Tagi

, , , , ,

kto o wszystko się troszczy, tylko nie o religię, o tę religię, w której może się narodził i wychował, a którą co najwyżej poznaje z pism obozu nieprzyjacielskiego, ten zaniedbuje najważniejszego swego obowiązku, temu słusznie zarzucamy ignorancyę zawinioną,

kto o wszystko się troszczy, tylko nie o religię, o tę religię, w której może się narodził i wychował, a którą co najwyżej poznaje z pism obozu nieprzyjacielskiego, ten zaniedbuje najważniejszego swego obowiązku, temu słusznie zarzucamy ignorancyę zawinioną,

2.

          Bardzo rozpowszechnionem jest dziś mniemanie, że błąd nie jest zawinionym, że nikt nie jest odpowiedzialnym za ignorancyę religijną. Mniemanie to w swej ogólności wzięte jest niedorzeczne, gdyż zapoznaje, do jakiego stopnia poznanie wpływowi woli podlega. Poznaliśmy już wyżej, że wprawdzie nie każda niewiadomość jest zawinioną, ale podaliśmy też warunki, w których ona staje się dobrowolną i poczytalną; zobaczmy teraz, mając na oku specyalnie stosunek rozumu do prawd religijnych, kiedy ich ignorowanie jest dobrowolne i karygodne.

 

Poczytalność jest to właściwość pewnej czynności, mocą której może i musi być ona przypisana człowiekowi jako swemu twórcy i panu; sprawia ona, że człowiek działający może być pociągnięty do odpowiedzialności za samą czynność i jej skutki. Poczytalnym więc może być tylko akt dobrowolny. Ażeby przeto niewiadomość była poczytalną, musi być dobrowolną, to znaczy taką, którą możnaby usunąć; ażeby nadto stanowiła winę, musi być zaniedbaniem poznanego obowiązku usunięcia jej czyli poznania prawdy ignorowanej. Otóż ażeby módz twierdzić, że ignorancya religijna, stanowiąca źródło niewiary, jest zawinioną, że ze złej woli pochodzi, przeto jest karygodną, należy odnośnie do tych, którym zarzut takiej ignorancyi się czyni, upewnić się o następujących premissach:

 

 

 

  1. a) że prawdy religijne łatwo przez nich poznane być mogą;
  2. b) że istnieje obowiązek ich poznania;
  3. c) że ten obowiązek trudno ignorować. Nie trudną jest rzeczą wykazać prawdziwość tych przesłanek. Albowiem:

Ad a) Jest pewnikiem filozoficznym i teologicznym, że poznanie prawd religijnych jest łatwe: każdy człowiek z łatwością poznać może Boga jako początek i koniec wszystkiego stworzenia, w szczególności Boski początek religii chrześcijańskiej jest faktem, który trudno ignorować, który pewno i łatwo tam, gdzie wieść o nim doszła, poznanym być może[1].

 

Do tego poznania wyzywa wszystkich religia chrześcijańska, która będąc prawdziwą, nie lęka się światła, jak inne religie, lęka się jedynie ciemnoty i nieuctwa, według słów Tertuliana: »Żądamy tylko, byście najpierw się pouczyli, wysłuchali racyi naszych, zanim nas potępicie[2]; dlatego za przykładem Chrystusa Pana domaga się tego, by ją zbadano, wyzywa wszystkich, by poznali, czy jest z ludzi, czy z Boga.

 

 

Ad b) Oczywistą jest rzeczą, że każdy człowiek ma obowiązek poznać prawdę, wyrażającą zadanie i cel życia ludzkiego, streszczającą warunki spełnienia tego zadania i osiągnięcia tego celu. Tą prawdą jest prawda religijna; więc człowiek jest obowiązany szukać prawdziwej religii, badać prawdziwość swoich przekonań, poznać prawdę i jej się poddać. Od notaryusza żąda się znajomości prawnych formalności, od adwokata znajomości prawa, od lekarza znajomości medycyny, od oficera znajomości spraw wojskowych, a dlaczego? bo to stanowi o ich wartości, o ich powodzeniu i losie. Więc słusznie i od człowieka, chrześcijanina, katolika domagać się można, by znał swoją religię i by ją wpierw zbadał, zanim przeciw niej powstaje. Nawet do tych, którzy już wierzą, stosuje św. Piotr upomnienie: »Zawżdy gotowymi będąc ku dosyć uczynieniu każdemu domagającemu się od was sprawy o tej nadziei, która w nas jest«[3], to znaczy: bądźcie zawsze gotowi zdać sprawę z pobudek wiary waszej, która wam każe spodziewać się dóbr niebieskich; i na świeckich ludziach cięży obowiązek, aby fundamenta wiary jak najgruntowniej starali się poznać, nie tylko dla własnego w niej utwierdzenia, ale także dla bronienia jej wobec innych. Jeżeli takiej oświeconej wiary wymaga się od człowieka już wierzącego, to tembardziej koniecznem jest poznanie prawdy religijnej dla ludzi, którzy są jej jeszcze pozbawieni. Stopień tego poznania musi odpowiadać stopniowi zdolności. Samo nawet prawdopodobieństwo życia przyszłego powinno już człowieka zreflektować i nakłonić do jak najsumienniejszego nad niem zastanowienia jeżeli nie chce się narazić na niebezpieczeństwo największego nieszczęścia[4].

 

 

Ad c) Obowiązek, o którym mówimy, jest oczywisty, czyli niemożliwą jest rzeczą, bona fide go ignorować; każdy więc człowiek umysłowo rozwinięty ma poczucie tego obowiązku. Dowodzić tej prawdy jest rzeczą zbyteczną, wynika ona bowiem z Mądrości i Dobroci Boga, pragnącego wszystkich zbawić, wynika z godności natury ludzkiej, która w przeciwnym razie w gorszem byłaby położeniu, niż zwierzęta, bo pozbawioną środka niezbędnego do osiągnięcia celu swego; wynika zresztą z możliwości pewnego i łatwego poznania Boga, wszystkim ludziom dostępnego, z którem to poznaniem samo przez się łączy się poznanie wspomnianego obowiązku.

 

 

 

Jeżeli więc religię prawdziwą łatwo poznać można, bo i sama prawie każdemu się narzuca; jeżeli człowiek obowiązany jest poznać prawdę religijną; jeżeli wreszcie każdy człowiek świadom jest tego obowiązku: to wynika stąd z jednej strony, że człowiekowi, idącemu za głosem tego obowiązku, choćby dla braku środków w zamierzonem poznaniu zbłądził, nie będzie niewiadomość ta jego za winę mu poczytana[5]; z drugiej jednak strony człowiek, który w jakimkolwiek stopniu zetknął się i zapoznał z prawdą religijną, a nie chce seryo

 

 

i szczerze chwycić się środków, jakimi w celu dostatecznego poznania prawdy rozporządza, zaniedbuje najważniejszy swój obowiązek i zasługuje na wyrok potępiający. Możliwą więc jest rzeczą od spełnienia tego obowiązku się uchylić, a tak zgrzeszyć mogą ci, którzy nic nie wiedzą o religii chrześcijańskiej, jak i ci, którzy o niej słyszeli; można powtóre do tej ignorancyi dojść przez zaniedbanie i zapomnienie wiadomości raz nabytych, i to rozmyślnie albo przez różne grzechy. W tych wypadkach ignorancya nie może być niedobrowolną, ale jest malae fidei, dobrowolną, rozmyślną, a więc poczytalną.

 

 

3.

 

Doświadczenie, wykazujące pobudki, dla których człowiek nie szuka światła prawdy religijnej, potwierdza, że niewiadomość religijna jest rozmyślną, pod wpływem woli wytworzoną. Oto bowiem ignorancya religijna, jak uczy doświadczenie, ma przyczyny etyczne. Niewiara jest czemś bardzo skomplikowanem, wszystkie władze duszy w niej uczestniczą, jak to coraz lepiej poznamy. Przypatrzmy się bardzo zwykłemu stanowi wewnętrznemu, w jakim zazwyczaj dusza człowieka niewierzącego się znajduje. Mamy na myśli lekkomyślność życia całego, rozprószenie myśli, obojętność względem religii. Cóż bowiem przeważnie robią ci, którzy nie wierzą? Jakie jest ich usposobienie względem zagadnień poważniejszych? »Nie miłujcie świata, ani tego, co jest na świecie… Albowiem wszystko, co jest na świecie, jest pożądliwość ciała, i pożądliwość oczu i pycha żywota«[6].

 

 

Wyrazem »świat« oznacza Pismo święte ludzkość w stanie, w który pogrążył ją upadek pierwszych rodziców i grzechy ich potomków; ogólne cechy tego stanu, to zamącenie rozumu, osłabienie woli, przewaga niższych pożądliwości i namiętności nad wyższemi władzami umysłu, sprzeczność ducha i ciała, które lgnie do rzeczy widzialnych i znikomych, i odciąga ducha od niewidzialnych i wiecznych. Ten świat zawsze istnieje, bo istnieje potrójna pożądliwość przez apostoła wskazana. Zmysłowe rozkosze, dostatki, zaszczyty, czy nie jest to jedynym przedmiotem marzeń, pragnień i umiłowań wielkiej ilości niewierzących? Interesa materyalne pochłaniają ich zupełnie, jedyną ich troską dać sobie radę w świecie, nasycić się jego uciechami i dostatkami, wspiąć się ponad innych, zwrócić na siebie powszechną uwagę. Życie obecne jest dla nich wszystkiem, ich wzrok nie wzniesie się ponad ciasny horyzont tej ziemi, o życie przyszłe się nie troszczą, to jest czynnik, którego wcale w rachubę nie biorą, chociaż mu może nie przeczą. Tryb ich życia codziennego zawsze jednaki, płaski; miłują się może w sztukach pięknych, w umiejętnościach przyrodniczych, zajmują się polityką, ale przeważnie szukają rozrywki zmysły łechcącej. Czują wstręt do zajęcia się prawdą ważniejszą, poważnem badaniem, gruntownem studyum, gazeta ich jedyną informacyą i wyrocznią w najważniejszych rzeczach, dlatego umysł ich płytki lada pozorem zarzutu od wiary się odwraca.

 

»Dzisiejsi czytelnicy są nie od myślenia, lecz od czytania. Bo i gdzież tu znaleść czas na myślenie wobec tej powodzi drukowanego słowa, przelewającej się nieustannie przez strudzone nasze głowy? Wobec tego nic nie pozostaje, jak tylko czytać, czytać i czytać, osobliwie pisma czasowe, stanowiące główny i najbardziej rozgałęziony system kanałów i kanalików, którymi niewyczerpane masy wody literackiej napływają wciąż do umysłów ludzkich. Jeśli wśród tych wodnistych potoków znajdzie się niespodzianie jakiś strumień wyborowego wina, pełnego treści pożywnej, to któż będzie miał czas i możność, aby go rozpoznać ? Zostanie on pochłonięty przez organizm duchowy czytelnika, który ani smaku jego nie poczuje, ani dobroczynnych jego skutków nie będzie mógł doznać i dalej chłonąć będzie napływające wciąż bez miary i końca świeże potoki wody dziennikarskiej«[7].

 

 

Brak myślenia, skupienia myśli, to bardzo rozpowszechniona choroba. Ludzie żyją i starają się żyć w ustawicznem rozprószeniu, które jest poniekąd nałogiem, skłaniającym człowieka do tego, by wyszedł z siebie, wymijał siebie, uciekał przed sobą. Dlatego życie staje się gorączkową mieszaniną zajęć i rozrywek. »Dziwna, a mało badana dotąd rzecz, jak niesłychane ma znaczenie w tym względzie suggestya społeczna. W Paryżu naprzykład, bywam spokojniejszy, nietylko dlatego, że mnie ten młyn ogłusza, że kipię razem z tym wrzątkiem, że mi serce i głowę zajmują moje »godziny sali«, ale że tam ludzie, nie zdając sobie może sprawy, żyją tak, jakby każdy miał wszelką pewność, że w to życie warto jest włożyć wszystkie siły, bo po za niem jest tylko proces chemiczny. I puls mój poczyna bić razem z tym pulsem i nastrajam się zgodnie do tego nastroju. Bawię się lub nudzę, biję lub jestem bity, ale mam względny spokój«[8]. Ludzie nie umieją i nie chcą być sami ze sobą, nie znoszą towarzystwa własnego, ciągle oglądają się za zajęciem myśli i uczuć swoich, bo gdy są w stanie zupełnego spokoju i swobody, wtedy odczuwają próżnię serca swego i nędzę swoją; serce bowiem szuka pokarmu, któryby jego rozmiary wypełnił, a oni odwracają się od tego jedynego przedmiotu, który jest nieskończonym, tak jak nieskończoną jest dążność serca ludzkiego. Tak przechodzi człowiek przez to życie, sam sobie obcy, i stąd pochodzi wszystko złe, stąd gra, zbytek, rozwiązłość, zapomnienie o sobie i o Bogu, stąd zapomnienie o rozstrzygającej ważności życia doczesnego, o niepowetowanej szkodzie, jaka z podobnej lekkomyślności w życiu przyszłem powstać może, o znikomości uciech światowych, które serca ludzkiego nasycić nie są w stanie. Oto poniżenie prawdziwej godności osobistej, obniżenie wartości człowieka.

 

 

Trafnie kreśli ten stan odurzenia, snu letargicznego, Bougaud: »Młodzieniec zaprzeczył wszystkiemu, wszystko odrzucił z gorączką, z niedoświadczeniem młodości. Nie poświęcił ani godziny czasu temu, w co Bossuet, Pascal, Fenelon, Kartezyusz, Newton, Leibnitz, uwierzyli po najściślejszym rozbiorze, co było przedmiotem ich ciągłych rozmyślań. Zaprzeczył wszystkiemu — cóż uczyni teraz? Czy cofnie ten czyn nierozsądny? Czy wiara wyrozumowana zastąpi naiwną wiarę dziecięctwa? On, który dawniej wierzył na słowo matki, czy będzie teraz uczył się, badał, zgłębiał kwestyę religijną i podniesie wiarę swoją do wysokości nauki? Czy, jak Kartezyusz, poto tylko uczynił pustkę, aby odbudowywać? O za piękneby to było! ale też nie tak się dzieje. Nie wzniesie on nic — nie czuje nawet potrzeby odbudowywania. Chwytają go i pochłaniają sprawy życiowe, po nich rozrywki i namiętności. Tak przeżyje lat dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści; przez cały ten czas nie będzie nic twierdził, niczemu przeczył, bo ma co innego do roboty, niż rozmyślanie o Bogu.

 

 

Widzieliście, co następuje w pewnych cierpieniach? Po silnej gorączce, chory wpada w rodzaj snu letargicznego. Organizm jego już nie działa. Nie widzi on, nie słyszy — śpi… Nie pytajcie go już, czy czuje jeszcze w sobie ten wieczny głód umysłu i serca, to święte pragnienie Boga, ten głęboki wstręt do rzeczy przemijających, nieprzeparty do nieskończoności pociąg; słuchałby was, nierozumiejąc; wszelki zapał, wszelki poryw wyższy zagasł w nim, nie obchodzi go nawet straszne i wzniosłe zagadnienie przyszłości; żyje teraźniejszością, z dnia na dzień, jeżeli to życiem nazwać można; śpi… Dziwne to jest. Bo wreszcie przeciw podobnemu życiu przemawiają rozum, sumienie, rozsądek, głos wieków wszystkich. Zawsze i wszędzie ludzkość wierzyła w Boga, miała w Nim nadzieję, czciła Go, utrzymywała z Bogiem związek żywy, ciągły stosunek, czerpiąc stąd siłę. A wam, którzy nie wierzycie, nie czcicie, nie modlicie się nigdy, żadnego z Bogiem nie macie związku, co mam powiedzieć, jeśli nie to, że się z ludzkości wykluczacie?«[9].

 

 

Tak to życie przeżyte w nieustannem rozprószeniu sprawia, że się nawet nie myśli o tem, by poświęcić swoją uwagę religii. Postęp w poznaniu religijnem nie idzie w parze z postępem innych umiejętności. A jestto przecież rzeczą tak łatwą. Prawdy wiary nie trudne do poznania, katechizm kilkucentowy jest ich krótkiem streszczeniem; ale iluż go ma, ilu go czyta, ilu go umie dokładnie? Ludzie nie chcą szukać światła tam, gdzie je ujrzeć można, nie chcą poradzić się w swych wątpliwościach u tego, kto na to postanowiony i upoważniony. Czy może w tem jest coś poniżającego? Kto ma spór prawny, nie idzie z nim do aptekarza, ale do adwokata; kto chory, nie radzi się profesora agronomii; kto chce się zoryentować w kwestyach militarnych, nie udaje się do rzemieślnika: czyż więc rozum i sumienie nie każą udać się po pewną i prawdziwą informacyę tam, gdzie można prawdę usłyszeć i gdzie chcą tej prawdy udzielić. Kto tego nie czyni, kto o wszystko się troszczy, tylko nie o religię, o tę religię, w której może się narodził i wychował, a którą co najwyżej poznaje z pism obozu nieprzyjacielskiego, ten zaniedbuje najważniejszego swego obowiązku, temu słusznie zarzucamy ignorancyę zawinioną, bo on pozostaje w nieświadomości dotyczącej rzeczy, którą wiedzieć można i którą poznać się powinno, która nie powinna zejść z porządku dziennego rozmyślań, upodobań, dyskusyi.

 

 

Zrozumieli dobrze wpływ zgubny ignorancyi ludzie, nawołujący wszystkich do pracy w kierunku nabycia prawdy. Tak pisze Henryk Struwe: »Nie można dość często ani dość energicznie nawoływać każdego myślącego, aby zdał sobie sumienną sprawę ze swych poglądów na świat i życie, a nie ulegał ślepo tym lub owym prądom, które przypadkowo na niego oddziaływują. Przecież nietrudno zrozumieć, że bezpośrednia dążność do urzeczywistnienia celów życiowych, przy największym nawet wysiłku, nie może odnieść pożądanego skutku, uszczęśliwić człowieka, gdy nie ma za sobą prawdy, nie opiera się na zrozumieniu istotnego porządku świata, lecz wypływa bądź z mętnych, bądź z błędnych poglądów na świat i nasz stosunek do niego. Prawda jedynie wskazuje nam drogę do wyzwolenia się z pod panowania złego, w najrozmaitszem znaczeniu tego słowa. Lecz prawda staje się naszym udziałem tylko przy pomocy sumiennej pracy myśli… Do prawd najdonioślejszych w życiu ludzkiem, określających bezpośrednio warunki zadowolenia człowieka z samego siebie, a więc i jego prawdziwego, bo wewnętrznego szczęścia, należą niewątpliwie prawdy moralne, stanowiące przedmiot nauki, zwanej etyką… Dlatego właśnie rozpatrzenie zasadniczych danych etyki… jest jednem z najpoważniejszych zadań myślącego człowieka; obowiązkiem każdego, kto nie chce działać w życiu bezmyślnie«[10].

 

 

Profesor Ehrhard stawia dziwne może na pierwszy rzut oka żądanie, ażeby i laicy studyum teologii uprawiali[11]. Dziwi niejednego może to żądanie, bo utarło się mniemanie, że tak jak naprzykład medycyna jest tylko dla lekarzy, tak teologia jest tylko wykształceniem zawodowem, potrzebnem dla teologa z fachu; a przecież religia, to zawód, który wszyscy uprawiać muszą. Jeżeli jednak głębsze wnikanie w prawdy religijne nie każdemu jest możliwie, to »nic mylniejszego i nic szkodliwszego nad takie mniemanie, że katechizm jest tylko dla dzieci… Katechizm musi stać się codziennym chlebem wszystkich dzieci Bożych, wielkich i małych. Musi leżeć ciągle na stole urzędnika i uczonego, publicysty i adwokata, aby go zawsze mieli pod ręką… Każdy katolik, który kocha swą duszę, ma czytać katechizm… jak długo żyje i powinien spowiadać się z tego, jeśli nie czyni tak, chociaż katechizmu nie umie. Niech nikt sobie nie wyobraża, że za wysoko postawiony na świeczniku nauk świeckich, aby jeszcze miał czytać katechizm… Jest to najgłębszy traktat filozoficzny, któryby w zachwyt był wprawił mędrców starego świata; jestto najlepszy poradnik wychowawczy i obywatelski, wskazujący jedynie pewną i skuteczną drogę do wykształcenia umysłu i serca, aby życia użyć dobrze dla siebie i drugich, na czas i wieczność«[12].

 

 

Posłuchajmy jeszcze słów księdza Arcybiskupa Teodorowicza[13]:

 

 

»Rozświetlajcie prawdy Waszej wiary! Jakże wietrzeje szybko ta pobieżna tylko ich znajomość, ze szkolnej wyniesiona ławy! A jak raz po raz zewsząd uderzają na umysł p o- wiewy niewiary; tu z jakiejś powieści, tu w jakim dzienniku zdarzenie z pewnym domyślnikiem, tu towarzyska zabawa, tu wpływ zaufanego przyjaciela, słowem zewsząd i wszędzie podchodzi jakaś kwestya religijna, może nawet nie podana jasno wątpliwość, może tylko połowicznie wyjaśniona, może nawet stojąca przed forum umysłu bez tej pretensji, by zaraz znalazł na nią jasną odprawę, przyjął ją lub odrzucił.

»Lecz te wszystkie półuświadomione kwestye działają jednak na myśl naszą, choć nawet jasnych sądów jej nie wywołują. I atmosfera wieku sceptycznego oddziaływa na prawdy religijne w podobny sposób, jak nieraz na serce działa poddawanie sądu nieżyczliwego o jakiejś osobie, choćby ten sąd jawnego nie zawierał oskarżenia, ale tylko pewną niechęcią zaprawiał duszę.

 

»I oto niektóre prawdy, choć z umysłu nie zostają wygnane, jednak pewnym kirem się przysłaniają; inne, choć nie otwarcie zaprzeczone, jednak w wątpliwość podane; i jak przez brak ciągle troskliwego gospodarza i ciągłych odnowień dom choćby najlepszy się porysuje, podobnie i wierzenia nasze religijne, nie rozjaśniane raz po raz, pod wpływem tych niepochwytnych, nieujętych prądów poczynają się rysować, rozpadać, wietrzeją nawet zupełnie,, tak, że z poetą powtórzyć można: »Nie wiem, gdzie moja podziała się wiara«.

 

 

»Jakże więc potrzeba Wam tego pilnego uświadamiania zasad świętej wiary, która się nie lęka żadnych zarzutów, bo je wszystkie przetrwała; lęka się tylko jednego — ignorancyi.

Wiara woła tedy przedewszystkiem do Was: »Poznaj mnie!«

»Do mego poznania włóż przynajmniej tyle usilności, ile wkładasz, naprzykład, w jaką sporną sprawę, którą z kimś toczysz. Jakże wtedy akta trutynujesz, jakże się lękasz, by jakiś szczegół ważny nie uszedł twej świadomości, jakże ten lęk przegranej popycha twe serce, a ono znowu umysł, by więcej i więcej miał światła. Czyż tylko, gdy chodzi o wieczność, tam jedynie

 

można lekkomyślnem sercem powiedzieć sobie: Nie wiem; mniejsza o to, jak proces ostateczny o duszę mą wyjdzie; nie wiem i nie znam celu, nie znam też dróg do niego prowadzących, ale to bagatela?«

 

 

 

O źródłach niewiary, ks. Dr. Jan Żukowski, Lwów 1903, str. 122-136.

 

[1] Por. wyż. str. 44. 56.

[2] »Hoc unum gestit, ne ignorata damnetur«. Apologet. init. Por. Żukowski, De cert. revel. p. 112 sq. et opp. ibi. cit

[3] 1. Piotr. III, 15.

[4] Por. wyż. str. 69. Por. Żukowski 1. c. p. 126—132; p. 140—144.

[5] Por. Jan. IX, 41.

[6] 1. Jana II, 15 sq. Cf. S. Thomas, Summa I. II. q. 77. a. 5; q. 108. a. 3. ad 4.

[7] Gostomski dz. przyt. str. XVI sq; por. Hello j. w. str. 41 sq.

[8] Bez dogmatu I. str. 37.

[9] Chrystyanizm I. p. 114—118. Por. Nicolas, Kunst des Glaubens (deutsch v. Plifke, Regensburg, Manz 1867) I. 3. 170—172.

[10] Zasadniczy charakter etyki jako nauki. Przegląd powsz, 1902. VI. str. 335 sq.

[11] Der Katholicismus S. 380—386.

[12] List pasterski ks. Arcybiskupa Bilczewskiego w uroczystość św. Jana Kantego r. 1901.

[13] List pasterski j. w.

Reklamy