Tagi

, ,

wychodził zawsze do szkoły znacznie wcześniej, by mieć czas na wysłuchanie Mszy świętej i posłużenie do niej. „Ile to razy – wspomina ze łzami w oczach matka – nie zdążyłam sporządzić na czas śniadania, więc mówię: - Zaczekaj trochę, Józiu, do szkoły jeszcze i tak zdążysz! – a on bez śniadania wolał się obyć, byle Mszy świętej ani razu nie opuścić.”

wychodził zawsze do szkoły znacznie wcześniej, by mieć czas na wysłuchanie Mszy świętej i posłużenie do niej. „Ile to razy – wspomina ze łzami w oczach matka – nie zdążyłam sporządzić na czas śniadania, więc mówię:
– Zaczekaj trochę, Józiu, do szkoły jeszcze i tak zdążysz! – a on bez śniadania wolał się obyć, byle Mszy świętej ani razu nie opuścić.”

PILNY, ZAPOBIEGLIWY UCZEŃ.

 
WSPOMNIAŁEM już mimochodem, że O. Wenanty, a właściwie wtedy jeszcze Józio Katarzyniec, chodził do szkoły wpierw w rodzinnej wiosce w Obydowie – jeden tylko rok, bo była tam podówczas mała, początkująca szkółka – a przez pięć lat do Kamionki Strumiłłowej.

 
Do Kamionki – 4 kilometry drogi lasem przez pole. Czy w pogodę czy w słotę, czy latem czy zimą, odbywał nasz Józio z dnia na dzień wiernie tę drogę, a matka opowiada, że gdy raz w okropną pluchę puścić go z domu nie chciała, tak długo prosił, aż… niespodzianie wypogodziło się zupełnie i synek radośnie do szkoły pogonił.

 
Jeszcze „kłopot” miała z nim matka: wychodził zawsze do szkoły znacznie wcześniej, by mieć czas na wysłuchanie Mszy świętej i posłużenie do niej. „Ile to razy – wspomina ze łzami w oczach matka – nie zdążyłam sporządzić na czas śniadania, więc mówię:

 


– Zaczekaj trochę, Józiu, do szkoły jeszcze i tak zdążysz! – a on bez śniadania wolał się obyć, byle Mszy świętej ani razu nie opuścić.”
„Dla dziecka było to poświęcenie” – pisze o tem proboszcz jego ks. dziekan Czyrek. I dodaje: „W szkole był cichutki: pociecha i chluba przełożonych. Nigdy na niego skargi nie było i przykrości żadnemu dziecku nie robił.”

 
Kiedym, będąc osobiście w Kamionce Strumiłłowej, prosił tegoż ks. Proboszcza, by o swym parafianinie coś więcej z tego czasu opowiedzieć mi zechciał, dorzucił żartobliwie:

 
– Tych baciarów (łobuzów) to doskonale pamiętam: wiem, za com ich bił w skórę. Ale ten? Tak był cichy i skromny, że prawie nie zwracał na siebie uwagi. Uczył się dobrze, siedział w klasie spokojnie – i któż mógł przypuszczać, że o jego życie będzie się kto kiedy dopytywał?
– Zresztą – dodał po chwili – tu był małym chłopcem, potem schował się w seminarium nauczycielskim we Lwowie, a wreszcie – utonął w waszym Zakonie.

 
A w liście dopełnił jeszcze swe cenne zeznania temi słowy:
– Mogę powiedzieć tyle, że była to dusza czysta i święta. Niech go Bóg ma w Swej chwale, a rodzina i wieś rodzinna w niebie Patronem i Orędownikiem!

 
Rzadko się zdarzy, by ks. Proboszcz takie świadectwo o parafianinie mógł wydać!

 
Ciekawe zdarzenie dotarło jeszcze do mych uszu, gdym bawił w Obydowie. Świadczy ono z jednej strony o pilności Józia, a z drugiej o trudnych widocznie warunkach, w jakich zadane w szkole lekcje odrabiać w domu musiał. Oto jeden z nauczycieli szkoły powszechnej w Kamionce, p. Sobotowski, wybrał się na poobiednią przechadzkę lasem w stronę Obydowa. Wtem pod jednem z drzew dostrzega jakby mały cygański obóz czy co takiego: chłopiec pochylony nad rozłożonemi książkami, atrament odkorkowany obok – on uczy się, pisze. Tym chłopcem był uczeń jego Józio Katarzyniec.

 
– Co ty tu robisz w lesie? – pyta ubawiony takim widokiem.

 
– Uczę się zadanych lekcyj na jutro – odrzekł spuściwszy zakłopotane oczy.

 
– Tutaj? w lesie? Dlaczegoż nie idziesz z tem do domu?

 
– Bo w domu bardzo przeszkadzają.

 
Takim uczniem był nasz Józio!

 
Zachowała się jedna korespondencja jego z tego czasu, pisana ołówkiem:

 

Kamionka Str. – 16 lutego 1902.

Najdrożsi Rodzice!

31 stycznia otrzymaliśmy świadectwa. Z tym dniem skończyło się pierwsze półrocze. Ja otrzymałem świadectwo także. Moje postępy są dość dobre. Na przyszłość będę się starał jeszcze lepsze świadectwo otrzymać.

Całuję Was serdecznie i moją Siostrę

Wasz syn Józef.

Takie to proste, a jednak już widnieje dobre, kochające serce dwunastoletniego wtedy chłopca!

W roku 1903 ukończył nasz Józef Katarzyniec powszechną szkołę w Kamionce i otrzymał chlubne świadectwa. Rodziło się teraz ważne dla całego późniejszego życia pytanie:

 
– Co dalej?

 
Chciał zostać księdzem. Zwierzył się z tem swemu katechecie (prefektowi) ks. Buszyńskiemu, ale ten, mimo najszczerszej życzliwości, nic niestety doradzić, nic uczynić nie mógł: wszelkie zamiary rozbijały się zawsze o ubóstwo rodziców… Już zanosiło się na przyjęcie do Małego, biskupiego, Seminarjum we Lwowje, ale niestety i tego urzeczywistnić się nie dało: brakowało pieniędzy…

 
– Więc do Radziechowa! – podszepnął ktoś. – Jest tam wydziałowa szkoła, a o mieszkanie też nie będzie trudno.

 
Jakoż pojechał do Radziechowa, zapisując się w tej wydziałówce od razu do III klasy. Jeden rok tu przebywał, ale ten rok jeden stał się dla niego naprawdę opatrznościowym. Dyrektor szkoły bowiem był niedoszłym księdzem: w dopięciu upragnionemu celu stanęło mu na przeszkodzie niespodziane kalectwo: złamał nogę. Miał jeszcze wiele duchownych i teologicznych książek, a dowiedziawszy o zamiarze swego ucznia Katarzyńca, rzekł raz do niego:

 
– Słuchaj Józek, idź na strych i powybieraj sobie książki, które ci się mogą przydać.

 
Trzymał je bowiem na strychu, między rupieciami.

 
Nasz Józef nie posiadał się z radości: o tych książkach bowiem już nieraz słyszał i miał na nie chęć ogromną. Natychmiast pospieszył na wskazane sobie miejsce i wziął ich sporo: oczy jaśniały mu szczęściem! Wczytywał się w te skarby, każdą chwilę wolną od nauki im poświęcając, a dla zacnego dyrektora zachował wdzięczność przez całe życie.

 
– Wszystko zawdzięczam jego dobroci! – mówił nieraz potem.

 
Przy pilnej nauce i bujnem czytaniu książek, znajdował jeszcze dość czasu na pomaganie współkolegom w odrabianiu lekcyj: jeden z jego ówczesnych kolegów po dziś dzień wyznaje, że gdyby nie taka pomoc, zawsze miałby tylko dwóje! Zamożniejsi, wiedząc o ubóstwie jego rodziców, płacili mu za to, dzięki czemu potrafił sobie prawie całkowicie radzić bez oglądania się na kieszenie rodziców.
W lecie 1904 roku ukończył wydziałową szkołę, a świadectwo, jakie dnia 8 lipca wręczono, brzmi:

Świadectwo

Tedy ze wszystkich przedmiotów najwyższe stopnie! Niezwykłe świadectwo zdobyte mimo korepetycyj i czytania licznych książek p. Dyrektora. Złożyły się na nie: niepospolite zdolności i niespotykana pilność.

Reklamy