Tagi

, ,

o. wenantyzebrał O. Alfons M-a Kolbe

Nakładem wydawnictwa „Rycerza Niepokalanej” w Niepokalanowie (obok Warszawy). 1931 „Ułomki z życia O. Wenantego Katarzyńca” kapłana naszego Zakonu, pozwalam drukować w nadziei, że piękny ten przykład iście franciszkańskiego życia przyniesie wiele pożytku duchowego czytającym. Warszawa, dnia 1 października 1929 r. O. Kornel Czupryk Prowincjał.

SŁOWO OD AUTORA.

Z polecenia moich Przełożonych zabrałem się do napisania żywotu świątobliwego mojego Magistra O. Wenantego Katarzyńca, franciszkanina, zmarłego w opinji świętości w dniu 31 marca 1921 roku. Wspomnień tłoczy mi się do głowy wiele, choć przez te parę lat wiele też uleciało, a zapamiętane zatraciły już mniej lub więcej wyrazistości. Objechałem również rodzinne strony czcigodnego Ojca mego i Brata w Zakonie, zbierając, co tylko zebrać się dało. A jednak – do pisania żywotu zabrać się było mi trudno. Dlaczego? – Cnoty O. Wenantego tak ukrywały się przed okiem ludzkiem, że jeden tylko Bóg znał tę piękną duszę na wylot: On też jeden ocenić ją należycie potrafi! – Tak mnie zbijali z tropu ci, co mieli sposobność poznać O. Wenantego najlepiej… Ale i zachęcali równocześnie. Boć jeśli tak wysoce uduchowione było to jego życie, jeśli O. Wenanty z Bogiem najwięcej obcował i dał się Mu najlepiej poznać – toć przykładem swoim może wielu na drogę Bożą wprowadzić, jako już wprowadzał, gdy chodził jeszcze po tej ziemi!… Zatem – w Imię Boże! Będę pisał – a Ty, mój Kochany Magistrze, któremu po Bogu najbardziej zawdzięczam moje wytrwanie na drodze zakonnego powołania… wymódl mi, proszę, pomoc niebiańską dla tej pierwociny pisarskiej pracy, by przez czytanie tych zebranych ułomków z Twego życia, wielu, zwłaszcza młodych, Boga bardziej pokochało i do tej miłości dostroiło życie swoje całe!…

W CIENIU WIEŚNIACZEJ STRZECHY.

DZIECKIEM wsi był O. Wenanty – wsi cichej, dość zapadłej, położonej we Wschodniej Małopolsce na północny wschód od Lwowa, a noszącej nazwę Obydów. Przyszedł na świat dnia 7 października 1889 roku, z rodziców Jana i Agnieszki z domu Kozdrowickiej. W pięć dni później ochrzczony w parafjalnym kościele w Kamionce Strumiłłowej, otrzymał imię Józef.

Rodzice, małorolni wieśniacy, szczerze nabożni, czuwali, by szlachetne zarodki cnót, wszczepione na Chrzcie świętym, wydały godne owoce; ale że tak bujnie to co dobre w duszyczce tej się rozwinie i tak zupełnie stłumi wszelkie zapędy niższe – tego i oni spodziewać się nie mogli.
Od dziecka anioł był z tego chłopca. Gdy rówieśnicy kłócili się, psocili i martwili rodziców – on, wedle dosadnego wyrażenia swego Księdza Proboszcza, „był dla rodziców istną pociechą”. Wcześnie począł pasać krówki, a pilnując ich na pastwisku, równocześnie strugał sobie z drzewa krzyżyki, figurki, malował je, a przedewszystkiem odmawiał nabożnie święty Różaniec. Kto się do niego zbliżył, musiał mu towarzyszyć w modlitwie, bo – mawiał już wtedy do chłopaków – „Różaniec powinien odmawiać każdy”.

Śpiewał też wiele, pasając krówki, a zawsze same tylko nabożne. Najbardziej rozmiłował się w pełnem majestaty „Kto się w opiekę” i „Kiedy ranne wstają zorze”. Lubiał także bardzo pieśni do Matki Najświętszej, zwłaszcza „Serdeczna Matko” i „Matko Niebieskiego Pana” – a gdy w izbie serce śpiewać mu kazało i wśród tego nadeszła matka, prosił ją gorąco:

– Pomagajcie mi Mamo!

Tak tedy już od dziecka był jakby cichym apostołem modlitwy, zachęcając do odmawiania Różańca i do nabożnego śpiewu.
W miarę jak wzrastał w lata, apostolstwo to tryskało z postępowania jego coraz mocniej: on, cichy i ukryty, odważał się upominać i gromić nawet swawolnych chłopaków, gdy z ich wadami się zetknął!

Bliski jego krewny, pasząc również krowy, zwykł był popisywać się nieskromnemi żarcikami, przytem i nucił nieprzyzwoite piosenki i opowiadał gorszące rzeczy, nasz Józio zauważywszy to, podchodzi raz do zepsutego chłopaka i śmiało wobec wszystkich „bezbożnikiem” go nazywa. Nie poprzestając na tem, wypowiada do zebranych jakoby kazanie, przestrzegające i karę Bożą zapowiadające:

– Nie trzeba tak brzydko mówić, ani śpiewać, bo Bóg nas słyszy i ukarze! Nie grzeszcie też inaczej: nie chodź na cudze jabłka ani na marchew, nie bij się z chłopcami, nie znęcaj się nad bydłem…

Bywało, że w czasie takiej przemowy któryś z chłopców śmiać się zaczął i do śmiechu innych pobudzał. Wtedy mały kaznodzieja zmieniał nagle ton mowy:

– Nie śmiać się! – wołała. – Pan Jezus cierpiał tak bardzo za nasze grzechy i umarł na krzyżu! Nie śmiać się, ale poprawić zupełnie trzeba i to zaraz, bo jeśli się nie poprawicie, to was Bóg ukarze!

A wtedy – już wszystko cichło i nawet najgorsi chłopcy słuchali ze skupieniem.

Podobne kazania miewał mały Józio i w mieszkaniu, wtedy wchodził na ławę i przemawiał, a wzruszenie jego udzielało się zebranym chłopcom wioskowym. – Tak opowiadają ludzie w Obydowie, ci dawni rówieśnicy jego, co dobrze go znali i z kazań jego niemały odnosili wtedy pożytek…

Zapowiadało się tedy już od lat najmłodszych, że Józio księdzem będzie. Sam też – wspomina żyjąca jeszcze staruszka-matka – „od takiego maleńkiego powtarzał ciągle że pójdzie na księdza i na księdza.”

Odrazu widocznem również było, że na księdza zakonnego: niezwykle bowiem był rozmiłowany w posłuszeństwie. „Siedział na pastwisku – opowiada stryj Franciszek Katarzyniec – a tatuś zawołał: „Józiu!” – ten zaraz posłuchał i leciał, że aż się ludzie dziwowali.”

Inaczej jeszcze, jakby bardziej jaskrawiej, to powołanie Boże ujawniało się w maleńkim, przez wszystkich kochanym, Józiu. Od pierwszych lat życia, gdy tylko zdołał pojąć, czem jest Msza święta – a pojął to wcześnie – garnął się do kościoła, by doznawać szczęścia uczestniczenia w Najświętszej Ofierze. A kościół najbliższy w Kamionce Strumiłłowej oddalony był od Obydowa o 4 kilometry. „Widziałem go nieraz modlącego się tu nabożnie – opowiada jego ks. Proboszcz – i myślałem sobie: jak ślicznie ten chłopczyk się modli!” A gdy został dopuszczony do Pierwszej Komunji św. przyjmował już odtąd Pana Jezusa do serca swego co najmniej raz w miesiącu, a modlił się gorliwiej jeszcze. Tęsknotą jego było teraz: służyć do Mszy świętej…

Ponieważ tymczasem już i do szkoły chodzić zaczął, wpierw rok jeden w Obydowie a potem do Kamionki, przeto łatwiej było mu teraz wyuczyć się ministrantury i sposobu służenia do Mszy św.

Jakoż się wyuczył. Ale jak do służenia się dostać? Zakrystja kościoła w Kamionce aż się roiła od ministrantów: każdy z nich o swe miejsce uprzywilejowane zazdrosny… Wszedł do zakrystji i Józio Katarzyniec, no i stanął nieśmiało w kąciku. Spostrzegli go chłopcy i zrozumieli odrazu, o co idzie, więc powitali groźbami: niechby się tylko odważył służyć! Na to wszedł ks. Proboszcz i kazał służyć do Mszy św. właśnie wzgardzonemu i odpychanemu Józiowi, tamtych zaś wykrzyczał. Z głębokiego smutku – radość przeogromna! Odtąd już często sługiwał, a zawsze tak nabożnie, że obecni głęboko się budowali. On zaś promieniał radością.

– Służyłem znów do Mszy św. – mówił do matki, powróciwszy do domu.

W Obydowie kościoła niema; jest tak tylko ładna, murowana kaplica, w której odprawia się corocznie t. zw. „polna Msza święta”, tuż przed samemi żniwami, dla uproszenia u P. Boga błogosławieństwa na tak ważny dla wsi – i nie tylko dla wsi – czas. Nasz Józio odkąd wyuczył się służyć do Mszy św., służył do niej zawsze, a prócz tego zachodził często do ukochanej tej kapliczki na Różaniec. Zwykle zastawał drzwi zamknięte: klękał więc sobie nazewnątrz: tak go ludzie widywali i budowali się wielce.

Była w pobliżu jeszcze druga kaplica, w Jagonie. I do niej zachodził. A widząc w ołtarzu trzy tablice zwane kanonami, zawierające modlitwy łacińskie, odmawiane przez kapłana w czasie odprawiania Mszy świętej, postanowił sobie wypisać je kiedyś, by móc spróbować odprawiania Mszy świętej u siebie w domu. Jakoż przy najbliższej sposobności, pomodliwszy się wpierw, zbliżył się do samego ołtarza, brał z uszanowaniem kolejno tablice do ręki, i je przepisywał, tak litera po literze, boć języka łacińskiego nie znał wtedy jeszcze. Ukończywszy tę mozolną prace, pomodlił się znowu i po powrocie do Obydowa, nic nikomu nie mówiąc, zabrał się do staranniejszego odcyfrowania tych modlitw na mocny, sztywny karton. Gdy już Kanony w tej sposób sobie zdobył, jął sporządzać szaty kapłańskie: stułę, manipularz, ornat – wszystko z papieru… A ukończywszy i tę pracę, zaopatrzywszy się w przybory kapłańskie do odprawiania Mszy św., takie na swój wzrost, maleńkie, próbował naprawdę samego odprawiania: wpierw samotnie, a następnie wobec domowników, zbierających się coraz liczniej.
Ojciec był przerażony. Co czynić?.. Zezwalać na to nie mógł – bo i jakże?.. Przeszkadzać też nie śmiał, bo wszystko odbywało się ze zbudowaniem obecnych i jego samego… Udaje się tedy do księdza Proboszcza z tym kłopotem:

– Czy mogę na to pozwolić, co się w moim domu dzieje? Światły kapłan, który dobrze znał swego ministranta Józia Katarzyńca, dopytał się o wszystko dokładniej jeszcze, a przewidując w tem zamiary Boże, odpowiedział:Kościół

– Jeśli naprawdę tak ze zbudowaniem się to odbywa, to można nie przeszkadzać.

Odszedł ojciec uspokojony.

Zaprawdę, dziwne są drogi, któremi sługi Swoje Bóg wszechmocny prowadzić raczy!

 

Reklamy