Tagi

, , ,

Całe jego życie było nie tylko ustawiczną walką z przeciwnościami, ale na pozór, jedną wielką porażką. – ile potrzeba było świętości, ile bezbrzeżnej wiary, by nie załamać się i nie skierować swej działalności na tory może równie Boże, ale bardziej „aktualne”!

Całe jego życie było nie tylko ustawiczną walką z przeciwnościami, ale na pozór, jedną wielką porażką. – ile potrzeba było świętości, ile bezbrzeżnej wiary, by nie załamać się i nie skierować swej działalności na tory może równie Boże, ale bardziej „aktualne”!

Urodził się dnia 31 stycznia 1673 r. w Montfort, w Bretanii. Ale zapowiedź jego przyjścia unosiła się nad tym zakątkiem Francji już od r. 1418. Zawsze miały dla niego nie istnieć odległość w czasie. W tym bowiem r. 1418, św. Wincenty Ferreriusz, w czasie kazania wygłoszonego w tej okolicy w proroczym natchnieniu przepowiedział, iż za kilka wieków tu właśnie działać będzie mąż wielki przed Bogiem, którego dzieło będzie błogosławieństwem dla Kościoła. Epoka, w której przyszedł na świat, gdy się ją zestawi z danymi mu przez Stwórcę cechami: charakterem, usposobieniem, typem psychicznym, wydaje się – spośród wszystkich epok naszej ery – najbardziej chyba nieodpowiednia dla jego rozwoju i harmonijnego dopełnienia się jego przeznaczeń. Toteż z tą epoką był skłócony przez całe życie, a jednocześnie z nią pogodzony, jak może być tylko pogodzony człowiek, który trzyma wzrok utkwiony w Bogu i wie, że jego wkład w dzieło Boże jest ponadczasowy. Byłby się czuł znakomicie jako brat św. Franciszka lub uczeń św. Dominika; byłby bezcennym, entuzjastycznie powitanym apostołem naszych czasów. Ale urodził się jednocześnie za późno i za wcześnie. W każdym razem nie w tym czasie, do którego do przeznaczała jego wewnętrzna treść.

 
Nie sposób tu streścić jego życia. Życie jego można tylko albo opowiedzieć w całości, albo ograniczyć się do wydobycia tych momentów, które są charakterystyczne dla wieści, które miał światu głosić, zarówno tym co faktycznie głosił, jak i przykładem swego życia i swych losów. A te momenty dadzą się również streścić w jednym słowie: niepowodzenie. Niepowodzenie szło za nim krok za krokiem jak druh nieodstępny, w którym się tak rozmiłował, iż gdy zdawało się go opuszczać, czym prędzej błagał przyjaciół, by się modlono o nie, by modlono się o powrót… niepowodzenia. – Znów po ludzku mówiąc, rzec by można, iż uwziął się na niego los. Całe jego życie było nie tylko ustawiczną walką z przeciwnościami, ale na pozór, jedną wielką porażką. – ile potrzeba było świętości, ile bezbrzeżnej wiary, by nie załamać się i nie skierować swej działalności na tory może równie Boże, ale bardziej „aktualne”! Bo wszak z natury człowiek ten był pionierem i zdobywcą, a jako takim musiał być szermierzem niecierpliwym podbojów, siewcą spragnionym widoku rosnących zbóż. Ale wierzył. Wierzył w słuszność obranej przez siebie drogi, nie mierzył jej wartości miarą doraźnego wyniku.


Wiek XVII, w którym przyszedł na świat, był tym wiekiem, gdy w tejże jego rodzinnej Francji została wykuta (nie nasuwa mi się inne słowo, gdyż właśnie „wykuto” w ogniu żaru wewnętrznego coś, co miało się stać zimnym jak stal i jak stal twardym i trwałym systemem myśli religijnej) herezja jansenistyczna. Z tą herezją, która mimo tylokrotnego potępienia przez Kościół, trwa aż po dzień dzisiejszy, (mniej jako wyznanie oficjalnych odszczepieńców od Kościoła, ale jako trucizna mącąca prawdziwą „katolickość” czucia i myślenia wieku skądinąd dobrych katolików), a która w XVII wieku zaraziła swymi miazmatami spory odłam społeczeństwa francuskiego – walczył św. Grignion zaciekle zarówno na białą broń swej ciętej wymowy, jak i na Bożą broń niewiarygodnych umartwień i trudów. Ale i jansenizm z nim walczył. Kopał doły pod wszystkimi jego poczynaniami, obalał wszystkie jego krótkotrwałe tryumfy.

 
Niezależnie od jansenistów jednak, zdawać by się mogło, iż obalał je nawet sam Bóg. Bo wszystko, do czego się zabrał św. Grignion, nie doczekało się za jego życia niczego, prócz ruin, lub zawieszenia w próżni. A zabierał się do wielu rzeczy. Zabierał się z zapałem. On, który napisał te słowa, pod którymi na pewno podpisałby się każdy katolik XX w. „Gdyby mądrość polegała na tym, aby nigdy nic nowego nie przedsięwziąć dla Pana Boga, nie zwracać na siebie uwagi i unikać rozgłosu, to by Apostołowie postąpili wielce niewłaściwie, wychodząc z murów Jerozolimy na podbój świata”. Nie był minimalistą ani flegmatykiem. Był wielkim „gwałtownikiem” z tych, co porywają Królestwo niebieskie. Jednym z największych, jakich może widział świat. Poza miłością do Boga poświęcił swe życie dwu wielkim miłościom z tejże miłości Boga płynącym – do Niepokalanej i do najbiedniejszych, najciemniejszych, najbardziej sponiewieranych niewolników grzechu. Może właśnie tej miłości do niewolników grzechu należy przypisać powstanie terminu „niewola Najśw. Pannie”. Ten termin tak często opacznie rozumiany, tak często niedoceniony.

 
Ale za nim do tego przystąpimy, niech nam wolno będzie wyliczyć jeszcze kilka najjaskrawszych „niepowodzeń” św. Grigniona. Zaczął swą działalność apostolską od pracy duszpasterskiej w szpitalu w Poitiers. Przy ówczesnym, prymitywnym, rzec można prawie nieludzkim stanie szpitalnictwa byłaby ta działalność istnym błogosławieństwem dla chorych i taką też była w istocie, dopóki kapelana nie usunięto brutalnie po długim męczeństwie duchowym złożonym z intryg i podstępów. Wtedy poświęcił się pracy misyjnej wśród ludu bretońskiego. Niezmiernie miłosierny, a jednocześnie zastraszająco bezkompromisowy, przemierzył Bretanię i Wandeę, wchodził między rybaków półdzikich, wygłaszał kazania do wieśniaków uciemiężonych i ciemnych, nie cofał się przed wejściem do karczem i domów publicznych. Wszędzie niósł płomień swego wewnętrznego żaru, swej miłości wyrażonej nie tylko słowem, ale ustawicznym doraźnym czynem, oddawaniem wszystkiego, co mógł oddać, choć do oddania zawsze miał niewiele, sam żyjąc całkowicie zdany na Opatrzność Boską. Ale i tu intrygi zrobiły swoje. Zabroniono mu wstępu na kazalnicę tam, gdzie słowo jego najwięcej wywołało nawróceń. Umiłowanym przez niego dziełem było stawianie Kalwarii, Dróg Krzyżowych na szerokich przestrzeniach (słynnych Calvaires bretońskich) na pamiątkę dokonanych misji. Chciał, aby te pomniki wzniesione rękami wszystkich, , którzy w misjach brali udział, stanowiły trwałe przypomnienie powziętych postanowień. Najwspanialszym miała być Kalwaria w Pontchateau. Robota pochłonęła długie miesiące, a przyczynili się do niej własnoręcznie wszyscy mieszkańcy okolicy. (…) Wreszcie nadszedł upragniony dzień, gdy Kalwaria miała być uroczyście poświęcona. Ale oto w przeddzień wpłynął na ręce miejscowego biskupa nakaz zburzenia Kalwarii pod pretekstem, że doły wykopane pod fundamenty mogą w razie wojny stanowić dogodną bazę dla desantu angielskiego. Święty powiedział „Fiat” i Kalwaria została zburzona tymi samymi rękami, które ją wzniosły. Już w czasie pracy w szpitalu w Poitiers, zostały rzucone podwaliny pod założenie Zgromadzenia Córek św. Mądrości, które – obok założenia męskiego Zgromadzenia Towarzystwa Marii – było przez całe życie jego marzeniem. Ale zgromadzenie to przez lat blisko 20 liczyło tylko jedną zakonnicę, a w chwili śmierci założyciela, oba zgromadzenia liczyły razem tylko 6 członków: 2 zakonników i 4 zakonnice! (sic!). Miała się jednak spełnić obietnica Pisma św.: „Justus ut palma florebit, sicut cedrus Libani multiplicabitur” (Psalm XCI, 13).

 
(…) Św. Grignion w ciągu swej kilkudziesięcioletniej działalności został wygnany z mniej więcej siedmiu czy ośmiu diecezji.
Ale co chyba najbardziej zasługuje na podkreślenie to sprawa najważniejsza, ta która stanowiła centralny motor jego życia, pod której impulsem działał, cierpiał, dla której wszystko był gotów poświęcić, wielka – jeśli tak rzec można – „namiętność” jego życia: „prawdziwe” nabożeństwo do Najśw. Marii Panny, sprawa należytego zrozumienia i uczczenia Jej wszechpośrednictwa w świecie łaski, obejmującego wszystkie łaski, zarówno duchowe jak ziemskie. Temu nabożeństwu poświęcił – w czasie jednej ze swych rzadkich chwil wytchnienia i samotności – jedno z najpiękniejszych i najbardziej źródłowych dzieł, jakie na ten temat posiadamy. A już na pewno to, które jest pisane z największym porywem i żarem. (…)

 
Oto, co pisze o tej książce w swej przedmowie do II-go wydania angielskiego autorytet tej miary, co Ojciec Faber, pierwszy jej tłumacz na język angielski: „(…) Pozwolę sobie więc uprzedzić czytelnika, iż jednokrotne przeczytanie nie wystarczy dla opanowania jego treści i należytego przejęcia się nią. Jeśli mi wolno tak się wyrazić, znajdujemy w tej książce coś tak natchnionego i nadprzyrodzonego, iż trudno to wprost określić. (…)”

 
W Traktacie znajduje się prorocze zdanie, w którym autor przepowiada, że nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego sprawi, iż dziełko to będzie latami spoczywało w skrzyni, nieprzydatne nikomu. Ale święty nie przejmował się tym. Choć jego krańcowa natura, niepohamowana w służbie wielkiej sprawie, na pewno pragnęła widoku doraźnych wyników swych poczynań, to jednak dostrzegał zbyt jasno, iż drogi naprawdę Boże są rzadko kiedy drogami doraźnego powodzenia, aby czynić z doraźnego wyniku swych prac sprawdzian ich słuszności. Przeciwnie, jak się wyżej rzekło: nie kochał powodzenia, można rzec nawet, iż była to jedyna rzecz, której się bał jak zasadzki diabelskiej. Gdy jaka misja przeszła bez niepowodzeń zewnętrznych, bez jaskrawych prześladowań osobistych, posuwających się nieraz aż do brutalnych, zbiorowych rękoczynów przeciwko niemu – ogarniała go obawa o skuteczność duchową jego pracy. – Za motyw przewodni jego życia, jego nastawienia wewnętrznego, mogłyby posłużyć te dwa zdania Psalmistów: „choćbyś mnie zabił jeszcze Ci ufać będę” i „wieki są przed Tobą jakoby jedna chwila”.

 
Dar proroczego widzenia posiadał w najwyższym stopniu. Widział i opisał te czasy, gdy idee i formy, o które walczył, zwłaszcza wielka jego idea przewodnia o wszechpośrednictwie Najśw. Marii Panny, doczeka się realizacji, stanie się zagadnieniem skupiającym w łonie Niepokalanego Serca Marii całe Mistyczne Ciało Chrystusa, tak jak w nim obrało swój przybytek Ciało Boga Wcielonego. Drugim umiłowanym nabożeństwem św. Grigniona było nabożeństwo do Ducha Św., do Jego darów i natchnień. (…)
Choć św. Grignion nigdy nie opuścił Francji, to jednak już wówczas, za czasów jego życia łączyły go z Polską węzły, których sam nie podejrzewał. Cytując w swoim Traktacie kraje, gdzie nabożeństwo do Najśw. Panny w formie zapowiadającej już święte niewolnictwo, było rozpowszechnione, wspomina wprawdzie Polskę Władysława IV-go. Ale nie wiedział zapewne o tym, iż już przed urodzeniem jego, bo w r. 1656 Jan Kazimierz w katedrze lwowskiej złożył ślubowanie, które tak bardzo treścią i formą wyprzedza już nabożeństwo, które on – św. Grignion – miał głosić. (…)

 

Jan Rybałt

 

Fragmenty przedmowy w: Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Marii Panny, Niepokalanów 1948, str. 11-25.

Reklamy