Tagi

, , ,

[Grodno, przed 1927]

   Było to w roku 1858.

 
W Lourdes, miasteczku położonym na stokach gór Pirenejów, poruszenie wielkie. Całe miasto mówi o zjawianiu się „pięknej Pani” w Grocie Massabielskiej z różańcem w ręku. To nikt inny tylko Matka Boska, twierdzili prawie wszyscy.

 
Ale i w tej mieścinie było grono liberałów, którzy uważali wszystko za bajkę, za wymysł Bernadety. Ks. proboszcz trzymał się z dala, ale władze świeckie kierujące się uprzedzeniami masońskimi postanowiły położyć temu kres. Pan Jacomet, sprytny komisarz policji miejscowej, był pewny, że przy pomocy swych policyjnych metod łatwo wykaże, iż wszystko jest tylko bajką; zawezwał więc Bernadetę do komisariatu policji, kazał jej usiąść i zapytał tonem prawdziwego przyjaciela:


– Podobno widujesz jakąś ładną panią w Grocie Massabielskiej, moja dzieweczko? Opowiedz mi wszystko.

 
Gdy te słowa wymawiał, drzwi z cicha się otworzyły i ktoś wszedł. Był to pan Estrade, poborca podatków niestałych, jeden z ludzi wybitniejszych i odznaczających się inteligencją swoją w Lourdes. Urzędnik ten zajmował część domu, w którym mieszkał Jacomet, a poznawszy po wrzawie zgromadzonego tłumu, że Bernadeta przyszła do komisarza, ciekawy był naturalnie przysłuchać się jej badaniu. – Był on wraz z Jacometem przekonany o szalbierstwie dziecka i dlatego wzruszał ramionami, gdy mu podawano inne tłumaczenia. Wydawało mu się to wszystko tak niedorzeczne, że nie raczył nawet pójść do Groty, aby obaczyć dziwy, o których opowiadano. Usiadłszy nieco na uboczu, dał znak komisarzowi, aby sobie nie przerywał. Na to wszystko Bernadeta zdawała się nie zwracać uwagi. Tak więc scena ta i rozmowa obu osób miała świadka.

 
Na pytanie pana Jacometa, dziecko podniosło na niego oczy, piękne niewinnością swoją i, mówiąc swoim językiem, to jest gwarą krajową, z pewnym odcieniem bojaźliwości, która dodawała jeszcze prawdy jej słowom, zaczęła opowiadać o nadzwyczajnych wypadkach, którymi żyła przez te ostatnie dni kilka.

 
Pan Jacomet słuchał jej z wielką uwagą, okazując najlepsze i najżyczliwsze swoje dla niej usposobienie. Od czasu do czasu rzucał parę notat na leżący przed nim papier. Dziewczę na to patrzało obojętnie.

 
Gdy skończyła swoje opowiadanie, komisarz policyjny, coraz bardziej słodki i ujmujący, począł jej stawiać pytanie po pytaniu, jakby te cuda Boże coraz bardziej podniecały jego pobożną ciekawość. Zapytania te zadawał raz po raz, bez żadnego porządku, w krótkich, pośpiesznie wymawianych słowach, aby nie dać dziewczęciu czasu do namysłu.

 
Bernadeta na wszystko odpowiadała bez najmniejszego zmieszania się lub wahania, ze spokojem osoby, którą byśmy rozpytywali o szczegóły krajobrazu, na który patrzy.

 
Czasem tylko, aby się dać lepiej zrozumieć, jakby na poparcie niedostatecznych wyrażeń swoich, dopomagała sobie jakimś wyrazistym naśladowczym ruchem.

 
Szybkie pióro pana Jacometa pisało po kolei wszystkie dane mu odpowiedzi. Zmęczywszy się w ten sposób umysł dziewczęcia i uwikławszy je w szereg drobiazgowych szczegółów, nieugięty komisarz policji przybrał nagle postać groźną i straszną, zmieniając od razu to mowi:
– Kłamiesz! – zawołał jakby pod wpływem nagłego gniewu – oszukujesz wszystkich; otóż jeśli nie wyznasz od razu całej prawdy, każę żandarmom ciebie aresztować!

 
Biedna Bernadeta była tak zdumiona na widok tej nieoczekiwanej zmiany frontu, jak gdyby trzymając w rękach prostą gałązkę, ujrzała nagle w palcach swoich wijące się zimne sploty węża. Zdumienie jej było połączone z odrazą i oburzeniem, ale wbrew przewidywaniom policjanta pewność jej nie zachwiała się wielce: pozostała spokojna, jakby jakaś niewidzialna moc podtrzymywała jej duszę w tym nieprzewidzianym strachu.

 
Jacomet powstał z krzesła, ze wzrokiem we drzwi utkwionym, jakby dla pokazania, że na dany znak wpadną żandarmi i wtrącą dzieweczkę do więzienia.

 
– Panie komisarzu – ozwała się Bernadeta z dziwnie spokojną stanowczością, która w tej biednej wiejskiej dziewczynce uderzała jakąś nieporównaną wielkością – może pan kazać żandarmom mnie uwięzić, ale ja nie mogę powiedzieć nic innego, jak to co powiedziałam, bo to prawda.

 
– Zaraz się o tym dowiemy – odparł komisarz siadając, przekonawszy się wprawnym okiem, że groźbą nie można nic wskórać z tym dzieckiem nadzwyczajnym.

 
Pan Estrade, niemy i bezstronny świadek tej sceny, doznawał z jednej strony zdumienia, w jakie do wprawiał ton głębokiego przekonania Bernadety, a z drugiej mimo woli podziwiał zręczną strategię Jacometa, której doniosłość coraz lepiej odczuwał w miarę tego, jak się przed nim rozwijała.

 
Walka między siłą połączoną z chytrością s słabością bezbronną dziecka nabierała niespodzianie zupełnie innych cech.

 
Jacomet jednak, opierając się na notatkach, które od trzech kwadransów spisywał, rozpoczął na nowo, ale w odmiennym porządku i używając tysiącznych zasadzek i chytrości, swoje badanie, lecz trzymał się zawsze metody zadawania niespodzianych i krótkich pytań, domagając się natychmiastowych odpowiedzi. Nie wątpił, że tym sposobem uda się mu wprowadzić dziewczynkę w sprzeczność z samą sobą, chociażby tylko w niektórych szczegółach. Gdyby się to stało, kuglarstwo byłoby dowiedzione, i on stawałby się panem położenia. Ale nadaremnie wysilał swój umysł w prowadzeniu tej delikatnej intrygi; dziewczę w niczym pochwycić się nie dało, ani na jotę nie przestało być zgodne ze swoim zeznaniem. Na te same zapytania, w jakichkolwiek stawiane formach, zawsze odpowiadała, jeśli nie tymi samymi słowami, to w każdym razie to samo i w tym samym sensie. Mimo to jednak pan Jacomet nie dawał za wygraną choćby dlatego, aby coraz bardziej znużyć umysł tej, którą chciał złapać na kłamstwie. W tym celu wykręcał na wszystkie strony opowiadanie Bernadety o objawieniach, lecz nie mógł w nim znaleźć najmniejszej skazy. Podobny był do zwierzęcia, które by chciało przegryźć diament.

 

 

– Dobrze – rzekł on na koniec do Bernadety – piszę zaraz protokół i przeczytam go tobie.

 
Tu pośpiesznie napisał dwie czy trzy stronice, zaglądając do swoich notatek. Umyślnie wprowadził w kilku miejscach warianty małej wagi, jak np.: szczegóły tyczące się kroju szaty Najświętszej Dziewicy, długości Jej zasłony, sposobu, w jaki się takowa układała. Było to nowe sidło, ale równie daremne jak wszystkie poprzednie. Za każdym nawet najlżejszym skażeniem prawdziwości jej opowiadania, które Jacomet odczytywał, zapytaując od czasu do czasu Bernadetę: – Nieprawdaż? To tak było? – dziewczynka odpowiadała skromnie, lecz z pełną prostoty stanowczością:

 
– Przepraszam, ja nie tak powiedziałam, ale tak.

 
I zaraz prostowała niedokładność w najdrobniejszym nawet odcieniu.

 
Pospolicie Jacomet protestował.

 
– Aleś ty to mówiła!… opowiedziałaś to w ten sposób kilku osobom w mieście… itp.

 
Bernadeta na to odpowiadała:

 
– Nie, ja tak nie mówiłam, ja nie mogłam tego powiedzieć, bo to nieprawda.

 
I w końcu komisarz policji zmuszony był zawsze ustąpić wobec zaprzeczań dziewczynki.

 
Dziwna w istocie była skromna, ale zarazem niezłomna pewność tej dzieweczki! Pan Estrade przypatrywał się jej z coraz bardziej wzrastającym zdumieniem.

 
Z natury swojej Bernadeta była bardzo nieśmiała i okazywała się taka: postawa jej wobec każdej nieznanej osoby była pokorna, a nawet jakby zmieszana; a jednak we wszystkim, co się tyczyło prawdziwości objawień w Grocie, okazywała niezwykłą siłę charakteru i stanowczość w twierdzeniu. Ilekroć chodziło o złożenie świadectwa o tym, co widziała, odpowiadała z dziwnym spokojem i pewnością. Jednak i wówczas łatwo było odgadnąć dziewiczą wstydliwość duszy, która wolałaby ukryć się przed oczami wszystkich, i widoczne było, że tylko przez przywiązanie do „Pani”, objawiającej się w Grocie, przezwyciężała zwykłą swoją nieśmiałość. Tylko silne poczucie swego powołania mogło ją skłonić do pokonania swojej natury we wszystkim innym bojaźliwej i nie lubiącej rozgłosu.

 
Tu pan Jacomet znowu się uciekł do groźby:

 
– jeśli jeszcze chodzić będziesz do Groty, każę cię zamknąć w więzieniu i nie wyjdziesz stąd, dopóki mi nie obiecasz, że tam nie wrócisz.
– Dałam obietnicę objawiającej się Pani, że będę tam przychodziła, odparło dziewczę, i skoro nadchodzi godzina, czuję w sobie coś, co mnie woła i jakby popycha.

 
Badanie, jak widzimy, zbliżało się do końca. Trwało ono przeszło godzinę. Tłum ludzi, stojący na ulicy, z niecierpliwością oczekiwał wyjścia dzieweczki, którą tegoż ranka widział opromienioną światłem niebiańskiego zachwytu. Z pokoju, w którym toczyła się rozmowa przez nas opowiedziana, słychać było zgiełk głosów, krzyków, nawoływań, z których się składa szmer wzburzonego tłumu. Zgiełk ten zwiększał się i coraz groźniejszy się stawał. Naraz powstał w tłumie nowy ruch, znamionujący przybycie kogoś dawno oczekiwanego i pożądanego.
Jednocześnie prawie dało się słyszeć gwałtowne kołatanie do drzwi domu policyjnego.

 
Komisarz nie zdawał się na to zwracać uwagi. Kołatanie nie ustawało, a jednocześnie ktoś trząsł drzwiami i próbował je wywalić. Zniecierpliwiony pan Jacomet wstał i podszedł otworzyć:

 
– Tu wchodzić nie wolno – rzekł z gniewem. – Czego chcecie ode mnie?

 
– Chcę mojej córki – odparł młynarz Soubirous, wchodząc przemocą do środka i idąc za komisarzem do pokoju, w którym znajdowała się Bernadeta.

 
Widok spokojnej twarzy córki uśmierzył wzburzenie ojca i odtąd stał się on prostym człowiekiem z ludu, trochę nieśmiałym wobec urzędnika, który pomimo niewysokiego stanowiska, jakie zajmował, był jednak, dzięki energii i sprytowi swemu, osobą najważniejszą i najbardziej imponującą w okolicy.

 
Franciszek Soubirous zdął był z głowy czapkę i miał ją w swoich rękach. Jacomet, którego uwagi nic ujść nie mogło, odgadł w młynarzu uczucie strachu, a przybrawszy ton poufałości i politowania, poklepał go po ramieniu.

 
– Miej się na baczności, ojcze Soubirous. Córka twoja włazi w niedobrą sprawę, wchodzi na drogę, która do więzienia prowadzi. Tym razem jej tam nie wtrącę, ale pod warunkiem, że jej zabronisz chodzić do Groty, gdzie zgrywa komedię. Za pierwszym przekroczeniem tego zakazu będę nieugięty; a wiecie dobrze, że pan prokurator cesarski żartować w tych razach nie lubi.

 
– Kiedy pan tego wymaga, panie Jacomet – odparł przestraszony ojciec rodziny – zabronię jej tego i moja żona także. Była nam ona zawsze posłuszna, z pewnością więc do Groty nie pójdzie.

 
– W każdym razie, jeżeli nie usłucha i końca zgorszeniu nie będzie, nie tylko ona, ale i wy odpowiadać będziecie – rzekł w końcu straszny policjant, przybierając na nowo groźną postawę i dając mu znak do wyjścia.

 
Gdy Bernadeta i ojciec jej ukazali się we drzwiach, w zebranych tłumie ozwał się okrzyk zadowolenia; dziewczę wróciło do siebie i ludzie rozeszli się powoli po mieści.

 
Bernadeta mimo nakazów porwana niewidzialną siła znowu poszła do Groty.

 
Dnia 23 lutego Niepokalana jej rzekła: „A teraz, moje dziecko, idź i powiedz księżom, że chcę, aby mi tu kaplicę wzniesiono”. I gdy te słowa wymawiała, Jej wejrzenie i postawa zdawały się zapowiadać szereg niezliczonych łask, jakimi ludzi obdarzać tu miała. I powstała obszerna bazylika, i posypały się obfite zdroje łask, nawróceń i uzdrowień.

 

O. Maksymilian M-a Kolbe

Pisma, cz. II, Niepokalanów 2008, str. 439-442.

Reklamy