Tagi

, , , , , , ,

Maryja kocha nas, życzy nam zawsze jak najlepiej, w każdej chwili świadczy nam różne dobrodziejstwa, których często nie poznajemy. Również my możemy kochać Maryję, odnosić się do Niej z dziecięcą życzliwością, sprawiać Jej przyjemność przez dobre uczynki.

Maryja kocha nas, życzy nam zawsze jak najlepiej, w każdej chwili świadczy nam różne dobrodziejstwa, których często nie poznajemy. Również my możemy kochać Maryję, odnosić się do Niej z dziecięcą życzliwością, sprawiać Jej przyjemność przez dobre uczynki.

Całkowite oddanie się Matce Bożej

 

Różne praktyki nabożeństwa do Maryi

 
Prawdziwe nabożeństwo do Matki Bożej jest tylko jedno, a jest nim to, które ma potrzebne przymioty, to znaczy, które jest wewnętrzne, ufne, święte, stałe i bezinteresowne. Przejawy jednak tego nabożeństwa są liczne i różne. Stąd mamy rozmaite praktyki pobożne, którymi czcimy Najświętszą Panienkę. Wielorakie praktyki kultu mariańskiego możemy podzielić na dwie grupy, na wewnętrzne i zewnętrzne.

Praktyki wewnętrzne

 

Praktyki wewnętrzne nabożeństwa do Przenajświętszej Dziewicy są to akty rozumu i woli, tych władz duszy wewnętrznych, uzdolnionych cnotami wiary, nadziei i miłości, a wprowadzonych w danej chwili w ruch przez łaskę Boską uczynkową.

 
Taką praktyką wewnętrzną są: akty wiary w przywileje Matki Najświętszej; akty nadziei czyli ufności w jej pomoc; akty miłości, już to radości z Jej chwały, już to pragnienia, by przysporzyć Jej czci, już to uzgodnienia, już upodobania, już usiłowania sprawienia Jej przyjemności. To wszystko jest nader piękne, miłe Matce Najświętszej i dla duszy ludzkiej pożyteczne. Cenniejsze to, niż wiedza, niż nauki, niż bogactwa, niż wszystko złoto i srebro całej ziemi.


Inną wewnętrzną praktyką prawdziwego nabożeństwa do Najświętszej Panny jest jednoczenie się naszej duszy z duszą Maryi.
Dusza nasza może jednoczyć się z duszą Niepokalanej Dziewicy na sposób łączenia się w ogóle duszy z duszą. Łączą się zaś dusze z sobą przez to, że myślą wzajemnie o sobie, kochają się wzajemnie, życzą i czynią sobie dobrze, mają jedną wolę, jedno wspólne chcenie i niechcenie – unum velle, unum nolle. W ten sposób pojmując jednocześnie się również z Matką Bożą, możemy je praktykować nawet przy zwyczajnej pomocy łaski Bożej.

 
Dziewica Niepokalana myśli o nas. Wpatrzona w Boga, widzi nas w Nim dokładniej, aniżeli widziałaby nas, gdyby żyła na ziemi i była przy nas obecna. Poznaje tedy w nas to wszystko, co poznać Bóg Jej pozwala, a co w jakikolwiek bądź sposób dotyczy Jej roli, jaką z woli Bożej spełnia w niebie odnośnie do wszystkich ludzi.

 
My tez możemy o Niej myśleć, często Ją wspominać i myślą na Nią spoglądać. Gdy to czynimy, choćby tylko przelotnie w jednym mgnieniu oka, Ona wie o tym, poznaje to i sprawia Jej to przyjemność. Jest to bowiem dowodem, iż podobamy sobie w Niej, cenimy Ją sobie, Jej wdzięki porywają nas.

 
Gdy się nam podoba jakiś obraz, przedmiot, spoglądamy nań często. Oblubieniec instynktownie i bezwiednie szuka wzrokiem swej oblubienicy. Maryja zna prawa serca miłującego, toteż chętnie przyjmuje częste spojrzenia Swego dziecka.

 
Maryja kocha nas, życzy nam zawsze jak najlepiej, w każdej chwili świadczy nam różne dobrodziejstwa, których często nie poznajemy. Również my możemy kochać Maryję, odnosić się do Niej z dziecięcą życzliwością, sprawiać Jej przyjemność przez dobre uczynki. Chociaż myśl nasza ulegnie roztargnieniu i zajmie się obowiązkami zewnętrznymi, wola jednak może trwać dalej przy Matce Bożej i przez odnawianą intencję wpływać na poszczególne czynności, by przemieniać je w tyleż żywych dowodów miłości ku Najświętszej Panience.

 
Matka Boża ma pewną, ściśle określoną wolę, która, jak już widzieliśmy, zgodna jest jak najdokładniej z wolą Pana Jezusa. i my również możemy chcieć to samo, co Ona, czyli możemy uzgodnić naszą wolę z Jej. Gdy się to stanie, zapanuje w duszy naszej Maryja, będziemy z Nią zjednoczeni przez miłość i wolę.

Praktyki zewnętrzne

 

Praktyki zewnętrzne nabożeństwa prawdziwego do Matki Bożej są to wewnętrzne akty czci i miłości względem Najświętszej Dziewicy, ujawnione na zewnątrz różnymi czynnościami.

 
Do zewnętrznych praktyk należy: zapisanie się do któregoś z bractw mariańskich, jałmużna, post, umartwienia spełniane w intencji przypodobania się Matce Bożej, noszenie szkaplerza, koronki, mówienie kazań i wydawanie pism ku chwale Najświętszej Panienki, odmawianie różańca, litanii, różnych modlitw i antyfon, śpiewanie pobożnych pieśni; umieszczanie Jej obrazów w domu lub na odpowiednich miejscach poza domem, przyozdabianie Jej obrazów, ołtarzy, figur i kościołów, przybieranie sobie Jej imienia, zaofiarowywanie się Jej w sposób uroczysty.

 
Żeby być prawdziwym czcicielem Matki Najświętszej, nie musi się spełniać wszystkich wspomnianych praktyk, trzeba jednak przyswoić sobie jedną lub drugą i zachować ją wiernie. Człowiek bowiem składa się nie tylko z duszy, ale i z ciała, dlatego w naturze ludzkiej leży wyrażać wewnętrzne usposobienia i akty na zewnątrz przez czynności władz zewnętrznych.

 
Niedawno temu w Nancy we Francji, podczas kazania, pewien zakonnik zachęcał słuchaczy do zdobienia kwiatami ołtarzy Matki Najświętszej, iż za wszystko Matka Boża hojnie zapłaci, choćby dopiero w godzinę śmierci. Po kazaniu, gdy kapłan ów wrócił do zakrystii, przystąpiła do niego jakaś dostojna pani, ubrana w szaty żałobne i rzekła: Ojcze wielebny, prawdę dopiero co z ambony wypowiedzianą stwierdzam własnym doświadczeniem. Miałam męża. Był to człowiek w życiu prywatnym i publicznym bardzo uczciwy, niestety, tylko obowiązków względem Boga nie wypełniał. Nie spowiadał się i nie pomogły ani gorące moje modlitwy, zasyłane do Stwórcy, ani łagodne napomnienia. W miesiącu maju, podobnie jak i w latach poprzednich, urządziłam we własnym pokoiku mały ołtarzyk dla Matki Miłosierdzia, przystrajając go od czasu do czasu świeżym kwieciem. Mój mąż miał zwyczaj prawie w każdą niedzielę odbywać przechadzki do pobliskich wiosek. Z powrotem przynosił zawsze piękny bukiet kwiatów, który za każdym razem stawiałam przez obrazem Matki Najświętszej. Nie wiem, czy mąż mój przynosił kwiaty jedynie dla mojej przyjemności, czy może dla uczczenia Matki Bożej. Bądź co bądź w każdą niedzielę wracał mąż z przechadzki do domu z kwiatami, ułożonymi w piękny bukiet, a ja stawiałam je na ołtarzyku Najświętszej Panienki. W pierwszych dniach czerwca dostał mąż śmiertelnego ataku serca i nagle przeniósł się do wieczności, nie zaopatrzony Świętymi Sakramentami. Ustawiczne zmartwienie z powodu nagłej śmierci męża i ciągła troska o jego zbawienie, podkopały moje zdrowie do tego stopnia, że lekarze wskazali mi podróż na południe, celem ratowania sił zamierających. Będąc w Lyonie, postanowiłam odwiedzić księdza Vianney, proboszcza z Ars, słynącego w całej Francji ze świątobliwego życia. Uwiadomiłam go najpierw o swym zamiarze, prosząc równocześnie o modlitwę za męża, który umarł bez Sakramentów Świętych. Na tych słowach skończył się mój list. Po kilku dniach przyjechałam do Ars i udałam się do świątobliwego kapłana, by go odwiedzić. Ten zaraz przy pierwszym spotkaniu zapytał: Czy pani zapomniała o kwiatach, składanych w każdą niedzielę miesiąca maja przed obrazem Matki Miłosierdzia? – Słowa czcigodnego proboszcza zadziwiły mię bardzo. Jakim sposobem mógł się on dowiedzieć o kwiatach? Przed nikim się przecież nie zwierzałam, o kwiatach nie mówiłam nikomu. Przy końcu naszej rozmowy rzekł starzec: Pan Bóg łaskawie postępuje z czcicielami Matki Swej i wiele im przebacza. W obliczu śmierci dał Stwórca mężowi łaskę doskonałego żalu i prawdziwej skruchy. Dusza jego znajduje się w czyśćcu. Miłosierne uczynki i modlitwy mogą ją z mąk czyśćcowych uwolnić i zaprowadzić do nieba. – Wypadek ten jest dużym upomnieniem, byśmy nie lekceważyli praktyk zewnętrznych. Są one miłe Matce Bożej i płaci za nie Najświętsza Panienka wspaniałomyślnie.

 
   Państwo Elman, mieszkający nad Renem, mieli córkę Marię, którą oddali daleko od swej miejscowości do szkoły. Posiadłość ich ciągnęła się wzdłuż brzegu rzeki na kilka kilometrów. W środku stał dwór, a dookoła roztaczał się wspaniały widok. Na końcu głównej alei lipowej widniała prześliczna grota Matki Boskiej z Lourdes. Właśnie dopiero co panna Marysia złożyła dwa pęki kwiatów u stóp figury Matki Bożej Niepokalanej, dodając: Niech Cię kochają i pozdrawiają za mnie, bo ja jadę daleko do szkoły. W rzeczy samej siadła na powóz i z ojcem pojechała na stację. Kupili bilet i pan Elman razem z córką zajął miejsce w wozie pierwszej klasy. Byli sami. Ojciec ułożył walizy na półkach, usiadł wygodnie i zapalił cygaro. Marysia stanęła przy oknie, by przesłać ostatnie pozdrowienia Swej Matce Boskiej do parku. Ujechali kilkadziesiąt kilometrów, a dziewczyna stale patrzyła przez okno. Wtem ujrzała jak na przestrzeni kilkumorgowej rozkładały się całe łany róż: Ach jakie śliczne róże! Jakbym tak chciała mieć choć jeden bukiet tych róż białych dla Bożej Matki w kaplicy naszego zakładu! – Ucałowała ojca w rękę i jęła do prosić, by przecież mogła dostać bukiet tych róż. – Cóż ci też po tej mądrej głowie chodzi – rzekł ojciec. Dziewczyna jednak nie przestała prosić, nalegać, tłumaczyć, że pociąg sam się zatrzyma na najbliższej stacji, że mogą wysiąść i pójść do pana, który posiada willę róż. Tymczasem pociąg zwalniał biegu, dojeżdżając do stacji. Ojciec rozważył wszystkie racje za i przeciw i zadecydował przerwę jazdy. Istotnie wysiedli, udali się do majątku, kupili najpiękniejszy bukiet, ugościli się podwieczorkiem u właściciela plantacji róż i kiedy nadszedł czas następnego pociągu, udali się z powrotem na stację. Dojeżdżając, zauważyli niezwykły ruch, niemal popłoch wśród służby kolejowej. Biegano, gestykulowano, wymyślano sobie i znowu przepraszano. – Czyśmy się nie spóźnili na pociąg? – Państwo przyjechali cała godzinę wcześniej. Pociąg będzie wstrzymany, dopóki się nie oczyści toru. Poprzedni pociąg wykoleił się na piątym kilometrze stąd i jeden wagon strzaskany. Trzeba go usunąć. Właśnie jadą robotnicy. – A który wagon strzaskany? – Środkowy pierwszej klasy – Pan Elman uczuł jak wszystkie żyły w jego ciele drżą, a pot zimnymi kroplami występuje mu na czoło. Gdyby byli nie wysiedli, gdyby nie róże dla Matki Bożej, byłby wagon pierwszej klasy stał się dla nich trumną. – Przypadek to, ale z takich przypadków składa się nasze życie. Rządzi nimi Ten, który wszystko może. On to dał takie natchnienie ojcu, iż zadecydował przerwę jazdy. Natchnienie to było łaską, a wszystkie łaski spływają na ludzi przez Wszechpośredniczkę. Tak znowu Najświętsza Panna wynagrodziła drobną praktykę zewnętrzną ozdabiania Jej figury.

 
W Paryżu, w ubogiej izdebce na strychu, umierała wdowa. Przy łożu umierającej klęczał jedenastoletni syn, Alfons, zanosząc się od płaczu. – Synu mój – rzekła do chłopca umierającym głosem matka – wiesz, że rodzina nasza należy do znakomitych rodów Francji i że wszystko straciliśmy podczas rewolucji. Teraz zostajesz biednym sierotą, lecz oddaję cię w opiekę Matce Najświętszej, masz mój różaniec i odmawiaj go codziennie. Młodzieniaszek ucałował zimną rękę matki i przyobiecał spełnić jej życzenie. Minęły lata. Alfons ukończył chlubnie liceum, wstąpił do szkoły wojskowej, zdał świetnie egzamina, odbył w randzie porucznika wojnę algierską i szybko awansował w stopniach wojskowych. W towarzystwie złych kolegów stracił wiarę, lecz wierny słowu codziennie odmawiał różaniec na cześć Najświętszej Panienki, jako to przyrzekł umierającej matce. Nadszedł rok 1854, a z nim wojna krymska. Alfons brał w niej udział w randze pułkownika. Pewnego wieczoru pod Sebastopolem powrócił późno i bardzo strudzony do swojej kwatery. Potrzebował na gwałt spoczynku, lecz przypomniał sobie, iż jeszcze nie odmówił w tym dniu różańca. Zwalczył zmęczenie, wziął do ręki różaniec i chodząc szybkim krokiem po baraku, głośno odmawiał zdrowaśki. Przypadkowo przechodził tamtędy, wracając od chorego, kapelan wojskowy. Słysząc pułkownika odmawiającego głośno o tak późnej godzinie różaniec, zastanowił się, uchylił drzwi baraku i z uśmiechem zapytał: Pan pułkownik odmawia tak późno różaniec? – Ha! Cóż robić! Nie z pobożności to, proszę księdza, bom przecież niedowiarek i bezbożnik. Przyrzekłem matce i słowa dotrzymuję. – Kapelan wszedł do baraku i zaczęła się żywa rozmowa o religii i potrzebie świętych Sakramentów. Na zakończenie pułkownik poprosił o spowiedź. Nazajutrz stoczono krwawą bitwę. Między poległymi znaleziono i pułkownika Alfonsa, w jednej ręce trzymającego skrwawioną szpadę, a w drugiej różaniec.

 
   Braciszek jezuicki, Girandi, czternaście lat temu nie tylko niezdolnym był do pracy, ale nawet chodzić nie mógł bez krokwi. Lekarze stwierdzili, że ma raka w prawym biodrze. Posłano go do specjalisty, a ten mu oświadczył, że trzech miesięcy nie przeżyje. Widząc, że od ludzi ratunku spodziewać się nie może, wrócił z rezygnacją świętą w zacisze klasztornej celi. Jednego dnia zawlókł się do kapliczki Matki Bożej i zaczął gorąco się modlić o wyzdrowienie, przyrzekając w zamian starać się zawsze, o ile możebnym będzie, o świeże kwiaty na Jej ołtarz. Niedługo potem rzucił braciszek Girandi jedną kulę precz, potem drugą zastąpił laską, aż wreszcie był zdolny pracować w ogrodzie. Co wiosny można go było widzieć uwijającego się między grządkami. Dzięki jego zabiegom zielenił się murawa, rozły młode drzewka, kwitły wonne kwiaty, a ołtarzyk Matki Bożej zdobiły codziennie świeże bukiety.

 
Powyższe fakty i tysiące tysięcy im podobnych wykazują ogromne korzyści z wiernego praktykowania na cześć Matki Najświętszej jednego lub drugiego zewnętrznego objawu nabożeństwa do Matki Bożej.

Reklamy