Tagi

,

wspomozycielka     Przejście na religję katolicką ministra oświaty, Marchanta, wywołało w najszerszych kołach Holandji olbrzymie wrażenie, pomimo przyjęcia przez królowę zgłoszonej dymisji ministra i bezpośredniego mianowania jego następcy. Agitacja, wywołana w całym kraju przez holenderskich protestantów, przypominała powstałą w 1853 roku burzę, kiedy istnienie zaledwie przywróconej katolickiej hierarchji było poważnie zagrożone.

 
Minister Marchant, który w ciągu szeregu lat brał wydatny, kierowniczy udział w politycznem życiu swego kraju, zabrał głos w broszurce, zatytułowanej „W mojej obronie”, by wytłumaczyć motywy swego nawrócenia i odeprzeć podniesione przeciwko sobie zarzuty. W szczególności zbija minister Marchant zarzut, że w ciągu kilku miesięcy ukrywał swe nawrócenie na katolicyzm.
„Mogłem się stać wszystkiem, – pisze; mogłem iść śladami Hitlera i Rosenberga; mogłem uznać p. Krishnamutri, jako swego proroka; mogłem zostać buddystą lub prawosławnym; nikogoby to nie interesowało; jednego tylko nie wolno mi było uczynić: stać się rzymskim katolikiem”.


Niezmiernie charakterystyczne i wiele mówiące słowa!

 
Minister Marchant mówi dalej, że jako przywódca liberalno-demokratycznej partji, nie rozgłaszał swego nawrócenia, które nastąpiło 21 grudnia 1934r., aby nie szkodzić rządowi zaangażowanemu w poważne kłopoty finansowe i swemu stronnictwu, które pomimo to poniosło poważne straty przy wyborach prowincjonalnych.

 
„Liberalni demokraci – pisze Marchant – których tak mocno dotknęła wiadomość o mojej nawróceniu, są zdania, że liberalny demokrata może w ostateczności być katolikiem, ale żaden katolik, członek liberalno-demokratycznej partji, nie może pełnić z jego ramienia funkcji ministra”.
Omawiając historję swego nawrócenia, Marchant wyjaśnia, że przy wykonywaniu swych ministerialnych obowiązków niejednokrotnie miał do czynienia z katolikami; na skutek przeprowadzonych z nimi konferencyj i rozmów zrozumiał i odczuł konieczność zapoznania się z doktryną i życiem katolickiem, które go zawsze niesłychanie pociągały; następnie tak pisze:

 
„Kto wierzy, iż Ewangelję są słowem Bożem i z tej wiary wyprowadza odpowiednie wnioski, – kto bada, co katolicka doktryna utworzyła na tym fundamencie, ten zrozumiał, jak wszystko w niej logicznie ze sobą się wiąże i łączy. W katolicyzmie, mówi, odnalazłem poszukiwaną przeze mnie w ciągu całego życia absolutną prawdę i pewność, w katolicyzmie poznałem jeden i powszechny Kościół, który Bóg zbudował na Chrystusie Panu”.

 
W zakończeniu swej broszury kreśli Marchant następującą przestrogę pod adresem holenderskiego narodu:

 
„W setkach otrzymanych listów przygodni korespondeci podnoszą moją odwagę. Czyż nie jest zastanawiające, że w Holandji uważają, iż aby zostać katolikiem, należy się zdobyć na pewną cywilną odwagę. Przecież to hańba dla holenderskiego narodu! W tym nastroju naszej opinji uwidacznia się przedewszystkiem nienawiść do Rzymu, do Stolicy Apostolskiej. Tłumaczy ją w pewnym stopniu brak uświadomienia, – większość ludzi nie chce szukać prawdy, światła nieba, które Viviani (nieżyjący już francuski mąż stanu, b. prezes ministrów i kilkakrotny minister oświaty – członek loży masońskiej) chciał zgasić, jaśnieją nieprzerwanie; natomiast zagasły światła nowożytnych magów. Wielu waha się jeszcze, wyobrażając sobie, że są posiadaczami wiecznie świecących pochodni. Złudzenie. Jesteśmy znowu świadkami potęgującej się z dniem każdym dążności do posiadania czy odzyskania wiary. „Cogito, ergo credo” – myślę, więc wierzę. Ciekawa jest polityka, wielkie posiada znaczenie kierunek naszego nauczania i charakter naszego szkolnictwa. Ale przedewszystkiem musimy się troszczyć o moralne dobro naszego narodu; musimy niesutannie pamiętać, że ponad wszystkiem na świecie jaśnieje na wyżynach krzyż Chrystusowy”.
Kościół katolicki i holenderscy katolicy zyskali w osobie nawróconego ministra Marchanta jednostkę, której wpływ niewątpliwie wybitnie się zaznaczy na religijnem życiu Holandji.

Ks. J. Szm.

Radością naszą, pokojem, odpoczynkiem, końcem wszystkich naszych dolegliwości jest tylko Bóg. Szczęśliwi ci, którzy do Niego serce odnoszą.
Św. Augustyn.

Rycerz Niepokalanej, rok XIV, październik 1935, Nr. 10 (166), str. 301-302