Tagi

, , ,

wychodził zawsze do szkoły znacznie wcześniej, by mieć czas na wysłuchanie Mszy świętej i posłużenie do niej. „Ile to razy – wspomina ze łzami w oczach matka – nie zdążyłam sporządzić na czas śniadania, więc mówię: - Zaczekaj trochę, Józiu, do szkoły jeszcze i tak zdążysz! – a on bez śniadania wolał się obyć, byle Mszy świętej ani razu nie opuścić.”

A może kto z młodych naprawdę pożytek z tego opowiadania odniesie i czując to, radby jak najwięcej rzeczy podobnych usłyszeć?

BĘDZIE NAUCZYCIELEM?…

    Po ukończeniu szkoły wydziałowej w Radziechowie ojciec oglądnąwszy świadectwo syna powiedział sobie tak:

 
– Chłopak żądny nauki, poślę go więc do Lwowa, niech się uczy. Najlepiej na nauczyciela, to i drugich kiedyś uczyć będzie. Nie wiele kosztował mnie w Radziechowie, zdobywając sobie grosz korepetycjami – to samo niech we Lwowie robi. Pójdzie do seminarjum nauczycielskiego – szkoda, aby się miał zmarnować!

 
Tak zawyrokował ojciec: odrazu tedy prysnąć miały wszelkie nadzieje dobicia do Chrystusowego kapłaństwa… Tłumaczenia i prośby jego na nic się nie przydały: ugiął się wiec przed wolą ojcowską. Ale nie zupełnie, gdyż i teraz i przez cztery lata nauki seminarjum nauczycielskiem ustawicznie powtarzał:

 
– Ja uczę się na nauczyciela, ale nim nie będę.


Zwiedzając rodzinne i szkolne strony O. Wenantego, niewiele zdołałem zebrać szczegółów z tego okresu jego życia: Nie dotarłem do żadnego z profesorów, nie doszukałem się żadnego z kolegów. Doszło tylko mych uszu, że ówczesny katecheta seminarjum nauczycielskiego ks. Boczar, zmarły przed kilku laty, miał się o uczniu swoim Józefie Katarzyńcu wyrażać tak:

 
– Tyle lat uczyłem po szkołach i miałem styczność z tyloma chłopcami, ale ani przedtem ani potem nie miałem ucznia podobnego jemu.
Tak samo wyrażali się podobno o nim profesorowie.

 
A w liście ks. Dziekana Czyrka znajduję te słowa:

 
– Tam (t. j. w seminarjum nauczycielskiem) utrzymywał się z lekcyj. Był ozdobą rówieśników. Przełożeni mieli dla niego tylko pochwały.
Że utrzymywał się – bodaj częściowi – z lekcyj, świadczą karteczki, pisywane wtedy do rodziców. Wyszukałem ich parę i wypożyczyłem od rodziny.

 
Kochani Rodzice! – pisze dnia 23 lutego 1906 roku.
Już dawno do Was nie pisałem, dlatego teraz biorę pióro do ręki. Lekcje dzięki Bogu mam. Dostanę miesięcznie trzy reńskie…
Albo w marcu tegoż roku:
Z łaski Boga zdrów jestem i dobrze mi się powodzi. Lekcje mam, dlatego nie przysyłajcie mi 5 zł. tylko 2 zł. 20 ct…
Albo 1 lutego 1907 r.:
Za lekcje, które miałem, dostałem 3 korony i wydałem je na książki: może jeszcze co dostanę, to będzie na internat.
Raz tylko, 9 marca 1907 roku, donosi smutno:
Lekcyj nie mam…

 
Ta sama korespondencja, której urywki tu zamieściłem, uczy jeszcze bardzo wiele. Kogo uczy? Szczególnie młodzież naszą szkolną. Ta młodzież, jeśli mieszka poza ogniskiem rodzinnem, nieraz wydatkami zbędnemi tak podrywa stan majątkowy rodziców, że ci wolą już zupełnie do szkół dzieci nie posyłać. Posłuchajcie tedy młodzi, jak się urządzał przyszły O. Wenanty!

 
W kwietniu 1904 roku pisze:

 

Najdrożsi Rodzice!
Nadchodzą święta wielkanocne, które chciałbym spędzić w kółku rodzinnem. Rozjeżdżamy się za 10 dni. Ponieważ będę musiał przynieść do domu bieliznę do prania, dlatego nie będę mógł iść z ciężarem. Proszę Was o przysłanie choć jednej korony, bo inaczej nie będę mógł przyjechać do domu. Jeżeli macie pieniądze, to przyślijcie je w krótkim czasie z adresem do internatu, a jeśli nie macie, to ja pójdę piechotą do domu…

 
– Jeśli nie mają pieniędzy, to – nie nalega: – Pożyczcie, a przyślijcie! – lecz: – pójdzie piechotą do domu. Mowa tu zapewnie o tych 4 kilometrach z Kamionki do Obydowa, bo kolej wtedy tylko do Kamionki dochodziła. Z tłumokiem bielizny pójdzie…

 
I zadowala się czemkolwiek, byle ulżyć kochanym rodzicom. Oto n. p. pisze w dwa lata później, gdy już był uczniem III kursu seminarjum:
Bluzkę przyślijcie mi, tu się przypasuje…

 
Chyba nie o nową bluzkę prosi, skoro będzie ją przypasowywał… A choćby i o nową, to czy nie porządniejszą bluzkę nabyłby w magazynach lwowskich, niż mu tam w Obydowie uszyją? A jednak w Obydowie wypadnie taniej: pragnie tedy ulżyć rodzicom.
Innym znowu razem prosi, by mu rodzice przysłali stare buty i coś do zjedzenia.

 
Matka jego opowiada, że gdy otrzymał co z domu „do zjedzenia”, wymieniał to na pożyteczne książki.
Gdy tak wypisuję budujące szczegóły korespondencji O. Wenantego jako ucznia szkoły średniej, myślę sobie:
– A może kto z młodych naprawdę pożytek z tego opowiadania odniesie i czując to, radby jak najwięcej rzeczy podobnych usłyszeć?
Dobrze! Wykorzystam moich notatek resztę.

 
Oto: uczył się tak dobrze i tak pilnie odrabiał lekcje, że świadectwa jego seminaryjne roją się wprost od takich ocen, jak: celujący, chwalebny, wytrwały. Prawda, na drugim i trzecim kursie przyplątało się coś „zadowalających” i „dostatecznych”, ale przypisać to trzeba wyłącznie nawałowi korepetycyj, jakiemi się obarczył, byle rodzicom w płaceniu za siebie dopomóc.

 
Za pilność i wzorowe zachowanie się w szkole uzyskał poważną pomoc pieniężną z funduszu krajowego w kwocie 920 ówczesnych austryjackich koron: pomoc ta rozłożona była na poszczególne lata nauki.

 
By się w wydatkach jak najbardziej ograniczać, prowadził sobie dzienniczek dochodów i rozchodów; na końcu obliczył, że wykształcenie jego od początku nauki kosztowało rodziców jednak 400 reńskich.

 
A pobożność? Wpadła mi w ręce tylko kartka spisu członków Żywego Różańca z czasu pobytu w seminarjum nauczycielkiego we Lwowie: zelatorem Józef Katarzyniec i wszystkie nazwiska jego ręką wpisane. On tedy Różę tę zebrał, on ją prowadził. I choć po dziesiątku Różańca z dnia na dzień odmawiać musiał, i współkolegów do tego samego zachęcać – jako mawiał ongiś, gdy pasał w Obydowie krówki:
Każdy powinien odmawiać Różaniec!

Róża Młodzieńców
Przy całej swojej pilności i pobożności był chyba dość wesołym chłopcem, skoro nawet listy do ojca pisywał niekiedy dowcipną mieszanką liter i znaków umówionych: trudno to niewtajemniczonemu odczytać. – Próbuj młodzieńcze, a równocześnie i w całe życie tego wzorowego ucznia szkoły średniej wczytać się usiłuj…

list

 

Co, co go wtedy znali, wyrażają się o nim jędrnie:
– Najlepszy uczeń i najlepszy kolega!

Reklamy