Tagi

, , ,

Kto miał sposobność i szczęście zetknąć się znim i bliżej go poznać, musiał stwierdzić, że to kapłan według Serca Bożego, że to kandydat na świętego.

– Dla błędów podwładnych – mówi – zasadniczo nie miał zbytniej pobłażliwości. Karał, ale jak ojciec, nigdy z gwałtownością i uniesieniem, bo i surowości używał tylko dla dobra

WYCHOWAWCA ZAKONNEJ MŁODZIEŻY

 

Więc dobiłem do tego rozdziału, który pisać radbym nie piórem i atramentem, ale sercem i łzami wdzięczności.

Ojciec Wenanty został naszym magistrem.

Pamiętam, że rozpoczął pełnienie tego obowiązku od przemówienia i… cukierków. Jeszcze przed obłóczynami, zgromadziwszy swoich przyszłych kleryków, tak serdecznie i po bratersku przemówił, że każdy chyba ze słuchających przylgnął do niego zupełnie. Wmawiał w nas więcej dobroci i cnoty, aniżeli czuliśmy w sobie: tejże chwili więc postanowiliśmy sobie koniecznie odpowiedzieć temu niezasłużonemu zaufaniu. Siebie zaś przedstawił jako młodego i niedoświadczonego: rozumie i odczuwa trudność swego obowiązku, skoro mimo swej nieudolności musi przerabiać nas w zakonników, oddanych Panu Bogu w zupełności. Rozumie trudność czekającego go zadania, ale ufając łasce Bożej i naszej dobrej woli, przystąpi odważnie do sprawowania zleconego mu przez święte posłuszeństwo obowiązku. – Tak szczera była to pokora, żeśmy w duchu przyznawali mu słuszność i cieszyli się nieco, że teraz nabierze przy nas brakującego mu dotychczas doświadczenia!…

Nastąpiło rozdanie cukierków: tak zwyczajnych, jak i to przemówienie: pamiętam, były to landrynki w blaszanem pudełku. – Tak się to jakoś wszystko ładnie zestroiło, żeśmy naprawdę czuli się spokojni, bezpieczni i szczęśliwi.

Wznieciło nas ten nastrój, dobre, kochające serce naszego rozpoczynającego dopiero Magistra!

Do dzieła zabrał się od razu stanowczo i dzielnie, jakgdyby z roku na rok nowicjat prowadził. Dziekana polecił nam wybrać przez tajne głosowanie, furtjana wyznaczył sam, wypisał dokładny porządek dnia, tygodnia i miesiąca, ogłosił i rozwiesił to na widocznem miejscu – i oto już wiedzieliśmy czego się trzymać mamy.

Wstawanie było naznaczone na godzinę 5 rano, poczem ubieranie się, mycie i paciorki prywatne do ½ 6, o tej godzinie rozmyślanie wspólne przez pół godziny i Brewiarz przez pół godziny, od ½ 7 porządki po celach, następnie przygotowanie się do Komunji św., którą mieliśmy przyjmować na początku Siódemki, po wysłuchaniu Mszy św. śniadanie i między 8 a 10-tą przygotowywanie się do lekcyj. Z wybiciem 10-tej godziny zaczynał się wykład Reguły zakonnej i Konstytucji, kwadransowa przerwa i jeden z luźniejszych przedmiotów: w poniedziałki – rubryki brewiarzowe, wtorki i piątki – wykłady o zakonności, środy i soboty ceremonje kościelne, a czwartki i niedziele – liturgiczny śpiew. Obiad o 12-tej, poprzedzony szczegółowym rachunkiem sumienia wraz z Komunją duchowną (niedziele i czwartki), lub modlitwami (poniedziałek, środa i sobota), albo wyznawaniem przekroczeń regulaminu, co się zowie „Capitulum culparum”. Na obiedzie czytanie żywotów świętych, po nim – adoracja Najśw. Sakramentu i rekreacja na ogrodzie do godziny drugiej. Potem znów jedna godzina nauki prywatnej, pół godziny czytania duchownego, pół godziny dla przygotowania się do Brewiarza, odmawiania Brewiarza wspólnie, wieczerza z adoracją Najśw. Sakramentu, rekreacja, o ½ do 9-tej drugie rozmyślanie z rachunkiem sumienia i modlitwami wieczornemi i najpóźniej o ½ do 10-tej udanie się na spoczynek.

Tak wyglądał – podany tu w zarysie – porządek dnia, ustalony przez O. Wenantego na Nowicjacie. W każdą pierwszą sobotę miesiąca półdniowe rekolekcje miesięczne, czyli przygotowanie się na śmierć. Co wtorku i czwartku – popołudniowe przechadzki. Co sobotę wieczorem – spowiedź św.

A ponieważ „Nowicjat jest to zmiana człowieka świeckiego w zakonnika (jego słowa) i z postępowania zewnętrznego nawet ludzie choćby obcy muszą tę odmianę dostrzec, przeto dokładać należy starań, aby we wszystkich, nawet najdrobniejszych rzeczach, być dokładnym i wiernym, i to już od pierwszej chwili nowicjatu”.

  • Milczenie: na korytarzach, w chórze, kościele, zakrystji i w refektarzu;
  • Po godz. 9-tej wiecz. milczenie ścisłe i rano do godz. ½ do 7; także w czasie rekolekcyj.
  • Cicho chodzić po korytarzach i cicho zamykać drzwi i okna.
  • Bez pozwolenia nie wychodzić poza furtę nowicjatu.
  • Nie obcować z nienależącymi do nowicjatu (wyjątek stanowi O. Prowincjał).
  • Listów bez wiedzy Magistra ani posyłać ani przyjmować.
  • Zachowywać porządek w celi; gruntowny porządek co sobotę.
  • Wyznaczony co tygodnia inny wigilans porządkuje na korytarzach, w rekreacji; budzi o 5-tej rano, dzwoni na 3 minuty przed ½ do 6-tej. Gdy budzi, mówi: „Benedicamus Domino”, a zbudzony odpowiada: „Deo gratias”. („Błogosławmy Panu” i „Bogu dzięki”.) Głosu dzwonka należy słuchać zaraz. – Furta zawsze zamknięta. – Dziekan wyznacza do służenia i służyć pozwala (do Mszy św.).
  • Starannie przygotowywać się do Pacierzy (Brewiarza).
  • Dokładnie zachowywać rubryki chórku.
  • Chodzić najmniej w trójkę.
  • Rano przy spotkaniu się wzajemnem mówić: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

 

Uwaga: Z przekroczeń przeciwko tym przepisom oskarżać się na Capitulum Culparum. –

Tak wyglądały zredagowane na prędce przez O. Wenantego jako Magistra Nowicjatu przepisy. Wiele jeszcze potem udoskonalało się, poprawiało, ale już to, co na początku podał świadczy wymownie, jak pojmował pracę swą nad nami i pracę każdego z nas nad sobą samym.

Przepisów i programu, jakie postanowił, sam przestrzegał najsumienniej. Przekroczenia karał surowo. Pięknie o tem zeznaje jeden z Ojców, wtedy jego wychowanek na Nowicjacie:

– Dla błędów podwładnych – mówi – zasadniczo nie miał zbytniej pobłażliwości. Karał, ale jak ojciec, nigdy z gwałtownością i uniesieniem, bo i surowości używał tylko dla dobra, aby za błędy, choćby czasem nieświadome, karząc, ćwiczyć w prawdziwej pokorze i przełamywać odruchy popędliwej miłości własnej. Tem chciał wyrobić silne charaktery na trudne okoliczności życia zakonnego – choć sam odczuwał to bardzo; gdy „culpę” (karę) nakładał, znać było zawsze po drżącym głosie, zmienionym wyrazie twarzy, wewnętrzne wzruszenie.

Pamiętam, jak w październiku, więc w drugim miesiącu nowicjatu, ogłosił nam O. Magister, że kto się spóźni na medytację choćby niewiele, już śniadania jeść nie ma, nawet gdyby nikt tego spóźnieni a nie zauważył: bez przypominania. I stosowali się do tego ci, co zawinili!

Rozchodziło mu się o poszanowanie porządku, punktualność, a właściwie o posłuszeństwo.

– Na głos dzwonka – mawiał – nie należy już kończyć zaczętej litery, ale pospieszać zaraz, gdzie głos Boży wzywa.

Posłuszeństwem, które jest przecie fundamentem życia zakonnego, tak na wskroś przepoił wszystko, co tylko się na Nowicjacie działo, że nawet płaszcze do Chóru lub na ogród wdziewaliśmy na jego rozkaz: albo wszyscy albo nikt – poza wypadkami choroby. Zachowała mi się taka charakterystyczna notatka z tego czasu, dobitnie mówiąca o tem:

– 12/III. 1916: Od dziś poczynamy chodzić do chóru bez płaszczy, tylko jeszcze na ranne Horae w płaszczach. –

Wielki nacisk kładł na milczenie. Za to wśród rekreacji nie tylko rozmawiać wolno było ale i sam do rozmowy zachęcał, brał w nich żywy udział i obowiązkowo jednoczyć się w nich kazał. Bywało, że ktoś wziął sobie na rekreację jakąś pożyteczną książkę – odłożyć ją jednak musiał. Cały czas rekreacyjny wypełniały rozmowy – zachęcał do pobożnych i w nich pomagał! – opowiadania, gry, oglądanie obrazów i t. p. rozrywki.

W dni pogodne mieliśmy rekreację na ogrodzie, gdzie były i drogi do chodzenia i ławki do siedzenia. Rychło wytworzyły się stąd dwie grupy: jedni prawie zawsze chodzili, a drudzy – siedzieli. O. Wenanty, lękając się, by na tem tle nie wyrodziły się dwie partje, obydwie grupy wymieszał.

– Niech nie należą zawsze ci sami do siedzących, a inni znów do chodzących – przestrzegał.

By wspólną miłość bez różnic i podziałów wytworzyć i ustalić, powtarzał nam nieraz:

– Wszyscy wszystkich niech jak najbardziej miłują, niech każdy każdemu stara się jak najwięcej dobrego czynić. Każdy każdemu!

Rozumiał, że równość to stróżka miłości. To też przedewszystkiem sam ze wszystkimi jednakowo się obchodził: uprzywilejowanych „beniaminków” nie było u nas zupełnie.

Nie czynił wyjątków nawet wtedy, gdy komuś z naszych rodzice przysłali lub przywieźli coś do zjedzenia. Jeśli to nadeszło pocztą, zwoływał wszystkich nowicjuszów i wręczał pakuneczek adresatowi ze słowami:

– Rozdziel to braciom!

Już wiedzieliśmy wszyscy, że to jemu przyszło.

Gdy raz – pamiętam – „rozdzielacz” ogromnie się martwił, jak dar podzielić na części równe i długo tak i owak rozmyślał, rzekł O. Magister z uśmiechem:

– Więc ja ci pomogę.

I chwyciwszy za nóż, ciął nim tak prawie naoślep, byle na liczbę było tyle, co czekających – a nam otworzyły się oczy na małość tych spraw, które nie wartają zbytniego zachodu.

Takie podarki nazywaliśmy „obsonja”. O. Magister z tych absoniów potrafił nieraz wyciągnąć również ładną, pożyteczną naukę: więcej z niej korzystaliśmy, aniżeli z jedzenia.

I tak pewnego razu, w niedzielę tuż po sumie, kazał zadzwonić na swoich nowicjuszów, by się zgromadzili w Sali rekreacyjnej. Rychło i on sam przybył, niosąc spore zawiniątko. Gdy je ostrożnie uwolnił z zasłony, ukazał się oczom naszym duży, śliczny tort. Już brat dziekan przystąpił z nożem, jak to zawsze w podobnym wypadku się działo, gdy O. Magister „z boku” coś dla nas zdobył, już podzielił na części, gdy wtem, nim najstarszy powołaniem do onego „obsonjum” podszedł, rzekł O. Magister:

– Wstrzymajcie się! Siądźcie na swoich miejscach i sobie coś ważnego wobec tego tortu przypomnimy.

I jął tłumaczyć, że nawet takie zbytkowne strawy pożywać nam wolno, jeśli dobrzy ludzie nam to przyniosą, a nigdy kupować, bośmy synami ubożuchnego św. O. Franciszka przecie. Prócz tego i usposobienie musi być odpowiednie, by te łakocie nie wyszły nam czasem na potępienie duszy, lecz owszem, dopomagały do jej zbawienia. W tym celu zdobyć się musimy na uczucie wielkiej pokory, iżeśmy dla grzechów naszych tych przyjemności zażywać niegodni; i bojaźń, abyśmy łakomstwem nie zgrzeszyli, bo niebo zgotowane jest dla gwałtowników i cierpiących wiele. I z wielką wdzięcznością brać nam trzeba do ust kąsek każdy, jako dar dziwnie dobrego i troskliwego Ojca, który tak bardzo troszczy się o swoje małe, pełzające po tej ziemi, dzieci; już tu przyjemności im dostarcza!

I po tem przemówieniu dopiero zaczęło się rozbieranie części tortu i spożywanie daru Bożego – a z jakiem skupieniem i naszczeniem się to odbywało, wspominać zbyteczna…

Zachęcał nas do drobnych, nie rzucających się w oczy umartwień. Z garnuszka kawy nie dopić, z półmiska zgarnąć ziemniak zczerniały lub niedoskrobany, zostawić w talerzu coś dla ubogich, lub chleba kawałek… Dla wyjaśnienia zaznaczam, że przy furcie klasztoru lwowskiego zbierało się wiele nędzy; z powodu ciężkich warunków wojennych rozdawano przeważnie to, co z refektarza wracało: nikt wtedy nie grymasił, gdy za cały obiad starczyły ziemniaki i kapusta – mięsa nie bywało! Otóż O. Wenanty, pełen litości dla tych najgłodniejszych, a zarazem przemyślny, nabierał zazwyczaj do swego talerza dość sporo, by dla ubogich jak najwięcej zostawić…

– Oni od nas biedniejsi, bo nic zupełnie nie mają – mawiał.

Pojęcie ubóstwa zakonnego wszczepiał w nas mocne, zdrowe.

– zakonnik do niczego nie może sobie rościć prawa – tak pouczał. – Jeśli mu przełożeni co dają, to jedynie z łaski i zawsze musi uważać to za własność nie swoją, ale klasztoru, do którego należy: otrzymał rzecz tę do użytkowania i za sposób jej używania ściśle jest odpowiedzialny. I nigdy nic nie jest dla niego za bardzo nędznem, za bardzo ubogiem!

Co pewien czas nakazywał badać wszystkie rzeczy dane sobie do użytku: czy też naprawdę niema w tem nic zbędnego? Zbędne rzeczy trzeba było odnosić. Sam swoją celkę najsurowiej przetrząsał…

Regularnie co kwartał ogłaszał „zmianę cel”: kładło się wtedy na kołdrę wszystko: i bieliznę i ubranie i drobiazgi, zawijało wraz z prześcieradłem, by przenieść do celi innej, wyznaczonej. W ten sposób nikt nie mógł utworzyć sobie umiłowanego kącika, od którego oderwać byłoby go już może bardzo trudno.

– Nie rozumiem – mawiał także – jak mogą zakonnicy, ślubujący ubóstwo, wymagać od przełożonych, by ich w razie choroby wysyłali gdzieś do kąpiel, może aż zagranicę. Przecie my jesteśmy ubogimi, dobrowolnymi nędzarzami, a ubodzy, nędzarze do kąpiel nie wyjeżdżają. Chorować powinien zakonnik w klasztorze – przecie i klasztory nasze bywają spokojne i zdrowe.

Bardzo gruntownie przerabiał z nami przedmiot zwany „O zakonności”, t. j. o czynnikach, które się składają na to, by dany zakonnik był naprawdę dobrym zakonnikiem – a nie z habitu i imienia. Dla zachęty wplatał w to przykłady wielce zachęcające do naśladowania – a wreszcie całe dzieje Zakonu z nami przeszedł, byśmy to, co poprzednicy nasi w imię Boże rozpoczęli, pokornie i gorliwie dalej rozwijali.

Najdokładniej przechodził różne sposoby rozmyślania: uwzględniał różne, aby każdy mógł najstosowniejszy dla siebie obrać. Przytem każdy z nas musiał umieć sam rozebrać dany temat na rozmyślanie: po dziś dzień mam cały szereg tego rodzaju wypracowań z czasów nowicjackich! I medytacje i kontemplacje układaliśmy tak samodzielnie.

Pod koniec nowicjatu nie omieszkał wyuczyć nas form grzecznościowych, abyśmy kiedyś między ludźmi znaleźć się umieli, w ten sposób ich sobie, a nie sobie tylko, lecz Chrystusowi zyskując. I już teraz, w życiu kleryckiem, mieliśmy nakazane zachować się wobec siebie nawzajem grzecznie, choć szczerze i serdecznie. Nie potrzeba chyba wspominać, że sposoby okazywania grzeczności obłudne, przesadne, niczem nieuzasadnione – nie tylko pomijał, ale i piętnował, zaznaczając ich niewłaściwość u zakonnika.

I cóż jeszcze powiem?

Odczytywał nam też nowiny z gazet, ale tylko takie, które istotny pożytek przynieść nam mogły. I w ten sposób, aby ten pożytek naprawdę przyniosły. Nie takie to były znów „nowiny”! Skoro sam O. Magister gazety tylko raz na tydzień czytywał, mianowicie w soboty, z całego minionego tygodnia: urządzał się tak zapewne dla zaoszczędzenia drogiego czasu, a może i dla umartwienia ciekawości – wszyscy już o tem wiedzieli, mówili, a on zawsze do końca tygodnia czekał.

Każdy nowicjusz musiał każdego miesiąca przeczytać pilnie choć jedną książkę: tak pilnie, że aż wypiski z niej poczynione musiał obowiązkowo O. Magistrowi przedłożyć. Nie rozumieliśmy wtedy, że nas O. Magister w ten sposób zaprawia do pisarskiej pracy na potem…

W nabożeństwach kościelnych musieliśmy brać zawsze żywy udział. Szczególnie na procesje z Najświętszym Sakramentem nakazywał nam O. Magister zaopatrywać się w książeczki z pieśniami, by, niezależnie od tego, co celebrans zanuci, zawsze śpiewać, na chwałę Jezusa utajonego w Sakramencie Miłości i dla zbudowania ludu.

– Niech i oni, zachęceni waszym przykładem, równo, ładnie śpiewają – mawiał.

Wyjątków stałych dla tego lub owego, że nie ma głosu albo słuchu – nie było: nikt nie mógł sunąć w procesji na pół martwy, z ponurą, majestatyczną twarzą, jak ulepiona figura z wosku – nikt! Każdy jak umiał, tak śpiewać musiał.

Ile to ja sam natrapiłem się, gdy celebrujący kapłan zaczął jakąś pieśń na mój głos za wysoko – ale śpiewać jakoś musiałem…

Ćwiczył nas w pokorze: dlatego od czasu do czasu zarządzał szorowanie podłóg: nie służba ani bracia-laicy, ale klerycy-nowicjusze, przyszli kapłani. Żartów tu nie było: podzielił na trójki, powyznaczał prócz celek jeszcze każdej grupce wspólne podłogi: rekreacyjną, szkolną, korytarzową i t. d. – i szorowali wszyscy aż do czysta!

Dla ćwiczenia w pokorze zarządził też, by każdy kleryk otrzymawszy od niego cokolwiek, albo choćby na coś pozwolenie, zaraz go w rękę całował. A sam przecie raz wyraził się szczerze, iż nawykł dawać rękę do pocałowania, jakby to był kawałek drewna… Nieraz i podziękowaniem przypieczętowane już przedmioty, jeszcze odbierał: w ten sposób znów próbując cnotę ubóstwa. I mnie się tak raz zdarzyło: kazał zrobić na moją kołdrę dwa równe, do niej domierzone, prześcieradła, a gdym tem się może, za bardzo cieszył, odebrał z nich jedno i oddał aspirantowi, który dopiero co przyjechał. Bałem się, by z tem prześcieradłem nie wystąpił – jakoż obawy moje słuszne były: wystąpił wraz z moją tą radością…

Gdy spostrzegł smutek na czole którego z nowicjuszów, zaraz wzywał go do swej celi i nieraz jednem trafnem słowem gromadzące się groźne chmury rozpraszał. Sam korzystałem z jego ojcowskiego serca razy wiele… wiele… O wszystkich szkodliwych wstrętach, jakieby się zakradły między kleryków, osobliwie wyrzekaniach, krytykach, a bardziej jeszcze słowach niezupełnie skromnych, kazał bezwzględnie sobie donosić. A zdarzyć się i to mogło, skoro raz po raz próbowali swoich sił rozmaici aspiranci, nie zawsze Bożem powołaniem naznaczeni.

Pracował, zarządzał, czuwał – a przytem przy każdej sposobności polecał duszom gorliwym, by się w intencji powierzonego mu Nowicjatu modliły.

– Proszę w tych dniach szczególnie o świętą modlitwę – pisał do jednego z Ojców, swego dawnego kolegi – gdyż klerycy składają śluby.

A z zakonnicami, którym nauki katechizmowej udzielał, wspólnie się za kleryków swoich modlił i gdy nadchodził czas ślubów, opowiadają Siostry, modląc się razem z niemi, miał nawet wypieki na twarzy…

A sam, cicho… jakże często, ustawicznie modlić się musiał?

Tak wychowywał zakonną młodzież. Miał w tem swój osobliwy system, ponadziemski, wzniosły, a przecie pełen dziwnej jasności i prostoty. Odmalować go, wytłumaczyć – mimo najszczerszej chęci i korzystania z tego systemu, jednak nie potrafię… Zebrałem gromadkę jego wskazówek w nieuporządkowaną całość – i tyle. Tajemnica to dla mnie jakaś nieuchwytna!

Może zbliżę, rozjaśnię ją choć coś niecoś prostem opowiedzeniem kilku najzwyczajniejszych wydarzeń z życia naszego nowicjackiego.