Tagi

, ,

o. wenantyUCZEŃ I ZARAZEM NAUCZYCIEL.

       Po ukończeniu nowicjatu i złożeniu ślubów prostych przeniesiony do Krakowa na studja wpierw filozoficzne a potem teologiczne, zabrał się br. Wenanty gorliwie do naukowej pracy. Świadczą jego profesorowie, że na lekcjach bywał zawsze przygotowany. Jego odpowiedzi słuchali wszyscy z wielkiem zajęciem, bo najtrudniejsze rzeczy potrafił przedstawić przystępnie i zrozumiale: widać, że dobrze to rozumiał! Jemu też zazwyczaj powierzali profesorowie powtórzenie wykładu, a wywiązywał się z tego zawsze świetnie. Również wśród wykładu zasięgali nieraz jego zdania: natrafia się bowiem we filozofji i teologji na t. zw. „kwestje sporne”, względem których różni uczeni różne zajmują stanowiska. Jeden z profesorów, zmarły już O. Bernard franciszkanin, zapytywał wtedy:

 
– A co o tem sądzi brat Wenanty?

 
I liczył się z jego zdaniem niemało.

 
Przy takich zdolnościach nie omijały Wenantego pochwały i uznania, ale on na wszystko był obojętny, skoro dotyczyło to tylko jego osoby. Owszem, potrafił nawet wykorzystywać swe zdolności dla umartwienia swej miłości własnej. Oto niejednokrotnie profesor zapytywał o coś trudniejszego: niektórzy klerycy przypominali sobie, że br. Wenanty zna rzecz doskonale, ma więc gotową odpowiedź – a jednak on ręki nie podnosił.


– Czy nie wiedziałeś tego? – dziwili się potem.

 
– Owszem, wiedziałem – przyznawał, aby nie skłamać

 
– ale po co…?

 
Bywało, że nie podnosił ręki nawet wtedy, gdy inni podnosili: by okazać się mniejszym od innych…

 
Umartwienie i pokora!

 
Nigdy też nie zauważali koledzy, by chciał czemkolwiek zaimponować – a tak łatwo by mu to przecie przyszło! Szczególnie, gdy pomagał kolegom.

 
Świadczą bowiem ci, co z nim razem studja odbywali, że „nadzwyczaj chętnie spieszył z pomocą w nauce. A nigdy wtedy wyższości swej nie okazywał, ale, o ile tylko mógł, starał się uniżyć, mianowicie w ten sposób, że gdy chwilowy jego uczeń coś od siebie dodawał, on z zajęciem, słuchał i jeśli tylko nie było to wręcz fałszywem, skwapliwie słuszność uznawał. Zawsze przy pomaganiu tak pokierował, że wychodziło, jakoby ten uczeń już sam to umiał i rozumiał, a pomoc była zupełnie zbędna. Miał już taki sposób sobie tylko właściwy.”

 
– Tej pomocy – mówi korzystający z niej kolega jego inny – nigdy nikomu nie odmawiał.

 
Bywało, że ten lub ów korzystał z pomocy naukowej Wenantego już stale. „Zacząłem filozofję dobrze – opowiada jeden z takich – ale potem nie mogłem się na tym poziomie utrzymać, więc do brata Wenantego! I z jego poparcia ustawicznie korzystałem. – Ogromnie był zdolny!”
Czuwał jednak, by tego rodzaju przysługi nie nadwyrężały w czemkolwiek regulaminu klerykackiego. Jeśli podczas zwyczajnego milczenia ktoś prosił go o pomoc, nie odmówił, ale wpierw w milczeniu odprowadził do rekreacji, gdzie jedynie w tym czasie mówić było wolno.
Zdarzały się też wypadki, w których koledzy mogli się niejako Wenantemu odwdzięczyć: chorował bowiem na oczy i nieraz po dwa tygodnie zakazywał mu lekarz brać książki do ręki – znosił to zawsze cierpliwie, a tylko zbliżał się do tego lub owego, przerabiającego właśnie zadane lekcje i szepnął:

 
– Niech się brat uczy.

 
I nadsłuchiwał, ucząc się i sam w ten sposób. Na końcu dziękował i odchodził już przygotowany.

 
A lękając się, by nie zagasić nauką ducha pobożności, rozkrzewionej zwłaszcza w nowicjacie, spieszył przed nauką i po niej na adorację Najśw. Sakramentu i odbywał to ćwiczenie w podniosłym nastroju. A skoro pozostawał w swej celce, regularnie co godzinę wychodził do kapliczki, gdzie przed Najśw. Sakramentem przebywał zawsze wtedy pięć minut; już wszyscy wiedzieli, że gdy wybije godzina, drzwi celi brata Wenantego się otworzą i on, cichutko, na palcach, schodkami do kapliczki zejdzie…

Reklamy