Tagi

, ,

Matka Boża Nieustającej Pomocy z SyberiiDla Maryi

    Żyć dla Maryi znaczy: spełniać wszystko, co można i co trzeba, dla Jej miłości i chwały.
Samo wyrażenie „dla Maryi” naprowadza naszą myśl na miłość ku Niej czynną i bezinteresowną.
To dla Maryi nie znaczy, żeby Matka Najświętsza miała być dla nas celem ostatecznym, bo jest nim jedynie P. Bóg. Jeśli czynimy coś dla Maryi, dla Jej przyjemności, to dlatego, aby tym więcej przyjemności sprawić P. Jezusowi.

 
Nie znaczy to również, żebyśmy już nigdy nie mieli kierować się intencją, mającą na celu bezpośrednio P. Jezusa lub Trójcę Przenajświętszą. Co sprawia przyjemność Jezusowi, co chwali Pana Boga, wszystko to cieszy Niepokalaną, jest dla Maryi.

 
Każdy dobry czyn wiernego sługi Matki Najśw., spełniony w stanie łaski poświęcającej, jest dla Maryi na mocy łaski poświęcającej i uczynionego zaofiarowania.

 
Skoro raz poświęcimy swoje życie dla Maryi, już nigdy odtąd aż do śmierci nie spoczywajmy bezczynnie.

 
Pracę wszelką, cierpienia, chorobę, sam nawet spoczynek, sen, rekreację, zabawę, branie posiłków, przemieniajmy za pomocą dobrej intencji w czyny nadprzyrodzone, święte, przyjemne Królowej nieba.

 


Z niewzruszoną ufnością w pomoc i orędownictwo naszej dostojnej Pani śmiało bierzmy się do pracy, mającej za bezpośredni cel chwałę Maryi.

 
Brońmy przywilejów Niepokalanej, gdyby ktoś nie chciał ich uznać, lub zaczepiałby je.

 
Słowem już to żywym, już pisanym, już to w kółku zamkniętym wypowiedzianym, już rozniesionym na falach eteru po wszystkie krańce ziemi, zachęcajmy jak najwięcej dusz do bezgranicznej ufności i heroicznej miłości względem Najśw. Panienki.

 
Wszystkich, którzy na nas patrzą, nas słuchają, z nami obcują, pociągajmy przykładem służenia Maryi. Najlepszym sposobem apostolstwa jest uczyć przykładem świętego życia.

 
O ile możności urządzajmy czytanki, pogadanki, akademie celem głębszego zapoznawania ludzi z dobrocią Ucieczki grzeszników. Św. Stanisław Kostka był najszczęśliwszy, kiedy ze swoimi towarzyszami mógł o Niej rozmawiać.

 
Dla rozsławienia Niepokalanej nie bójmy się przykrości, biedy, głodu, trudów, prześladowania, nawet śmierci w ojczyznie czy też na misjach.

 
Opowiadają, że budowniczy katedry sztrasburskiej, Jan Steinbach, rozpoczął w niej rzeźbę jednego z filarów, wsławionego pod nazwą filaru anielskiego. Śmierć jednak wytrąciła mu dłuto z ręki. Córka jego, panna Sabina, nie chciała zostawić niedokończonej pracy ojca i zezwolić na to, aby sława jego przez to ucierpiała. Postanowiła więc dokończyć jej sama według rysunków i wzorów pozostałych po ojcu. Ale jakkolwiek nie brakło jej zdolności, siły jednak słabego dziecka odmówiły posłuszeństwa, a ręce, niestworzone do dłuta i młotka, opadały ze znużenia. Dla dodania sobie otuchy, zawiesiła portret ojca na rusztowaniu. Wspomnienie tego, którego stratę opłakiwała i gorące pragnienie uczczenia jego pamięci, podtrzymywały ją w pracy. Filar został skończony.

 
Podobnie miłość ku naszej Matce Niebieskiej i pamięć na Nią niech będzie dla nas potężnym bodźcem nigdy niestygnącym do coraz nowych ofiar ze siebie dla Niepokalanej.

 
       Juan Arecharaleta miał lat piętnaście. Z czarnych jak węgiel jego oczu sypały się iskry zapału. Bujne fale skręconych czarnych włosów spadały na śmiałe czoło. Natura jego żywa i odważna rwała się do czynu. Toteż, gdy wybuchła wojna w Hiszpanii, wojna święta przeciw czerwonym bezbożnikom, wtedy Juan pierwszy stanął w szeregach powstańczych. W czapce fantazyjnie na bok nachylonej, z karabinem na ramieniu, w lekkiej koszuli rozpiętej, odsłaniającej pierś, na której błyszczał jak diament medalik Niepokalanej Dziewicy – wydawał się tak radosny i pełen szczęścia, jak gdyby był na zabawie, a nie w krwawym boju, mającym za sobą setki trupów i okaleczałych. Na śmierć był gotowy, nie lękał się niczego. W pierwszych dniach maja 1937r. doniesiono dowództwu oddziału, w którym służył młody Juan, że tuż za frontem czerwoni burzą kościół Matki Bożej. Dowódca wiedząc, że nie przełamie frontu, nie mógł podjąć się obrony. Pozwolił jednak ochotnikom, gdyby się tacy znaleźli, działać na własną rękę. Natychmiast sformował się spory oddział. Na czele stanął dzielny Juan – za Najświętszą Pannę, za Jej cześć – to ich hasło. Wycieczka udała się. Przepędzono czerwonych, podkładających już ogień pod świątynię. Niespodziewany z tej strony napad przeraził nieprzyjaciół, iż cofnęli się zostawiając wolne sanktuarium mariańskie. Gdy powstańcy wkraczali w progi świątyni, by podziękować Matce Bożej, ujrzeli na stopniach ołtarza bladego Juana. Dogorywał. Piękne jego oczy zachodziły szkliwem śmierci. Przy zdobywaniu świątyni odniósł ranę, która teraz powodowała śmierć. Umierał jednak promienny i szczęśliwy. Szczęśliwy jestem, że umieram w obronie Najświętszej Dziewicy – mówił do zasmuconych kolegów. Za Najświętszą Pannę… za Najświętszą Pannę… wyszeptał jeszcze kilka razy i oczy jego zamknęły się na zawsze, a piękna młodzieńcza dusza podążyła do stóp Niepokalanej, by być Jej klejnotem na wieki.