Tagi

, , , ,

assumption-of-the-virgin-1580

Nakoniec, pobłogosławiwszy wszystkich, wkrótce może po tej ostatniej Komunji św., Najśw. Panna, może klęcząc, jak w nocy Zwiastowania, widzi nagle jak skromna Jej izdebka napełnia się światłością, wznosi więc pełen zachwytu anielski swój wzrok w górę, ręce składa na krzyż, bo oto widzi, że przychodzi Zbawiciel w orszaku Aniołów na spotkanie swej Matki

ROZDZIAŁ XXIX

    Jak długo żyła Najśw. Panna po Wniebowstąpieniu Pańskiem, napewno określić nie można. Jedni twierdzą, iż – lat 15, inni zaś, co jest najprawdopodobniejszem, według ogólnej tradycyi Kościoła, lat 22; jak również nie jest pewnem, czy, schodząc z tej ziemi, miała 63 lub 72 lat, to tylko pewna, że nigdy nie chorowała, ani się starzała, jako Niepokalanie Poczęta. Bądź co bądź, nastała chwila, w której miała opuścić tę ziemię na wzór Pana Jezusa. Ale jak ją opuści? Umrze, bo Bóg tak chciał, pokora Jej tego wymagała, przytem miała we wszystkiem być podobną Zbawicielowi, więc i w śmierci, – zresztą pragnęła zostawić nam przykład śmierci prawdziwie chrześcijańskiej. Bez wątpienia, mógł Pan Bóg wyjąć Najśw. Pannę od tego prawa ogólnego śmierci, jak Ją wyjął od grzechu i skazy pierworodnej; mógł Ją z ciałem i duszą zabrać wprost do nieba, jako uprzywilejowaną Boga-Rodzicielkę, albo unieść Ją na wozie ognistym, jak Eljasza lub Henocha, lub też po długiem życiu unieść – na ręku Aniołów do niebieskiego Jeruzalem; ale dla powyższych przyczyn i wielu innych, nam nieznanych, Bóg postanowił, a Marya pragnęła, aby umarła.

 

Najśw. Panna rzeczywiście umarła, t. j. dusza Jej przebłogosławiona odłączyła się od Niepokalanego Jej ciała, ale umarła ani z choroby, ani ze starości. Choroba nie miała do Niej przystępu przez całe życie, gdyż choroba – to skutek grzechu, od którego Niepokalana była wolną; nie umarła ani ze starości, gdyż zawsze była młodą i wyglądała tak, jak gdyby zawsze miała wiek dojrzałej niewiasty, t. j. lat trzydzieści. Ztąd też Marya z Agredy twierdzi, że Najśw. Panna do trzydziestego roku życia, który był dla niej jakoby pełnością wieku, nie doznawała na ciele swoim żadnego zaniku ani umniejszenia[1]; kto wie, może codzienne przyjęcie Komunji św. było tem dla Maryi, czem drzewo żywota miało być dla Adama w raju. Przy śmierci nie doznawała też żadnej boleści ani trwogi, słowem, – tego wszystkiego, czego każdy umierający doznaje, owszem, śmierć Jej była dziwnie słodką i miłą.

Opowiada Pismo św., że kiedy Mojżesz dożył najpóźniejszej starości, i śmierć się przybliżyła, wstąpił z rozkazu Boga na jednę z gór, w ziemi Moabitów, a nie mając na sobie żadnych oznak zgrzybiałości, bez żadnych cierpień, które zwykle towarzyszą konaniu, oddał ducha Bogu w błogiem zachwyceniu[2]. Toż samo opowiadają i o św. Janie Ewangeliście, że mając z górą sto lat, pełen sił czerstwych, kiedy nadeszła godzina śmierci, sam położył się w grobie i zasnął w Panu bez żadnych boleści[3]. Nic też dziwnego, że Ta, która była łaski pełna i stała się Matką Bożą, nie doznała żadnych cierpień na duszy i na ciele w godzinę swej śmierci; boć i w życiu, jeżeli cierpiała i bolała, to tylko duchowo, ale umierając, umierała śmiercią, pełną pociech niebieskich. Umarła więc Marya bez najmniejszego cierpienia, bez omdlenia, zwłaszcza bez konania, jedynie z heroicznej miłości ku Bogu i nieustannej tęsknoty ku Niemu. – Ta miłość Jezusa rozbudziła tęsknotę w sercu Maryi, mówi św. Sofroniusz, gdy po Jego Wniebowstąpieniu pozostała na ziemi, a tęsknota za Bogiem, jako najdoskonalszy akt miłości Boga, tęż miłość w Jej sercu wzmagając, sama siebie przez to zwiększyła. Zdaje mi się, że rozumy wszystkich ludzi nie są zdolne pojąć, jakimi płomieniami miłości Jezusa, którą Duch Św. nieustannie i coraz większą w Jej sercu rozniecał, tęskniła Marya za Nim. Bo chociaż już i przedtem, gdy wydawała na świat Chrystusa, gdy Go na ręku piastowała, gdy Go piersiami własnemi karmiła, gdy z Nim obcowała i wreszcie gdy patrzyła, jak z miłości ku ludziom umierał na krzyżu, miłowała Go miłością, przechodzącą miłość wszystkich Serafinów, – codziennie atoli: od chwili rozstania się z Nim przy Wniebowstąpieniu na górze Oliwnej, tęsknota za Nim miłość tę wzmagała, a miłość coraz silniejsza, coraz to silniejszą tęsknotę za Umiłowanym w Jej sercu wzbudzała. Była to bowiem tęsknota duszy najświętszej za Bogiem i Matki z matek najprzywiązalszej za Synem[4]. – Zapewne często Niepokalana powtarzała rzewnie i gorąco, lubo zawsze z pokorą: „Któż mi da skrzydła, jak u gołębicy, a ulecę i odpocznę”[5] na łonie Syna mojego! To też wkrótce usłyszała głos najmilszego Oblubieńca: „Wstań, śpiesz się…, gołąbko moja, piękna moja, a przyjdź”!…[6].

 

– Nie ulega też wątpliwości, że Pan Bóg objawił czas i godzinę Jej błogosławionego zaśnięcia, jak to zresztą czynił nie raz z wielu świętymi. Najstarożytniejsze podanie twierdzi, że zesłał Zbawiciel Archanioła Gabryela do Niej, który niegdyś zwiastował Maryi, iż stanie się Matką Bożą, który był zresztą Jej aniołem stróżem. – Było to prawdopodobnie w wieczerniku, przy którym Najśw. Panna mieszkała po powrocie z Efezu, podczas modlitwy, a może przy obchodzie stacyi Męki Pańskiej – na Kalwaryi. Poseł Boży rzekł, iż za trzy dni Matka Boża zostanie wziętą do nieba i wręczył Niepokalanej różczkę oliwną, przysłaną od Pana Jezusa, a której każdy liść błyszczał jak gwiazda, jaśniejsza od słońca[7]. Ta wiadomość taką radością i błogością napełniła duszę Najśw. Panny, iż była jakby w nieustannem zachwyceniu, chociaż to nie przeszkadzało Jej obcować z ludźmi i w takim niewysłowionym stanie pozostawała aż do błogiego Jej Uśnięcia w Panu, które nastąpiło rzeczywiście w trzy dni po onem anielskiem objawieniu. Najpewniej tego dnia, który dla Maryi był ostatnim na tej ziemi, przyjęła z rana Komunię św. jako Wiatyk z gorącą miłością, z rąk zapewne św. Jana; innych zaś Sakramentów nie przyjmowała, szczególnie Sakramentu Ostatniego Pomazania, gdyż ten ustanowiony jest dla chorych, na zgładzenie w nich pozostałości grzechowych, na wspomożenie ich w niemocy i na uzbrojenie ich do walki ostatniej. Z żadnego z tych tytułów pomoc taka nie była ani potrzebną, ani pożyteczną Maryi.

 

Według najstarożytniejszego podania, wszyscy Apostołowie, prócz św. Jakóba Większego, już przedtem przez Heroda umęczonego i św. Tomasza, który później dopiero przybył, razem znaleźli się w Jerozolimie w chwili, gdy Najśw. Panna umierała. Była to szczególna wola i zrządzenie Boże, spełnienie którego widocznie się stało za pomocą cudu np. podobnego, w jaki prorok Habakuk, z rozkazu Boga, został przeniesiony przez Aniołów w jednej chwili z ziemi żydowskiej do Babilonu, do onej jaskini, w której prorok Daniel pozostawał, będąc wrzucony na pożarcie lwów; albo też tak Pan Bóg pokierował nimi, iż mimo wiedzy ich, znaleźli się u stóp Maryi. Za nimi przybyło i wielu uczniów, i wiernych, skoro się dowiedzieli o tem świętem zgromadzeniu Apostołów, aby pożegnać, polecić się opiece i otrzymać błogosławieństwo Maryi! Kto opowie te ostatnie pożegnania wiernych ze swą Matką najlepszą i prośby ich gorące ku Niej? Kto opisze te westchnienia? Kto policzy te łzy rzewne, pocałunki serdeczne, spójrzenia czułe, rzucone za usypiającą Najśw. Panną? A co mam powiedzieć o tych przestrogach, danych Apostołom i świętemu orszakowi, o macierzyńskich obietnicach i błogosławieństwach, i zachętach?! Tego pióro nie skreśli, język nie wypowie, rozum nie zgłębi, ledwie serce odczuje, ale chyba dopiero kiedyś u stóp Niepokalanej!…

 

Nakoniec, pobłogosławiwszy wszystkich, wkrótce może po tej ostatniej Komunji św., Najśw. Panna, może klęcząc, jak w nocy Zwiastowania, widzi nagle jak skromna Jej izdebka napełnia się światłością, wznosi więc pełen zachwytu anielski swój wzrok w górę, ręce składa na krzyż, bo oto widzi, że przychodzi Zbawiciel w orszaku Aniołów na spotkanie swej Matki, aby duszę Jej, przepełnioną radością, zaprowadzić do przybytków niebieskich. Jezus zjawił się przed Nią, bezwątpienia uśmiechając się do Niej, z tem „słodkiem i świątecznem” obliczem, z jakiem Go życzy oglądać Kościół każdej duszy konającej, kiedy wychodzi z ciała i ma się z Nim spotkać na progu wieczności. Pewnie Ją przywitał słowy Oblubieńca w Pieśni Salomonowej: „Pójdź z Libanu, siostro moja, Oblubienico moja, przyjaciółko moja, jedyna moja: pójdź, będziesz ukoronowaną!”[8] – A Matka Najśw., skłoniwszy głowę, pełna pokory, czci i wdzięczności ku Bogu, rzekła: „Panie, w ręce Twoje oddaje duszę moją”[9], nucąc zapewne oną pieśń swoją przecudną: „Wielbij duszo moja Pana,”… poszła na łono Ojca niebieskiego!…

 

W tej chwili słyszeć się dały przepiękne śpiewy anielskie, które się wznosiły coraz wyżej i wyżej, aż na koniec nie dolatywały wcale do ziemi!…[10]

 

Niebo i ziemię ogarnęła jakaś radość niewysłowiona, która wszystkich pobudzała do podziwu, miłości i wdzięczności ku Bogu! Przeczysta zaś dusza Maryi, przy boku Jezusa, w otoczeniu wszystkiego dworu niebieskiego, poczęła wstępować do nieba, szląc zapewne błogosławieństwo całej ziemi i drogiemu Jej Kościołowi, który opuściła, i duszom czyścowym. Tak bowiem błogosławił Zbawiciel, wstępując do nieba, a Marya we wszystkiem naśladowała Jezusa. Tak więc ta dusza błogosławiona wznosiła się coraz wyżej, doznając coraz większej błogości i chwały, aż wstąpiła tam, kędy Jezus spoczywa w majestacie swoim!…

 

Działo się to w Jerozolimie, może w Wieczerniku, prawdopodobniej w domu św. Jana, w porze roku żydowskiego, odpowiadającej naszej połowie sierpnia. Według więc pobożnego podania umarła Najśw. Panna dwunastego sierpnia, t. j. na trzy dni przed swojem Wniebowzięciem, w piątek, około trzeciej godziny po południu, a zmartwychwstała mocą Bożą w niedzielę, czyli dnia trzeciego, na wzór Pana Jezusa, którego nie tylko w całem życiu, ale i śmierci naśladowała[11].

 

 

Rozdział XXIX, „Żywot Najświętszej Maryi Panny”, ks. Walenty Załuski, Warszawa 1898r., str. 205-211.

 

[1] Miasto duchowne. Część 3, ks. 8, r. 19.

[2] Deut. 34-5.

[3] Św. Ambroży i Grzegorz Turon.

[4] Kazanie na Oczyszczenie Maryi Panny.

[5] Ps. 54-7.

[6] Pieśń 2-10.

[7] Śśw. Kozma, Meliton, Wincenty Fer., Alfons Liguori i wielu innych.

[8] Pieśń 4-8.

[9] Św. Łuk. 28-46.

[10] Św. Hieronim.

[11] O. Prokop. Wykład Litanii Lor., str. 401.

Reklamy