Tagi

,

SaintTherese4      Któż nie zna „Małej Tereni”? Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, ukryta za życia w klasztornym zaciszu, dziś zsyła z nieba „deszcz różany” dobrodziejstw w każdym zakątku ziemi. Jak wszyscy święci tak i ten „kwiatek Matki Bożej”, jak sama siebie nazwała, wzrastał i doskonalił się w miłości ku Bogu pod przemożną opieką Niepokalanej Królowej nieba i ziemi. Oto jej wyznania z ważniejszych chwil życia.

 

W dzieciństwie Matka Boża przywraca jej zdrowie

 
„W chwilach gdy cierpienia były mniej dotkliwe, lubiłam się bawić splataniem wieńców dla Matki Najświętszej ze stokrotek i niezapominajek. Było to właśnie w maju, cała natura okryła się kwieciem wiosennym: sam tylko mały kwiateczek nikł i zdawał się więdnąć na zawsze! A miał jednak przy sobie słońce dobroczynne; tym słońcem była cudowna statua Królowej niebios. Często, bardzo często zwracał kwiateczek kielich swój więdniejący ku tej Gwieździe błogosławionej.

 
Pewnego dnia spostrzegłam, że ojciec wszedł do mego pokoju bardzo wzruszony,

a zbliżywszy się do Maryni dał jej kilka sztuk złota i prosił z wyrazem niewymownego smutku, by pisała do Paryża o nowennę Mszy świętych w kościele Matki Boskiej Zwycięskiej w celu uproszenia zdrowia dla jego biednej królewny. Ach, jak mnie rozczulił widok jego wiary i miłości! Jak byłabym chciała powstać i powiedzieć mu, żem już uzdrowiona! Niestety, moje pragnienie nie mogło zdziałać cudu, a potrzeba go było – i to wielkiego, by mi wrócić zdrowie! Tak, potrzeba było wielkiego cudu, i ten cud uczyniła Najświętsza Panna Zwycięska.

st. therese of the holy face
W niedzielę, przypadającą podczas nowenny, Marynia wyszła do ogrodu, zostawiając przy mnie Leoncię, która czytała przy oknie. Po pięciu minutach zaczęłam wołać naprzód cicho: <<Maryniu, Maryniu!>> Leoncia przyzwyczajona do moich jęków, nie zwróciła na mnie uwagi. Krzyknęłam więc głośno, a Marynia wróciła do mnie. Widziałam doskonale, że weszła; niestety, po raz pierwszy jej nie poznałam. Szukałam wkoło siebie, spoglądając nieustannie w stronę ogrodu, i znów wołałam: >>Maryniu, Maryniu!<<

 
Trudno wypowiedzieć, jak męczącą była ta niewytłumaczona walka, a Marynia cierpiała pewno więcej jeszcze od biednej Tereni! Nareszcie po daremnych wysiłkach, by się dać poznać, odwróciła się do Leonci, szepnęła jej słówko i znikła blada i drżąca.

 
Po chwili Leoncia zaniosła mnie do okna; stamtąd widziałam Marynię w ogrodzie, ale jej nie poznałam; szła z wolna; wyciągając do mnie ręce i uśmiechając się, wołała czułym głosem: >>Tereniu, moja maleńka Tereniu<<. – Gdy ta ostatnia próba nie lepiej się powiodła, ukochana moja siostra, płacząc, klękła w nogach mego łóżka, a zwracając się do Najświętszej Dziewicy, błagała Ją z gorącością matki, która prosi, która chce życia swego dziecka. Leoncia i Celinka za jej przykładem czyniły to samo; był to krzyk wiary, który przebił niebiosa.

 
Nie znajdując pomocy na ziemi i jakby umierając z boleści, zwróciłam się i ja do mojej Niebieskiej Matki, prosząc Ją z całego serca, by się wreszcie nade mną zlitowała.

 
Nagle statua się ożywiła. Dziewica Maryja stała się piękną, tak piękną, że nie mam wyrazów na oddanie tej piękności niebiańskiej. Oblicze jej tchnęło słodyczą, dobrocią, czułością niewypowiedzianą, ale do głębi duszy przejął mnie zwłaszcza Jej zachwycający uśmiech! Na ten widok znikły wszystkie moje utrapienia, łzy wytrysły mi z oczu i spłynęły spokojnie po licach.

 
Ach, były to łzy niczym nie zamąconej, niebiańskiej radości! Najświętsza Dziewica postąpiła ku mnie!… uśmiechnęła się do mnie!… O jakże jestem szczęśliwa! – pomyślałam – ale nikomu o tym nie powiem, bo moje szczęście zniknęłoby bezpowrotnie! Potem z największą łatwością spuściłam oczy i poznałam kochaną Marynię, która patrzyła na mnie z miłością; zdawało się, że jest bardzo wzruszona jakby przeczuciem wielkiej łaski, którą w tej chwili otrzymałam.

 
Jej to, zaprawdę jej, wzruszającej modlitwie zawdzięczam niewysłowiony uśmiech Najświętszej Panny! Widząc wzrok mój, utkwiony w statuę, powiedziała sobie: >>Terenia jest uzdrowiona<<. Istotnie, mały kwiateczek powracał do życia, jasny promień dobroczynnego słońca rozgrzał go i oswobodził na zawsze od srogiego wroga! (…)”

 

 

Po pierwszej Komunii św. oddaje się Najświętszej Pannie

 

 

„Po południu odmówiłam głośno w imieniu towarzyszek akt ofiarowania się Najświętszej Pannie. Zakonnice wybrały mnie prawdopodobnie dlatego, że od lat najmłodszych byłam pozbawiona ziemskiej matki. Całym sercem ofiarowałam się Najświętszej Pannie, prosząc, by czuwała nade mną. Zdaje mi się, że ta dobra Matka spoglądała z miłością na swój mały kwiateczek, że się do niego uśmiechała. Wspomniałam na Jej widzialny uśmiech, który mnie, niegdyś uzdrowił i wybawił; wiedziałam dobrze, co Jej zawdzięczam! Wszak Ona to dziś z rana złożyła w mym sercu swojego Jezusa, ów >>kwiat polny i lilię padolną<<”.

 

(…) „Ojciec pragnął, abyśmy w Paryżu zwiedziły, co najciekawsze. Dla mnie prócz Najświętszej Panny Zwycięskiej nic nie istniało! Nie umiem wypowiedzieć, czego i w jakim stopniu doznałam w Jej świątyni. Łaski, jakich mi udzieliła, porównać tylko mogę z łaskami, otrzymanymi przy pierwszej Komunii św. Pokój i szczęście przepełniały me serce! Tam Matka Najświętsza dała mi do zrozumienia, że Ona to uśmiechnęła się wtedy do mnie i mnie uzdrowiła. Jakże gorąco Ją błagałam, by mnie ukryła pod cieniem swego dziewiczego płaszcza! Prosiłam Ją nadto o oddalenie ode mnie wszelkich okazji do grzechu”.

 

(…) Pewnego wieczoru zawołała: >>O, jakże kocham Najświętszą Pannę! Gdybym była kapłanem, jak pięknie mówiłabym o Niej! Przedstawiają nam ją zwykle niedostępną i niedościgłą, a należałoby raczej okazać, jak jest łatwa do naśladowania. Jest Ona więcej Matką niż Królową! Mówiono mi, że Jej blask zaćmiewa wszystkich Świętych, jak słońce wschodzące swym blaskiem zaćmiewa gwiazdy. Mój Boże, czy to możliwe? Matka miałaby umniejszać chwałę dziatek! Ja myślę zupełnie przeciwnie; mam przekonanie, że Ona właśnie pomnaża chwałę wybrańców nieba… Dziewica Maryja! jak prostym wydaje mi się Jej życie!<<

 

(…)
Gdy zadzwoniono w klasztorze na wieczorny Anioł Pański, spojrzała z niewysłowioną miłością na wizerunek Matki Niepokalanej. I w tej to właśnie chwili słusznie mogła zawołać do Królowej niebios:

 

>>Ty, któraś się do mnie uśmiechnąć raczyła
W poranku mego rozwicia,
Pójdź, uśmiechnij się jeszcze, Matko moja miła.
Bo zbliża się wieczór życia…<<

 
O siódmej, gdy stan naszej małej męczennicy był zawsze jednaki, Zgromadzenie oddaliło się. Wtedy zapytała:

 
>>Matko, czy to jeszcze nie konanie? Czy jeszcze nie umrę?…

 
– Tak, drogie dziecko, to już konanie, ale Pan może je przedłużyć<<.

 
Wtedy głosem słodkim, choć pełnym żałości, wyrzekła: >>Dobrze… dobrze… nie chciałabym mniej cierpieć!<< A potem, spoglądając na krucyfiks: >>O… jakże kocham Boga… kocham Cię…<< To były jej słowa ostatnie. Zaledwie je wyrzekła, gdy ku wielkiemu naszemu zdziwieniu opadła na poduszki, głowę przechyliła na prawo, jak malują owe dziewice bohaterskie, ofiarujące się same pod miecz męczeński; a raczej jako ofiara, czekająca na strzałę miłości, która śmierć jej zada.

 
Siostry powróciły co prędzej, i odmawiałyśmy głośno modlitwy przy konających, gdy nagle otworzyła oczy, jakby zbudzona głosem tajemniczym, utkwiła je, pełne zachwytu i niebiańskiego spokoju nieco ponad figurą Matki Boskiej. Patrzała tak przez czas jednego <<Wierzę w Boga>> – potem dusza jej błogosławiona stała się istotnie zdobyczą Orła niebieskiego – uleciała do nieba”

 

o. Maksymilian Maria Kolbe

Fragmenty z Pisma, cz. II, Niepokalanów 2008, str. 396-405.

Reklamy