Tagi

, , , ,

jeśli przyjdą i zobaczą nas na modlitwie w kaplicy, to i sami się pomodlą i się jeszcze pospowiadają – mówił z pewnością w głosie.

jeśli przyjdą i zobaczą nas na modlitwie w kaplicy, to i sami się pomodlą i się jeszcze pospowiadają – mówił z pewnością w głosie.

ANIOŁ POCIESZYCIEL LUDU.

Uroczyste śluby zakonne złożył Wenanty w uroczystość Niepokalanego Poczęcia N. M. P. roku 1912, a święcenia kapłańskie otrzymał dnia 2 czerwca 1914 roku. Pierwszą Mszę św. odprawił dnia następnego w kaplicy Matki Bożej Bolesnej „Smętnej Dobrodziejki” przed cudownym Jej obrazem.

– Mam przyjąć święcenia kapłańskie – pisał do rodziny na pół roku przedtem. – Obym je przyjął jak najgodniej! Proście ze mną o to Pana Boga, żebym, jeżeli mam zostać kapłanem, był dobrym i świątobliwym kapłanem.

Jakoż od pierwszej chwili do ostatniej w życiu swojem kapłańskiem był naprawdę kapłanem dobrym i świątobliwym.


Wtedy to po raz pierwszy z nim się spotkałem. Przybyło do Lwowa nowowyświęconych Ojców kilku. Wszyscy bardzo nabożnie Msze święte odprawiali, ale O. Wenanty najpobożniej: skupiony był, jakby dusza jego wyszła z ciała i gdzieś podążyła za Bogiem swoim… Poczułem odrazu serdeczną chęć zbliżenia się do tego nabożnego kapłana i porozmawiania z nim, zasięgnięcia duchowej rady – ale nim zdołałem to uczynić, już O. Wenanty odjechał, aby swej rodzinnej wiosce i jej mieszkańcom ponieść prymicyjne błogosławieństwo.

Nie przypuszczał zapewne, jak bardzo tego błogosławieństwa było tam potrzeba! Ledwie bowiem do Obydowa zawitał – wybuchła między Austrją a Rosją wojna, która miała rychło rozgorzeć w straszną, niszczycielską pożogę, zalewającą krwią i łzami całą prawie Europę i dalej pójść jeszcze… Przez ciche, jakoby ukołysane snem pokoju wioski przelewać się zaczęły wojska austryjackie, wpierw na front, a potem od frontu, szukając ratunku w ucieczce: moskal bowiem nastawał.

Nim jednak wojska austryjackie opuściły Obydów i Kamionkę, zdążyły wpierw zasiać między ludność miejscową tyle strasznych plotek o podchodzącym nieprzyjacielu, że wszystko co żyło, przejęte strachem, ładowało dobytek cały na furmanki i uciekało.

Dokąd? 3a

– Do Różanki! wszyscy do Różanki!

Tam miało być bezpiecznej.

Takie to chwile przeżywała wioska O. Wenantego, gdy on, jako dopiero wyświęcony kapłan, z pierwszą Mszą św. tam zawitał…

Jak się wobec tych wypadków zachował?

– Był aniołem pocieszycielem ludu! – świadczy stryj jego Franciszek Katarzyniec, a za nim wtórują inni:

– Aniołem i pocieszycielem ludu był!3

Przedewszystkiem uspokajał lud wieśniaczy:

– Nie tacy straszni są moskale, jak wam się wydaje i jak wam naopowiadano! – pocieszał – Nie pomordują was i jeszcze, zobaczycie, że przyjdą do naszej kapliczki do spowiedzi!

Mówił tak w Różance, gdzie dla ludu Msze święte odprawiał.

Wina mszalnego miał jeszcze trochę, na parę dni przy oszczędnem użyciu – hostje zaś wypiekał sobie z pszennej mąki sam. Byle lud wierny nie był pozbawiony Bezkrwawej Ofiary, a własne jego serce tej mocy, jaką Chleb eucharystyczny daje…

Wszystko garnęło się do niego.2a

Nastał poranek: czas było na Mszę świętą.

– Kozacy już blisko!… lada chwila wpadną i nas wszystkich pobiją!…

– Uciekajmy dalej jeszcze!…

Takie podnosiły się nierozważne głosy.

O. Wenanty z trudem zdołał wszystko uciszyć. A gdy krzyk i płacze nieco przycichły, obwieścił jak mógł najdonioślej:

– Nie uciekajcie stąd, bo was nie pobiją! Pójdźmy raczej do kaplicy na Mszę św.: jeśli przyjdą i zobaczą nas na modlitwie w kaplicy, to i sami się pomodlą i się jeszcze pospowiadają – mówił z pewnością w głosie.

– A jak pobiją? – odzywały się uporczywe głosy.2

– To pójdziemy wszyscy do nieba – pocieszał i z tej strony.

A tak głęboko wniknęły w serca ludu męskie jego i kapłańskie słowa, że tłum podążył za nim – dla wysłuchania Mszy św. w kaplicy.

Garnęli się też do Sakramentów świętych, aby w razie mordów naprawdę dostać się do nieba… A on gorliwie i radośnie spowiadał i Ciałem Pańskiem obdzielał…

Przezornie wtedy napiekł opłatków też więcej…

Nagle wpadły do wsi wojska rosyjskie. A ponieważ znalazła się wśród nich spora liczba polaków, tedy… oblegli konfesjonał O. Wenantego – ci straszni i okrutni kozacy! – i nabożnie spowiadali się, a kto był naczczo do Stołu Pańskiego przystępował.

Lud patrzał na to zdumiony i – zbudowany.

– Nie mówiłem wam, że się pospowiadają? – mówił O. Wenanty, ukończywszy mozolną, ale przesłodką pracę. – A wyście powiadali, że was pobiją!

Jeszcze bardziej teraz tuliło się wszystko do niego.

Tak więc na pocieszaniu ludu i niesieniu mu wszelkiej pomocy przebył O. Wenanty w rodzinnych stronach swoich długie trzy tygodnie.

Wydawały mu się długiemi, bo tęsknił za klasztorem. Ten porządek… dzwonek… klauzura… święte posłuszeństwo… Widział, że coraz mniej jest tu koniecznym, ludność się uspokaja, do kościoła dostęp otwarty, wszystko wraca do normalnego trybu życia – Postanowił tedy nie zwlekać, ale co rychlej przedostać się do Lwowa.

Lecz jak? Co prawda i Lwów wpadł świeżo w ręce moskiewskie; wszystko to było jednak niepewne, zmienne…

Zresztą koleje nie przewoziły nic prócz wojska, amunicji i prowiantu dla wojska.

Wybrał się tedy piechotą do Lwowa. Prawie 60 kilometrów szedł, przedzierając się przez lasy i pola, a po drodze często wzywał Bożej pomocy i niezawodnie nucił i teraz swe umiłowane z lat dziecięcych:

– Kto się w opiekę odda Panu swemu…

I dotarł do Lwowa. Można sobie wyobrazić, z jaką radością powitano go w klasztorze, tembardziej, że wedle krążącej pogłoski miał w rodzinnym swych stronach stracić życie: przybłąkana kula go uśmierciła…

Ileż to było wesela, ile opowiadania z tej podróży prymicyjnej i z tego powrotu!

Reklamy