Tagi

, , ,

o. wenantyJEDEN Z POŚRÓD WIELU

        Jak się ułożyło współżycie Wenantego z profesorami, już widzieliśmy.
A z Magistrem, który miał pieczę nad klerykami?
– Mogłem się mu bliżej przypatrzeć – świadczy tenże.
– Jakoż przekonałem się, że świętość jego jest prawdziwa.
– Czystość jaśniała na jego twarzy – opowiada jeszcze.
– Patrząc na br. Wenantego, chciało się powtórzyć słowa, które Alensis miał wyrzec o św. Bonawenturze, że nie było chyba w nim grzechu pierworodnego.

 


Te dwa zdania z pośród wielu innych, wypisane ręką jego współczesnego Magistra O. Czesława Kellara – chyba starczą…
A z kolegami jak się współżycie ułożyło? Niektórzy korzystali z jego pomocy w nauce – a ogół?

 
– Zrazu myśmy go nie rozumieli – opowiadał mi jeden z ruchliwszych współbraci-kleryków – i nazywaliśmy go „mumją egipską”.
Nie dziwić się nam temu, skoro według innego znów kolegi, „nawet na pauzie nie wdawał się w rozmowy, jeno otworzył sobie książkę lub zeszyt i się uczył. A tak stało się to u niego naturalnem, że gdyby kiedy zdarzyło się inaczej, dziwiliby się wszyscy”.

 
Rychło jednak nastało wzajemne zrozumienie: koledzy przestali się oburzać na jego ślęczenie nad książkami, skoro dostrzegli w nim wielką wyrozumiałość dla swych słabostek.

 
– W klasie sam zachowywał się spokojnie, ale znosił cierpliwie dokazujących – świadczy jeden z rówieśników.

 
Nawet nie usuwał się już od wesołych figielków, byle tylko miłości braterskiej w nich nie naruszyć. Ot, na imieniny jednego z kleryków, który ogromnie nie lubiał moskali (były to lata przedwojenne!) umyślono zabawną scenę, w której dostojnik schizmatycki miał solenizanta przyozdobić mianem „brata Makarego”. Tym dostojnikiem był nie kto inny, jak właśnie nasz Wenanty. Z dużym kołpakiem na głowie, podobno bardzo zabawnie, wypowiadał słowa:

 
– Ja brata mianuję bratem Makarym!
Uśmiali się wszyscy i ubawili.

 
Potrafił jednak z wielkim smakiem osądzić, kiedy żart zaczyna być niewłaściwym i wtedy – nie współdziałał z innymi. Na „Prima Aprilis” (1 kwietnia), gdy profesor miał przyjść na lekcję teologji moralnej, zmówieni klerycy pochowali się pod ławy i stoły, a następnie huczeli ponuro:
– Huuu!…

 
Br. Wenanty uznał ten dowcip za niestosowny, więc zachował się sam jeden, jak zawsze przedtem.
– I – zaznaczają świadkowie – nikt z nas za złe mu tego nie poczytał!

 
Bo też wzbudzał on wśród rówieśników pewien swoisty szacunek.

 
– Każdemu mówiłem „ty”, a tylko jemu „bracie”, taka powaga z niego biła! – wyznaje z nich jeden.

 
Wszyscy też, nawet najmniej zgodni z jego poglądami i życiem, mieli dla niego słowa szczerego uznania. I lubieli z nim rozmawiać, bo „mówił i mądrze i ładnie.”

 
Że naprawdę potrafił mądrze i ładnie mówić, okazywało się szczególnie w czasie posiedzeń kółka, zwanego „Zelus Seraphicus” t. zn. „Gorliwość Seraficka”; wśród kleryków zawiązało się takie kółko, którego Wenanty przez szereg lat był duszą. Za cel wzięło sobie:

przygotować się do pracy kapłańskiej przez odczyty i wymianę myśli. Br. Wenanty został wpierw sekretarzem kółka, a potem jego prezesem. Jako sekretarz pisywał sprawozdania z posiedzeń i całej działalności, stylem pełnym franciszkańskiej prostoty i miłości. Bije z tych kart gorące umiłowanie prawdy. A jako prezes „Zeleusu” wygłaszał nieraz okolicznościowe przemówienia, z których tryskała jego głęboka, a pokorna wiedza, zdobyta czytaniem wielu książek, przetrawionych gorliwem o chwałę Bożą sercem.

 
– Referatów w „Zelusie” miewał dużo – opowiada jeden z ówczesnych członków kółka – i podczas gdy br. C. zgrabnie zszywał, on zawsze rzecz przedstawił jasno, krótko, własnemi słowami. Dlatego te referaty tak się nam podobały!

 
Myśleli już wtedy o gazetce i gromadzili artykuły: miał to być organ III Zakonu św. O. Franciszka. Wenanty palił się do tej myśli. Nic jednak zrobić się nie dało.

 
Pracował w kółku pięć lat, a pod jego kierownictwem stało ono świetnie. Potrafił podnieść, zachęcić, pokierować.
– Zapał i miłość Seraficka – głosił – zawsze powinny napełniać serca nasze!

Reklamy