedzę nieruchomy: poszczę.

Obiad: jakaś smaczna zupa, że aż mi się w oczach przewraca – ja odsuwam talerz: poszczę. Na drugie: już nie pamiętam, ale też smaczność wyjątkowa. Ani mowy bym się miał ugiąć: półmisek przepuszczam obok siebie, przyczem bawi mnie, że sąsiedzi spoglądają na mój hart z uznaniem.

– Niech sobie jedzą – myślę, nie zazdroszczę im.

Jeszcze coś na trzecie: ale to już mizerota. Marchewka czy brukiew, lub coś podobnego.

– Przynajmniej nie będę znosił pokusy – szepczę do samego siebie – bo to łatwiej nie jeść niż jeść!

Zbliża się półmisek: znakiem ręki okazuję, by poszedł dalej.

Ale tam, z oddali, ze stołu Ojców, też znak ręki.

To O. Magister: pokazuje mi bym jadł.

Teraz? Odpowiadam na migi, że się potrawy zrzekam. O. Magister jednak nalega. Nawet podejście ku niemu i wytłumaczenie całej sprawy na nic się nie przydało.

Jedz bracie mimo wszystko, tę potrawę, którą ci teraz podają.

– Więc chyba już i poprzednie?

– Tamte zostaw, tylko to jedno.

I jadłem. A nie od razu zdolny byłem zrozumieć, że posłuszeństwo takie Niepokalanej milszem było, niźli planowany post.

Szkoda tylko, że posłuszeństwo połączone z buntem…

Teraz o gwiaździstem niebie.

Byłem i jestem miłośnikiem iskrzącego się tysiącem gwiazd błękitu, zwłaszcza gdy ten błękit wśród zimy nabiera mocniejszej wyrazistości i gwiazdy bardziej uwydatnia.

Wśród zimy rekreacja wieczorna odbywała się stale w Sali, a tylko poobiednia na ogrodzie.

Wyzieram raz wieczorem z okna: co za śliczny widok! Być tak na ogrodzie i całość sklepienia niebieskiego ogarnąć. Pytam O. Magistra, czyby mi na to pozwolił.

– Wiesz, że u nas najmniej w trzech chodzić wolno.

– A gdybym znalazł jeszcze dwóch ochotników?

– Ano znajdź.

Pytam jednego, drugiego, agituję jak mogę: zebrałem nie dwóch, ale coś ze czterech.

– Zaczekajcie – mówię im – poproszę O. Magistra – był bowiem wyjątkowo w swej celi, mimo że to czas rekreacyjny.

Zaczekali: już uzbrojeni w płaszcze i kapelusze.

– Proszę O. Magistra – mówię, z tryumfem wszedłszy po zapukaniu do celi O. Wenantego – znalazłem chętnych aż czterech, więc pójdziemy!

– Nie pójdziecie – usłyszałem odpowiedź.

– Dlaczego? – pytam odrazu wzburzony.

– Bo nie pójdziecie.

I stanęło na tem, żeśmy nie poszli.

 

Cóżby jeszcze? Niech będzie: kary bez winy.

Uroczyste nabożeństwa Wielkiego Tygodnia odbyły się we wzorowym porządku – bo i jakże być miało? Po tylu wysiłkach i pracach!

Każdy z nas głęboko zadowolony, że przyczynił się do chwały … Bożej.

Dzwonkiem zwołuje nas O. Magister – do rekreacji. Co to będzie? Chyba pochwała i uznanie! Dla zachęty na przyszłość!

Spieszę radosny.

Po wszystkich nowicjuszach wchodzi O. Magister. I przemawia – jak dziwnie?… z dzisiejszych ceremonji jakby niezadowolony. Wyraźnie nic zarzucić nie może, ale … ostatecznie wszystkim, którzy udział w obrzędach brali, każe rozejść się po swych celach i odprawić natychmiast dyscyplinę, za karę. Wyraźnie: za karę!!

Zakipiało we mnie. dużo trzeba było aktów strzelistych, aby powrócić do równowagi i – dyscyplinę w porządku odprawić.

Wracam – na korytarzu jeden z najsłabszych biedaków…

Cóż ty, posłuchałeś? – pyta.

Pewnie, że posłuchałem.

– A za co O. Magister karał?

– To jego rzecz. Musiało coś być. Nieraz przedtem nam wspominał, że choćby i bez winy, to karę przyjąć trzeba.

– Ja się z tem nigdy nie zgodzę. Musi być sprawiedliwość!

– Więc coś ty robił?

– Kląłem na czem świat stoi!

Przykro mi się zrobiło, bo z tym bratem łączyło mnie więcej związków, niż z jakimkolwiek innym…

Ale już ktoś trzeci z celi się wysunął. Wchodzimy do Sali. Myśmy ostatni.

Wita nas błogi uśmiech O. Magistra.

– Więc jesteście wszyscy – mówi. – Nie wyobrażacie sobie, jak się raduje dziś serce moje. Wystawiłem was na przykrą próbę: chciałem przekonać się, czy nie domieszała się u was do służby Bożej próżna chwała. Teraz widzę, że nie! A jeśli była, to ta dyscyplina ją odegnała!

I t. p. przemawiał – ze słodyczą, z radością, uniesieniem prawie…

A ten nieposłuszny kleryk? – Zapyta czytelnik.

On jeszcze raz w obecności wszystkich nie posłuchał i za karę miał ucałować ziemię i odmówić „Zdrowaś Marjo”. Nie uczynił tego. Więc otrzymał karę sroższą: parę dni chodził biedak bez kaptura.

A gdy się wszystko napozór ułożyło i między O. Magistrem a nim zapanowała współpraca i zrozumienie: djabeł go niespodzianie z klasztoru wypędził. Niespodzianie! Ku ogólnemu przerażeniu wszystkich.

Cierpiał potem straszną nędzę, pomocy od Franciszkanów nie chciał przyjąć aż zmarł w szpitalu na suchoty…

O śmierci jego O. Magister nic nam nie powiedział, aż dopiero po pogrzebie – byśmy się tylko za jego duszę pomodlili…

Czytelniku! Proszę Cię najserdeczniej: pomódl się i ty!!

 

Czuję, że w powyższych opowiadaniach nie potrafiłem oddać duszy O. Wenantego, mego Magistra: przytaczałem tylko zewnętrzny dźwięk jego słów i to niedokładnie, bo pamięć zawodzi.

Przykro mi – ale bezsilny jestem.

Może jeszcze to wydarzenie coś pomoże.

Wysłał mnie O. Magister z jednym ze współbraci do lekarza. Były dwie drogi: krótsza i dłuższa. Z powrotem wybraliśmy tę dłuższą.

Niby wszystko dobrze. A jednak sumienie dręczyło tak długo, aż mówię towarzyszowi:

– Może powiemy, którą drogą wracaliśmy?

Zgodził się. A potem po przyznaniu się „do winy” byliśmy obaj spokojni i szczęśliwi.

Taka szczerość, taka otwartość wytworzyła się u nas względem naszego O. Magistra. Pragnęliśmy, aby on koniecznie wszystko wiedział: wtedy prowadzić mógł zbawienniej…

 

Nawet grzechy. Tak – Rzecz niebywała, że choć w konwencie lwowskim było tylu Ojców i gorliwych i światłych i chętnych, jednak prawie każdy z nas samorzutnie (pokąd nie zaczął obowiązywać Nowy Kodeks Prawa Kanonicznego) obrał sobie O. Magistra Wenantego za spowiednika i kierownika duszy. A kto przylgnął, ten niewzruszenie trwał. I pamiętam dobrze, jak bolesne było odrywanie, gdy O. Magister na Zielone Świątki 1918 r. tak nam zapowiedział:

– Ponieważ już zaczyna obowiązywać Nowe Prawo Kanoniczne, które zakazuje Magistrowi spowiadać swoich wychowanków, przeto odtąd obierzcie sobie innego z Ojców za spowiednika.

Nie zapomnę wtedy tego ciosu, jaki uderzył we mnie, gdym to usłyszał – po czterech latach spokoju i ciągłej budowy…

Pomyślałem sobie wtedy:

– Gdyby Magistrami byli sami tacy jak nasz O. Wenanty, toby zakaz ten nie był konieczny.

Żal mi tylko, serdecznie żal, że dla słabej pamięci nauk duchowych mojego Magistra i Spowiednika przypomnieć sobie nie mogę…

Reklamy