Tagi

, , ,

Kto miał sposobność i szczęście zetknąć się znim i bliżej go poznać, musiał stwierdzić, że to kapłan według Serca Bożego, że to kandydat na świętego.

Kto miał sposobność i szczęście zetknąć się znim i bliżej go poznać, musiał stwierdzić, że to kapłan według Serca Bożego, że to kandydat na świętego.

WIKARJUSZ W CZYSZKACH.

 

Powrotem O. Wenantego najbardziej ucieszył się O. Gwardjan lwowski: właśnie wskutek zawieruchy wojennej opustoszał powierzony jego pieczy klasztor, a najwięcej kłopotu miał z obsadzeniem parafji czyszeckiej, należącej również do tego konwentu.

Tam też, do Czyszek, rychło po swym powrocie do Lwowa, przydzielony został O. Wenanty.

Najwierniej zobrazuje ten okres z życia młodego naszego kapłana dość obszerny list ówczesnego proboszcza w Czyszkach O. Karola Olbrychta. Żyli razem i pracowali razem.

…Dnia 21 września 1914 roku rozpoczynał O. Wenanty już swą zbożną pracę na niwie duszpasterskiej w Czyszkach. Pole do pracy obszerne, prócz bowiem Czyszek, liczących 2500 dusz, należy jeszcze do parafji sześć wsi: 1) Czyżyków z osobną kaplicą, w której co drugą niedzielę odprawia się nabożeństwo parafialne, 2) Dmytrowice, 3) Gaje, 4) Głuchowice z kaplicą filjalną, do której dojeżdża się z nabożeństwem też co drugą niedzielę, 5) Horosławice i 6) czysto polska wieś Winniczki – razem 3600 dusz obrządku łacińskiego.

 

Wenantemu przypadła do gustu ta praca parafjalna: oddał się też jej z całem zamiłowaniem, ku pełnemu zadowoleniu tak parafian, jak i obu Ojców obsługujących z nim parafję czyszecką.

Napozór nie wyróżniał się niczym od nas obu współpracowników – świadczył dalej O. Karol – Czyto Mszę św. odprawiał, czy spowiedzi słuchał, czy słowo Boże głosił, czy spełniał inne czynności parafialne, jak chrzty, wywody, śluby, zaopatrywanie chorych, pogrzeby: był zawsze zupełnie normalnym kapłanem. Nikt nigdy nie dopatrzył się u niego czegoś, coby mogło zadziwiać, razić, lub tchnąć jakąś śmiesznostką czy przesadą – a przecież czarował wszystkich swoją skromnością, skupieniem, pogodą umysłu i mimowoli zdradzał na każdym kroku wysoką świątobliwość.

Od ludzi nie stronił, ale w mowie zawsze rozważny, płochego słowa nigdy nie wymówił; wobec niewiasty grzeczny, ale największą ostrożność zachowywał w ich towarzystwie. Unikał zbytniej poufałości nawet z mężczyznami: n. p gdy go chciałem serdecznie uścisnąć z okazji składania mu życzeń, wzdrygnął się wtedy dając tem poznać, że mu to sprawia przykrość.

Obowiązki swoje spełniał z ochotą, punktualnie, a że był zdolny i nigdy czasu nie tracił, więc i umiejętnie. Tak był praktycznym i tak się umiał orientować – a był to pierwszy rok jego pracy kapłańskiej – że nie zdarzyło mi się (opowiada tenże O. Karol), bym kiedykolwiek potrzebował zwracać mu uwagę na niestosowność postępowania, lub w czemkolwiek pouczać, chyba że sam poprosił o wyjaśnienie, jak w danym wypadku ma sobie postąpić.

Zawsze skupiony, a nie osowiały, zawsze cichy, skromny, pokorny, a przecie nie płaszczył się przed nikim. Czasu nigdy nie tracił: zawsze coś czytał, pisał, lub modlił się klęcząco w celi. Należał do Stowarzyszenia kapłańskiego adoracji Najśw. Sakramentu i z wielkim pietyzmem (pobożnością) regularnie odbywał co tydzień godzinę adoracji w kościele. Czynił to jednak zawsze tak oględnie, by na siebie nie zwrócić uwagi obu nas starszych kapłanów.

W czasie 10-ciomiesięcznej okupacji rosyjskiej wszystkie szkoły w parafji były przymusowo zamknięte. Do pierwszej spowiedzi i Komunji św. musieliśmy dzieci z całej parafji przygotowywać w Kościele. Od połowy marca do połowy maja zbierało się 150 dzieci na naukę przygotowawczą. O. Wenanty przerabiał z niemi główne prawdy Wiary św. od godziny 2 do 3 popołudniu, a po małej przerwie ja przygotowywałem te same dzieci szczegółowo do przyjęcia Sakramentu Pokuty. Zganiane z kilku wsi, chłopcy i dziewczęta, trudno było utrzymać w karności, zwłaszcza, że musiały w kościele stać w czasie lekcji. Była to praca nawet dla mnie zawodowego, emerytowanego katechety bardzo uciążliwa i denerwująca: chorowałem, też po niej poważnie miesiąc cały. Natomiast O. Wenanty czuł się tu jakby w swoim żywiole, nie skarżył się nigdy na dzieci, umiał je utrzymać w karności; nie widać też było na nim ani cienia znużenia lub zniechęcenia po takiej pracy.

Do kazań przygotowywał się sumiennie: każde miał napisane, dobrze opracowane, zastosowane do Ewangielji i do danych okoliczności. Głos miał stłumiony i nigdy się nie zapalał na ambonie, a jednak wszyscy go ochotnie go słuchali, gdyż treścią dobrze obmyślaną umiał trafić do serc słuchaczy.

Nigdy nie był przygnębionym, pochmurnym, ale też nie wybuchał wesołością. Nigdy się nie gniewał, niczem się nie zrażał, zawsze towarzyszyła mu pogoda umysłu i to umiarkowanie, w sposób właściwy duszom ściślej z Bogiem zjednoczonym.

Czy przy stole, czy w czasie wspólnej rekreacji, czy przy gościach: zawsze był zupełnie naturalnym, a przecież równocześnie tak niezwykłym, że śmiało mogę powiedzieć, iż w życiu mojem czterdziestoletniem w Zakonie poza O. Wenantym nie spotkałem tak wyrobionego charakteru, tak zrównoważonego zakonnika, choć znałem i wysoko ceniłem wielu naszych zacnych kapłanów.

To też każden, kto miał sposobność i szczęście zetknąć się znim i bliżej go poznać, musiał stwierdzić, że to kapłan według Serca Bożego, że to kandydat na świętego. Za takiego mieli go też wszyscy parafianie…

Tyle wypisałem z listu.

Prócz tego listu: mam notatki, porobione w czasie ustnych opowiadań obydwóch Ojców, którzy razem z O. Wenantym w Czyszkach pracowali.

– Strasznie pobożny! – zaczął swoje wspomnienie O. Egidjusz, z widocznem wzruszeniem w głosie. – Niewinna, bezgrzeszna dusza. Do posług tak skory, że nie można go było powstrzymać. Do chorych… – tu otwiera księgę wyjazdów – o, proszę popatrzeć: cały szpaler on! Bo tak chętnie jechał. Grasowały wtedy różne zaraźliwe choroby: czerwonka, choleryna – ludzie bardzo umierali: on nie bał się jeździć do zarażonych nigdy! Wprost wydzierał się, by jechać.

– O czystość kościoła i jego ozdobę – opowiada dalej – dbał bardzo i bardzo się cieszył gdy widział, że tercjarki kościół stroiły.

– Gdy zdarzyły się nieco swawolniejsze żarty, nie tylko że nie śmiał się z nich, ale nawet ulotnił się zaraz cichaczem.

– Bardzo ładnie przygotowywał dzieci do Sakramentów świętych: w kościele i poza kościołem.

A z opowiadań O. Karola, proboszcza, prócz powyżej umieszczonego listu, zaczerpnąłem jeszcze szczegółów parę:

– Właściwie parafję prowadził on, a tak gorliwie i zarazem umiejętnie, że nie pojmowałem, skąd w tym młodym, początkującym kapłanie tyle roztropności i doświadczenia, jakie przecie dopiero z wiekiem przychodzą.

– Kochał wszystkich i dla wszystkich był niewypowiedzianie życzliwy. Gdyby mógł czemkolwiek rozporządzać, byłby bardzo hojny!

– Nigdy nie narzekał, ze wszystkiego zawsze był głęboko zadowolony.

– Przełożona III Zakonu, wszedłszy raz do pustego kościoła, zastała go odprawiającego Drogę Krzyżową, chodź żadnych rekolekcyj wtedy nie było. Widok O. Wenantego obchodzącego nabożnie stacje tak na nią podziałał, że aż się rzewnie rozpłakała.

– Z miłości braterskiej gier się uczył, byśmy mogli się z kim rozerwać. Widzieliśmy dobrze, jaka to z jego strony ofiara!

– W ogóle starał się być nam we wszystkiem zewnętrznie podobny.

Tyle szczerze a pokornie proboszcz ówczesny, O. Karol.

Ja osobiście po dwakroć wtedy z O. Wenantym się spotkałem: raz zastałem go nauczającego dzieci katechizmu w kościele, a kościół był prawie pełny: podziwiałem wtedy posłuch u dziatwy, a u niego namaszczenie. –

Drugi raz: na plebanji. Wtedy miałem szczęście dłużej i swobodniej z nim porozmawiać, a pamiętam z tej rozmowy tylko tyle, com sobie ogólnikowo ponotował:

„Rozmowa ta jakąś nadprzyrodzoną świętością mnie owiała, chociaż tchnęła dziecięcą prostotą. Uszlachetniła mnie ona i otwarła szersze horyzonty i po powrocie do klasztoru ( we Lwowie) marzyłem tęskno: żeby też sobie tak jeszcze kiedyś z nim porozmawiać!”

To uczucie pierwszej onej rozmowy jeszcze dziś, po tylu latach, odgrzebać w sercu mogę: tylko w sercu, bo w pamięci zatarły się szczegóły wszystkie…

Byłem wtedy aspirantem. W parę tygodni potem miał się rozpocząć nasz nowicjat, a O. Wenanty został mianowany naszym Magistrem.

Parafjanie bardzo się smucili – kończy list swój O. Karol – gdy go dnia 23 sierpnia 1915 roku święte posłuszeństwo zakonne odwołało z Czyszek, aby mu, jako światłemu i w życiu zakonnem ugruntowanemu kapłanowi powierzyć wychowanie młodzieży naszej zakonnej w nowicjacie we Lwowie. Osobiście odczuwałem żal szczery po stracie takiego współpracownika, przeważała jednak we mnie radość, że kapłan tej miary i świątobliwości co O. Wenanty, nadaje się przed wszystkimi innymi Ojcami na kierownika naszej młodzieży zakonnej.

Reklamy